Intymność pieśni

22.05.2021

Są takie pieśni, które raz usłyszane, nie opuszczają nas już nigdy. Jakby od zawsze czekały na nas i na moment, gdy odważymy się je zaśpiewać czy chociażby zanucić. W tym sensie pozostają dla nas nieuniknione. Bo i nie o konkretną pieśń tu chodzi, ale o sam proces otwierania się na bliską naszemu sercu melodię.

Ten proces wymaga zaufania. Duża w tym rola osoby, która nas w świat pieśni wprowadza, szczególnie jeśli dzieje się to w naszym życiu po raz pierwszy. To ona jest naszym nauczycielem, przewodnikiem, kimś, komu zaufamy i do czyjego wspomnienia będziemy się odwoływali podczas kolejnych takich spotkań. Znaczenie ma również grupa, w której z daną pieśnią się oswajamy – czy czujemy się w niej swobodnie, czy jej brzmienie nas wspiera i inspiruje, czy daje nam poczucie, że mamy w niej coś do powiedzenia, że jest w niej dla nas miejsce i że możemy być w niej w jakiś sposób potrzebni. Grupa, w której nie ma zaufania, nie ma szans czegokolwiek stworzyć razem, zwłaszcza w śpiewie – ściśnięte gardło, niekontrolowane napięcia w ciele, złość, niepewność… Wszystko znajdzie odzwierciedlenie w naszym głosie i stanie się to udziałem tych, którzy nas słuchają. Oczywiście ma to też swoje dobre strony. Śpiew może nam pomóc zrozumieć emocje, które się w nas kotłują oraz dzielić się uczuciami, o których niejednokrotnie trudno nam mówić wprost. Ważne jednak, aby owo dzielenie się następowało świadomie.

Kluczem jest intencja

To nie musi być tak, że każdy śpiewany przez nas dźwięk od początku wydobywamy świadomie. Może się zdarzyć, że jego wyobrażenie pojawi się w nas całkiem intuicyjnie, a potem już tylko z radością obserwujemy, jak pieśń, która w nas wykiełkowała, prowadzi nas poprzez swoje rytmy i harmonie. To, co nazwałabym świadomym obcowaniem z pieśnią, jest bardziej intencją, która nam towarzyszy w chwili, gdy śpiewamy. Nawet jeśli poprzez śpiew chcemy wyrazić swój gniew, możemy przecież uczynić to w różnym celu – po prostu po to, aby dać upust swoim emocjom albo z nadzieją, że to pomoże w oczyszczeniu. I choć nie odpowiadamy do końca za uczucia, które budzimy w innych, którzy nas słuchają, to jednocześnie warto pamiętać, że pieśń jest niczym przetarcie powierzchni luster, którymi dla siebie nawzajem jesteśmy. Jeśli więc zabieramy ze sobą kogoś w podróż wśród mroków duszy, nie zapomnijmy, jak ważne jest, aby razem chcieć zmierzać ku temu, co jasne i wspierające. Sytuacja, gdy ktoś śpiewa, a ktoś słucha, jest już jakąś formą relacji. A tym bardziej jeśli zapraszamy do śpiewu kogoś drugiego lub ktoś nas zaprasza.

 

