Intymność obrazu – ja widzę, ja czuję…

01.05.2021
Mamy sztukę, żeby nie umrzeć naprawdę”
(Friedrich Nietsche)

Czym jest sztuka? Są to obrazy, muzyka, filmy, fotografie, rysunki, książki, wiersze czy przedstawienia teatralne. Można się z tym zgodzić. Kto jednak decyduje o tym, czy coś jest sztuką? Na pewno artysta, który ją tworzy, ale potrzebuje on jeszcze jednego czynnika, który stanie się jakby dopełnieniem jego dzieła. Potrzebuje odbiorcy. Bo bez odbiorców sztuka jest mniej wartościowa, a nawet… nie jest sztuką. Jak można bowiem nazwać dziełem sztuki coś, czego nikt nigdy nie widział?

Sądzę, że sztuka jest najwyższym darem dla pozbawionego sensu świata. Potrzeba odwagi, aby stanąć w obliczu czegoś, co nie do końca rozumiemy, a co popycha nas w miejsca niezwykłe. Sztuką jest twórczość malarska, jej cudowne działanie – gdy na dwuwymiarowej powierzchni milknie słowo i dźwięk. Świat zastyga, zmienia się w linię i kolor, wciągając nas do swojego wnętrza. Jak to się dzieje, jak staje się możliwa taka podróż poza ciałem, poza rozumem? Nad tym zastanawiają się od wieków teoretycy malarstwa, neurolodzy, fizycy. I nie potrafią ustalić jednej, zadowalającej definicji sztuki wizualnej. Może to błąd, takie poszukiwanie jednolitej tezy dla malarstwa, rysunku, grafiki, fotografii, po prostu dla obrazu?

Od kontaktu z obrazem rozpoczyna się właściwie nasze postrzeganie świata. Zanim każdy z nas nauczył się mówić i wypowiadać na jakiś temat, zaczęliśmy widzieć i postrzegać świat za pomocą obrazów. Próbowaliśmy analizować to, co świat ma nam do przekazania. Intuicyjnie odbieraliśmy przekaz z zewnątrz. Małe dzieci są bowiem kimś więcej niż tylko odbiorcami bodźców wywołanych przez obraz. Są obserwatorami. Kochają i kreują świat poprzez szczerą ciekawość. Nie są skażone wiedzą. Ich zachwyt nad obrazem i jego interpretacja poprzez twórczość własną są całkowicie naturalne. W olbrzymim stopniu na wyobraźnię małego dziecka działa anegdota, czyli treść obrazu. Do dzisiaj pamiętam strach i nocne koszmary, gdy mając kilka lat zobaczyłam obraz Giorgionego „Judyta z głową Holofernesa”. Na widok znajomej rodziców, podobnej do owej Judyty, zaczynałam krzyczeć z przerażenia. Jej odcięta głowa w moich snach wypadała przez tylne drzwi samochodu! To powodowało, że za nic nie chciałam wsiąść do rzeczywistego pojazdu, denerwując i przerażając tym rodziców. Wiele kar oraz rodzicielskich upomnień wywoływały moje „paraidole”, czyli stwory wydrapywane paznokciami na ścianie przy łóżku. Gdy zawieszono na tej ścianie słomianą matę – stwory tworzyłam ze słomy. Gdy zastąpiono słomiankę makatką – wyskubywałam nici i wycinałam nożyczkami dziury. W przedszkolu, bym w czasie leżakowania nie bawiła się spinką-księżniczką, dłubiąc nią w rowkach desek parkietowych, zawiązywano mi oczy czarną opaską. Wtedy tworzyłam bajki z powidokami w roli głównej. Będąc w liceum (plastycznym), gdy czekała mnie klasówka z matematyki, która być może była granicą moich umiejętności abstrakcyjnego myślenia, w czasie przerwy „musiałam” spojrzeć na jeden z obrazów – wielką zieloną plamę na niewielkiej powierzchni dzieła. Dopiero po latach dowiedziałam się, że to obraz Jerzego Nowosielskiego.