Śpiew, do którego nikt nie zmusza

Przyjęcie zaproszenia to już pewien akt zaufania – ufamy, że ten, który dla nas śpiewa, ma życzliwe intencje, że ci, z którymi śpiewamy, naprawdę chcą stworzyć z nami coś istotnego. Ale żeby w ogóle móc rozpatrzyć jakiekolwiek „zaproszenie”, to najpierw jeszcze musimy zaufać sami sobie. Zaufać, czyli uznać siebie w całym swoim jestestwie. Zaakceptować wszystkie niedoskonałości swojego głosu w niedoskonałym ciele, w jakiś przedziwny sposób ukochać swój wstyd związany z wizerunkiem, gestem i brzmieniem. I zrozumieć, że tak naprawdę kształtują je nasza ekspresja, otwartość i wola. Ekspresja jest niczym światło wlane w te partie ciała, które wymagają rozluźnienia i energia skierowana ku tym, które akurat mają się zdobyć na pewien wysiłek związany z aktywnością, jaką jest śpiew. Otwartość przejawia się już w samym wyrazie oczu i nie musi oznaczać wyłącznie uczucia błogości i zrelaksowania. Może się też wiązać ze zgodą na to, że do tych oczu cisną się nam łzy i jesteśmy tak rozdygotani, że nie jesteśmy w stanie śpiewać. Wreszcie wola – ta może tyleż samo pomóc, ile zaszkodzić. To wola sprawia, że czasem nawet na skraju wyczerpania mamy chęć zaśpiewać. W końcu z jakiegoś powodu ludzie chcieli ze sobą śpiewać choćby w ukryciu i półgłosem zakazane piosenki w najtrudniejszych czasach – za okupacji, w okopach, w obozach… Ale i ona potrafi zmusić nas do czegoś, do czego nie powinniśmy się zmuszać. Dlatego presja w systemie szkolnictwa częstokroć zabija w nas naturalność, która od zawsze towarzyszyła śpiewom wspólnotowym. Przecież dawniej śpiewając na wsiach przy robótkach ręcznych czy, jak bohaterowie nagrodzonego na Krakowskim Festiwalu Filmowym dokumentu „Perła pustyni”, podczas pracy w polu, nikt nie próbował nikomu niczego udowadniać. Było naturalne, że ktoś inicjuje pieśń, ktoś inny wzmacnia jej brzmienie w „dołach”, ktoś inny błyszczy w „górach”, a jeszcze inny wtapia się w brzmienie gdzieś pośrodku. Pieśni wspólnotowe bardziej się z nas wyłaniają niż są wymuszane.

Pieśń, która uwalnia

Inaczej zaśpiewamy tę samą pieśń, gdy trapi nas smutek, a inaczej, gdy jest nam lekko na duszy. Choć jest też wielce prawdopodobne, że nie zaśpiewamy w tych dwóch, skrajnie różnych, stanach, akurat tej samej pieśni. Z drugiej strony poprzez jedną melodię można wyrazić niezliczoną ilość emocji i ich odcieni. Niektórzy zbieracze tradycyjnych pieśni, ci, którzy stoją na straży tradycji i starają się ją przekazać dalej w jak najczystszej formie, zwracają szczególną uwagę na ich treść, okoliczności powstania czy codzienne zastosowanie. Inni – ci, którzy uwielbiają na ich bazie improwizować, reinterpretować je, przetwarzać (jak na przykład ja) – wprost przeciwnie; nie muszą wiedzieć, o czym śpiewają, bo całkowicie zawierzają swojej intuicji. Śpiewają wówczas tak, jak to dawniej bywało – podążając za innymi bądź po prostu za zwykłą potrzebą serca. Ta ostatnia może się zresztą okazać zaskakująco zgodna z realnym przeznaczeniem śpiewanej pieśni, nawet jeśli pozostajemy nieświadomi jej zasadniczego sensu. Jest na przykład taka dwugłosowa pieśń serbska, której nauczyła mnie niegdyś na warsztatach Olga Lidia Kozłowska, wspaniała pieśniarka, psycholog i psychoterapeutka zarazem. Dolny głos jest osadzony w tej pieśni bardzo nisko, jakby sięgał do samych korzeni ziemi, którą dziś nazywamy Serbią. Wysoki wyłania się z tej niskości, ze swoistego mroku i zaczyna wić się i lśnić piękną, czystą i jasną melodią górującą ponad wszystkim innym. W ten sposób ów dolny głos stanowi oparcie dla rozrastających się pędów ornamentowanego górnego, rozświetlającego mrok nieodzownie wpisany w kontekst tej pieśni. I przyznam, że dramatyzm tego utworu urzekł mnie, jeszcze zanim wiedziałam, o czym śpiewam. Później jednak dowiedziałam się, że ta pieśń to w istocie wyraz tęsknoty za zielonymi wzgórzami, na których któregoś tragicznego dnia pojawił się najeźdźca. Podobno od tego momentu pieśni w tamtych stronach śpiewano już tylko w piwnicach, jako ostatnie wspomnienie wolności i swobody. Chociaż nie znam znaczenia poszczególnych słów w języku serbskim, obraz wytchnienia, które muzyka może przynieść w zniewoleniu, towarzyszy mi za każdym razem, gdy wspomnianą pieśń śpiewam.

 

Przestrzeń doświadczania

To, jak odnoszę się do swojego głosu, jest odzwierciedleniem tego, jak odnoszę się do siebie – opisuje swoją metodę działania Olga Lidia Kozłowska. – Jeśli mam kontakt ze sobą, mam kontakt ze swoim głosem. Jeśli pogłębiam ten kontakt poprzez uważność na ciało, przestrzeń i źródło energii, znajdzie to odzwierciedlenie w moim głosie. Poprzez głos komunikuję się nie tylko z tobą – dostrzegam także, jak komunikuję się z samą sobą – konkluduje. Zainicjowana przez nią Droga Głosu działa od 2012 r. i otwiera bezpieczną przestrzeń na doświadczanie – pełną ciekawości, okazji do zabawy, docenienia i sensu. Olga Lidia Kozłowska jeździ do różnych miast i zaprasza ludzi na warsztaty (w pandemii przede wszystkim online) – po rozluźniającej rozgrzewce przychodzi czas na ćwiczenia w przestrzeni, które pozwalają grupie poczuć się ze sobą bliżej, bardziej ufnie. Następnie spędza się dwie godziny z wybraną pieśnią, a prowadząca za każdym razem prosi, aby kierować swoją uwagę przede wszystkim ku jakościom niewyrażalnym – to jest nie koncentrować się koniecznie na tym, aby było czysto, równo i razem, a raczej skupić się np. na wyobrażeniu ciepła i światła, które znajduje się gdzieś pomiędzy nami wszystkimi w chwili, gdy śpiewamy razem w kręgu. W tym sensie pieśni rozświetlają przestrzeń między ludźmi, nawet jeśli akurat same nie traktują o mroku.

Miejsce dla każdego

Kiedyś zapytałam pewną wyjątkową pieśniarkę Elizy Paś o śpiewanie w grupie, dlaczego w ogóle jest ważne, dlaczego na swoje warsztaty zaprasza jak najwięcej osób. „W dzisiejszych czasach wszechobecny jest trend podziału na artystów i nieartystów. (…) Tymczasem śpiew i w ogóle muzyka należą do wszystkich. Polifonia pieśni tradycyjnych, wspólne śpiewanie pięknie nam o tym przypomina” – powiedziała Eliza Paś w wywiadzie dla dwutygodnika kulturalnego „ArtPapier” i podkreśliła, że: „Śpiewając je, nie spotykamy się na recital. Spotykamy się, żeby współdzielić piękno pieśni – tego, co nas otacza i nas samych, właśnie we wspólnym śpiewie, który kiedyś przecież, jeszcze nie tak dawno, był czymś absolutnie nieodzownym, bo towarzyszącym codziennemu życiu. Ludzie śpiewali razem przy każdej nadarzającej się okazji – przy świętach, przy pracy czy żeby wyrazić emocje. Śpiewanie w grupie daje nam więc to wyjątkowe połączenie ze stanem, w którym wspólna pieśń jest czymś oczywistym – nie podlega ocenie, nie jest występem, nie ma końca ani początku. Jest zwykłym codziennym dzieleniem się. To rodzaj śpiewu, w którym jest miejsce dla każdego człowieka”. Słowa Elizy Paś mogą inspirować, wyrażają też ideę przyświecającą wszelkiej warsztatowej pracy z pieśniami tradycyjnymi. – Kiedy śpiewam pieśń białym głosem, czuję dźwięk fizycznie w ciele – przekonuje Witold Kozłowski, gdy ogłasza kolejne ze swoich regularnie organizowanych (w miastach i mniejszych miejscowościach) warsztatów. – To są wibracje, które czuję w kościach, plecach, uszach, nosie i czaszce. Jeśli znajdzie się kogoś, kto podobnych rzeczy szuka w śpiewie, to można się spotkać: pośpiewać i wymienić się wibracją. Tak naprawdę pieśni są bardziej dla śpiewaków niż dla słuchaczy. Znacznie większą frajdę ma osoba, która śpiewa, niż ta, która słucha. Po prostu działanie pieśni można poczuć dopiero wtedy, kiedy samemu zacznie się je śpiewać – podsumowuje.

 

Wilcze Pieśni

I tak, i nie – z jednej strony i ja mogłabym powiedzieć, że odczuwam frajdę, nawet gdy wiosną w środku lasu zamknę oczy, zacznę śpiewać i tylko wyobrażę sobie, że jestem na scenie. Ale przecież to nieprawda, wyobrażenie świadczy o tym najlepiej – to obecność moich koleżanek w „Wilczej Pieśni” podczas pewnego marcowego koncertu oraz zasłuchane twarze przed nami sprawiły, że zaśpiewałam tak, jak nigdy wcześniej na żadnej próbie, że śpiewając, zapragnęłam przekazać zebranym zapach lasu, szum wiatru, szybkość wilka przemierzającego puszczę. „Wilcza Pieśń” miała być przecież takim właśnie listem z głuszy, a list potrzebuje zarówno swojego nadawcy, jak i odbiorcy. Zresztą gdybym nawet całkiem ochrypła i tylko zaczęła słuchać tych, które śpiewały wtedy ze mną, to przecież oczarowałoby mnie piękno, które wydobywa się z człowieka, gdy po prostu szczerze i wrażliwie śpiewa, zawsze mając swoje unikatowe brzmienie. Moje koleżanki – każda z nich obdarzona inną barwą głosu, innym temperamentem, innym „czuciem” – razem tworzyły coś, czego żadna z nas nie uzyskałaby w pojedynkę. Tak, warto mieć słuch, umiejętności wokalne, poczucie rytmu, bo to wszystko pomaga wyrazić to, kim jesteśmy oraz dotrzeć z naszym przekazem gdzieś dalej. Jednak poprzez częste śpiewanie, zwłaszcza śpiewanie wspólne z tymi, którzy nam w tym wszystkim pomagają, potrafimy znaleźć w sobie potencjał, o który nawet się nie podejrzewaliśmy. Powtórzę zatem, że kluczem jest intencja, a żebyśmy mogli ją w sobie odszukać, musimy być w otoczeniu pełnym ufności i… sami sobie zaufać, że potrafimy się na nią otworzyć, znaleźć, że wspólnie chcemy przekroczyć pewną granicę intymności, bo przecież chwila, w której śpiewamy, w jakiś sposób już nas obnaża. Dlatego ci, z którymi czy dla których śpiewamy, nie mogą nas w żaden sposób krępować, za to ich obecność niech nas odważa, wspiera. Z wzajemnością.

Dr Maja (Maya) Baczyńska – koncertujący muzyk, reżyser, autorka tekstów, pedagog i pedagog specjalny – w swojej pracy wykorzystuje śpiew biały, pieśni tradycyjne, improwizację i brzmienia mis himalajskich. Zarazem zastępca redaktor naczelnej w magazynie Presto. Muzyka Film Sztuka i redaktor naczelna submagazynu Presto Filmowe.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Dodaj komentarz