Dlaczego akurat ten? Korytarze naszego liceum były pełne obrazów i obrazków – darów krakowskich malarzy. Dzisiaj, bogatsza o wiedzę o autorze, próbuję sobie wyjaśnić, co spowodowało u nastolatki tak głęboki odbiór tego niewielkiego obrazka. Jerzy Nowosielski malarstwa uczył się również w rosyjskiej ławrze, zakonie prawosławnym, specjalizującym się w pisaniu ikon. Ikona to „okno do nieba”, pośredniczka modlitwy. Tworząc sztukę nowoczesną, artysta miał możliwość bezpośredniego wniknięcia w świat poznanej w klasztorze sztuki bizantyńskiej i przeżycia jej. Malując swój pejzaż, artysta najpierw doświadczył, niezbędnego wręcz w każdego typu twórczości przeżycia artystycznego, by na jego gruncie móc doświadczyć przeżycia modlitewnego. To jest właśnie działanie ikony. W przypadku Nowosielskiego jest ono tak silne, że działa na większość widzów patrzących na jego obrazy, niekoniecznie związanych z tematem ikony. Podobno jego sztuki nie są w stanie przyjąć… „ludzie, których wiara jest taka angeliczna, taka jasna, krzepiąca; którzy nie byli w sytuacji rozpaczy, pod ścianą. To obrazy dla ludzi (tak twierdzi jego biografka Krystyna Czerni), którzy są grzeszni, zabrnęli w straszne kłopoty, są na dnie, przeczołgani przez cierpienie”.

Największym moim przeżyciem wobec obrazu, już w dorosłym życiu, było dzieło abstrakcyjne. Dwuwymiarowy kolaż koloru i faktury!

Czym więc jest malarstwo abstrakcyjne? Dlaczego tak silnie działa?

Z badań naukowych wiemy, że obraz, którego interpretacja jest trudna – o ile w ogóle możliwa – jest odbierany jako taki, który niesie więcej znaczeń niż obraz, na który wystarczy spojrzeć i od razu się go rozumie. Kiedy aby coś zrozumieć, trzeba się nieźle postarać, może się to stać bardzo otwierającym doświadczeniem. Nasz mózg to docenia. Dlaczego więc tak wiele razy słyszymy, że obrazy abstrakcyjne, a więc niefiguratywne, nieprzedstawiające niczego, co budziłoby nawet odległe skojarzenie z rzeczywistością, wydają się dla wielu tak banalne i „dziecinne proste”? Czy faktycznie abstrakcjoniści to artyści, którzy postanowili pójść na łatwiznę i od lat próbują wmówić nam, że powinniśmy zachwycać się czymś, co nie ma żadnej wartości artystycznej? Malarstwo figuratywne przyzwyczaiło nas do mniej lub bardziej jasnego odczytywania i kategoryzowania określonych przedstawień. Pejzaż, portret, scena historyczna, scena batalistyczna, martwa natura – wszystko to da się stosunkowo łatwo pogrupować, przypisać do danej kategorii, a co za tym idzie, zrozumieć. Z abstrakcją gorzej, bo tym razem otrzymujemy coś zupełnie obcego, zlepek kształtów, form i barw, które nie przypominają nikogo i niczego. I dlatego, pytając o abstrakcję warto skupić się nie na tym „jak to zrozumieć”, ale „jak to poczuć”. Emocje są tutaj najważniejsze. No dobrze, ale skąd mamy wiedzieć, które dzieło ma prawdziwą wartość, a które jest jedynie wyrachowanym i bezwartościowym działaniem? Trudno dać jedną skuteczną receptę, ponieważ nie ma na to żadnej metody, której można by się nauczyć. Myślę, że bardzo ważne jest zainteresowanie się tą sztuką, opatrzenie z nią, mobilizowanie do ciągłego oglądania i poznawania nowych dzieł. Tutaj dużą rolę odgrywają gusta i przyzwyczajenia, a te, jak wiadomo, kształtują się w nas latami. To trochę jak z muzyką: kiedy się osłuchamy i poznamy różne gatunki muzyczne, bez problemu odróżnimy dobrego i złego muzyka. Ze sztuką abstrakcyjną jest podobnie. Tutaj także liczą się intuicja oraz rozeznanie w temacie. Sztuka nie lubi pośpiechu. Czasami żeby coś dostrzec i docenić, nie wystarczy jedynie rzucić okiem. Wiem, że to bywa trudne, bo gdy zwiedzamy duże wystawy, naprawdę trudno jest przemierzać sale powoli i uważnie. Dlatego w muzeach omijam wystawy dzieł abstrakcyjnych lub tylko im poświęcam czas. Mimo wszystko właśnie to wydaje mi się najważniejsze w zrozumieniu abstrakcji: czas na oswojenie się z dziełem. Już sto lat temu malarz oraz muzyk Paul Klee twierdził: „Do zrozumienia sztuki współczesnej potrzebne jest krzesło”… Po prostu trzeba dać malarstwu szansę zadziałać. Być może przez ten czas nie wydarzy się zupełnie nic. Jest jednak nadzieja, że pojawi się magia.

Tak właśnie stało się, gdy spóźniona na wernisaż krakowskiego malarza, profesora Adama Brinckena, sama w galerii, weszłam na niewielkie podwyższenie, gdzie na wysokości moich oczu wisiały „Kamienie” – „letnie”, „gorące”, „otwarte”. Tytuły te zostały nadane przez autora grupie kolaży (kolorowych prac klejonych i malowanych) na nieregularnych, nieco obłych blejtramach. Pofrunęłam! Odpłynęłam! Zniknął budynek galerii, nie było mnie, ale były „Kamienie”! Co się stało?! Dlaczego właśnie te obrazy, dlaczego ten artysta, którego cykl „Genesis” intelektualnie i estetycznie zafascynował mnie kilka chwil wcześniej o wiele bardziej niż „Kamienie”? To, co mnie spotkało podczas wpatrywania się w hipnotyzujące barwne plamy, można zdefiniować bardzo ogólnie jako „przeżycie artystyczne”. Niektórzy w kontakcie ze sztuką płaczą ze wzruszenia, inni mdleją, jeszcze inni czują falę rozlewającego się ciepła. Ja poczułam cudowne „roztopienie się” w czasie i przestrzeni. Wydaje mi się, że tak jak w przypadku Nowosielskiego odebrałam „duchowe przesłanie artysty”, którego poszukiwania zahaczają również o sztukę sakralną. Może zadziałały same „Kamienie”? Ich ograniczenie kolorystyczne, tekstura i – co chyba wywołało największe wrażenie – ich umieszczenie jakby poza wystawą, na swego rodzaju podwyższeniu-scenie, na wysokości ludzkich oczu. Właśnie o to chodzi w sztuce abstrakcyjnej. O wywołanie w nas emocji, wprowadzenie w rozmaite nastroje i stany emocjonalne. Co więc powinniśmy czuć, patrząc na obrazy abstrakcyjne? Odpowiem jednoznacznie: wszystko, co tylko zechcemy! To jest nasze indywidualne przeżycie i nikt nie ma prawa narzucać nam schematu, według którego należy odczuwać sztukę.

Od wielu lat inspiruje mnie twórczość Leonarda da Vinci. Przyglądam się jego obrazom, dokonaniom naukowym i literackim, zachwycam rysunkami. Jako ilustrator medyczny, przez wiele lat, zanim moim narzędziom rysownika dodano „ogonki” (kable!) i posadzono go przed monitorem komputera – to właśnie z Leonardem przedzierałam się przez świat anatomii ludzkiego ciała. Zachwyca mnie bez końca jego intuicyjność. Jego rysunki serca tchną absolutnym geniuszem! Medycyna i fizjologia renesansu nie mogły z nich jeszcze czerpać – nie były na to gotowe! Narysowane przez niego schematy krążenia krwi w sercu wyprzedzają wiedzę kardiologiczną o 500 lat! Dopiero dzisiaj, mając możliwość porównania obrazu tomograficznego z rysunkiem, artysty widzimy, że się nie pomylił! Dlaczego więc, chociaż we mnie tyle zachwytu oraz inspiracji dziełem mistrza, nigdy nie przeżyłam tego, co poczułam, patrząc na „Kamienie”? Mieszkając kilka lat w Paryżu, praktycznie każdą niedzielę spędzałam w Luwrze (w niedziele był wstęp wolny). Miałam swoje ulubione (nieistniejące już) wejście przez salon rzeźby, znajomego portiera, który gdy o 9.30 otwierał olbrzymie drzwi, witał mnie tubalnym „salut!” (cześć). Dlaczego nie biegłam do „Mony Lizy”, najsłynniejszego obrazu świata? Przecież uwielbiałam i uwielbiam Leonarda! Zaszywałam się na długo w luwrzańskich piwnicach, godzinami przyglądając się strzępkom koptyjskich tkanin, zapominając o głodzie, zmęczeniu. Odwiedzałam „koleżankę” – maleńką rzeźbę bez głowy (podobno portret królowej egipskiej Nefretete). Dlaczego właśnie ją, gdy wokół skarby egipskich sarkofagów i prawdziwe mumie? Dlaczego w czasie każdej wizyty w tym muzeum musiałam obejrzeć wszystkie barokowe obrazy o tematyce „Memento mori”? Nie wiem…

A dlaczego, skoro tak bardzo działa na mnie sztuka abstrakcyjna, nie jestem jej twórcą? Bo nie potrafię! Może, jak twierdził Platon, „prawa harmonii kolorów są niepoznawalne i dostępne jedynie bóstwu”? Poza tym wydaje mi się, że malarz wie, że nie wie, że nie umie… Gdyby wiedział, to być może nie malowałby obrazów, tylko stałby się teoretykiem sztuki? Maluje, bo musi. Jest artystą, gdy działa, gdy tworzy „nowy byt” przedtem nieistniejący. To jego wentyl bezpieczeństwa, ale i dialog z widzem. Za pomocą kreski i plamy, w pełni intuicyjnie chce przekazać to, co mu w duszy gra. Są również malarze, którzy mierzą, ważą, traktują skalę jako zjawisko, dodają wiedzę o kolorze, filozofię, naukę, poezję, sacrum. To też jest sztuka i jednocześnie rodzaj łamigłówki dla widza, który poszukuje rozwiązań wraz z artystą. Tego rodzaju praca przestrzenna profesora Andrzeja Bednarczyka zachwyciła mnie kiedyś niezmiernie. To „Wędrowiec”, rodzaj blatu stołu pokrytego stworzoną na papierze przez autora plątaniną maleńkich rysuneczków, z labiryntem ścieżek prowadzących do wpisanych weń cytatów. Gdy spojrzymy na „Wędrowca” po raz pierwszy, widzimy szarą, bezkształtną, nic niemówiącą fakturę. Do wejścia w labirynt służy nam szklana kula – szkło powiększające, którą po włożeniu białych rękawiczek możemy puścić w ruch. Kula wyznacza nam drogę, a losowo spotkane na niej cytaty tworzą przesłanie! Czujemy tutaj dosłownie dialog sztuki z widzem! Dzieło należy odczytać, a czytanie nie jest naturalną umiejętnością człowieka – trzeba się tego nauczyć. Obrazy nie są więc czymś naturalnym czy oczywistym, ale są tworzone także według „języka sztuki”, który dopiero musi zostać „odczytany”. Oto część tajemnicy niezrozumienia oraz „niedziałania” sztuki współczesnej na przypadkowego widza. Niemożliwe jest również ustalenie „prawdziwego działania” obrazów. To sprawa wielce subiektywna, często ułamek chwili, błyskawica myśli. Nie działa tu czas, pociąga nas w obrazie jego „zatrzymanie”, tajemnica trzech wymiarów w dwóch, wrażenie wywołane przez układ barw… Kiedy poezja czy muzyka to płynąca krew, obraz to jej zakrzepła wersja. Nie bójmy się podchodzić do obrazów, zaglądać do galerii. Nie warto się zrażać. Myśleć, że coś z nami nie tak, gdy stojąc przed obrazem nie czujemy nic, co by do nas przemawiało. Pisząc o intymności obrazu, próbuję dodać odwagi oraz wyjaśnić, że malarstwo nie mówi do każdego z nas tym samym językiem. Wręcz przeciwnie, każdemu szepcze do ucha to, co tylko my jesteśmy w stanie zrozumieć. Starałam się też chociaż odrobinę oświetlić od wewnątrz mechanizmy pojmowania dzieła sztuki, które w epoce przekraczania granic są niejednorodne i trudne do pojęcia. Pragną przeistoczyć mikrokosmos we wszechświat. W dodatku artystom rozleniwiły się ręce, zawirował czas, zachorowała wyobraźnia. Elektronika pomaga, a zapis wideo daje możliwość olbrzymiego uproszczenia kreacji. Coraz bardziej nienasyceni, tęsknimy już nie za podróżą w siebie, lecz za tym, by stać się podróżą – światłem, czasem, przestrzenią. Czy to dobrze? Nie! Trzeba nam będzie na nowo uczyć się pokory, by z tej podróży powrócić! Do siebie… A obraz przemawia do nas coraz ciszej i nie zawsze da się to usłyszeć od razu. Ma on wreszcie szansę stać się naprawdę tym, czym bezskutecznie próbował być w ostatnich dekadach – intymną relacją, a może nawet formą transcendencji.

Dorota Pietrzyk

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz