Będę sam, obok ciebie [intymność artysty]

08.05.2021

Intymność i twórcze działanie to pojęcia nierozerwalnie złączone ze sobą. A jednak są momenty, kiedy jest jej zbyt wiele. O tej upragnionej i tej wymuszonej poprzez odgórnie narzucane decyzje – pisze, znów uchylając drzwi do tajemniczego świata artystów, Anna Markiewicz.

Każdy z nas potrafi bez wahania wymienić choćby i sto nazwisk różnych twórców. Pisarzy, reżyserów, ilustratorów, kompozytorów, muzyków lub projektantów mody. Są w naszej świadomości, towarzyszą nam od dziecka. Nawet jeśli nie znamy autora ulubionego pomnika, wiemy, że za wszystkim, co nosi znamiona sztuki i artystycznej kreacji, kryje się osoba twórcy. Uczono nas o nim w szkole, pisze się w prasie, widzimy go w telewizji. Jest naszym sąsiadem, może był, lub będzie, rodziną.

Musisz mnie poznać

Niektórzy twórcy wydają się nam bliscy. Czytamy ich biografie, kręcone są o nich filmy. W swojej twórczości przemycają kronikę realnych wydarzeń. Inspiruje ich życie, kontakt z ludźmi, których potem i my poznajemy – jako bohaterów filmów czy książek. Inni, przeciwnie, nie zabiegają o to, byśmy ich naprawdę poznali. Wystarczy im stwarzanie iluzji, że są naszymi dobrymi znajomymi. To gwiazdy Twittera i Instagrama, goście programów śniadaniowych, kreatorzy plotek, dyżurni eksperci w każdej dziedzinie – od wychowania dzieci po gotowanie. Skądinąd czasem obdarzeni również talentem artystycznym. Obserwując ich, można nabrać przekonania, że głównym zadaniem twórcy jest dbanie o popularność. To ona ma pełnić funkcję ambasadora jego talentu. Są jednak tacy, nie mniej uzdolnieni, którzy uparcie salonowymi lwami być nie chcą. Nie mają predyspozycji. Wątpią, by ich twórczość wymagała odautorskiego komentarza, metamorfozy wyglądu czy skandalu od czasu do czasu. Niestety, większość na tym traci. Publiczność też.

 

Moje myśli moją twierdzą

Nawet najbardziej popularny twórca, by coś stworzyć, potrzebuje samotności. Czy wstaje o świcie przed innymi domownikami, pracuje otoczony ciszą nocy, czy ma pracownię lub gabinet, luksus zawsze dostępnego azylu. Czy tworzy systematycznie, czy tylko „w natchnieniu”, zapragnie w końcu pobyć sam. Chyba że kolejna herbata i kanapki zjawią się bezszelestnie. Taką asystą nawet najbardziej drażliwy artysta nie pogardzi, podobnie jak pomocą w szukaniu zaginionych akcesoriów. Jednak nawet ten, który lubi kawiarniany szum, przez tę krótką chwilę, gdy gryzmoli coś na serwetce, musi pozostać w towarzystwie wyłącznie własnych myśli. Fotografik łapiący kadr w zgiełku miasta, kompozytor, co właśnie układa melodię, prowadząc samochód – dotknięci impulsem tworzenia, przestają istnieć dla świata. Oby nie na środku skrzyżowania.

Kiedyś się do tego zabiorę

Dotarliśmy w tym miejscu do najpopularniejszego mitu o artystach i wszelkich innych twórcach – o chaosie, który trawi ich codzienną egzystencję. Czasem rzeczywiście sprawiają wrażenie osób dotkniętych głuchotą i amnezją. Lub przykrą, głównie dla otoczenia, tolerancją dla braku higieny. Ale to nie tak. Twórca, owszem, nie widzi swoich tłustych włosów, piramidy brudnych naczyń, nie słyszy pisków psa pod drzwiami – ale przecież tylko wtedy, gdy tworzy. Gdy opuszcza go szał kreacji, potrafi gustownie się ubrać, zrobić remont, pomóc dziecku w lekcjach, a najwięksi herosi sami rozliczają podatki. Jedyny problem to rodzaj uzależnienia, łatwość, z którą wielu twórców wpada w ów magiczny stan tworzenia. Im częściej pozwalają sobie na momenty, gdy wszystko wokół przestaje mieć znaczenie, tym bardziej wydają się one kuszące. Nie tylko dlatego, że są doskonałą wymówką, by odpuścić nudne spotkanie, nie wynieść śmieci czy zaoszczędzić na wodzie. Jest to stan bardzo atrakcyjny emocjonalnie. Niemal medytacja. Całkowite skupienie w poszukiwaniu najlepszego synonimu, idealnego przebiegu kreski na papierze. Rzucane pod nosem przekleństwa, zmagania z materią – ileż za to satysfakcji, gdy przełamie się jej opór. Wreszcie majaczące gdzieś z tyłu głowy radosne podniecenie na myśl o reakcji odbiorców na powstające dzieło. Nie ma się czego wstydzić. Artysta też człowiek, cieszy go i aplauz, i honorarium.

 

Pokażę, gdy skończę

Niewielu lubi chwalić się przedmiotem twórczych zmagań, póki nie zyska pewności, że efekt jest zadowalający, choćby dla nich samych. Drażnić może nawet niewinne pytanie, nad czym właśnie pracują. Niekiedy jest to obawa o kradzież pomysłu, ale częściej brak pewności co do ostatecznego kształtu dzieła. Niebezpiecznie mówić, że powstaje trylogia, jeśli potem natchnienia starczy na dwa tomy. Po co ogłaszać światu, że pomysł na scenariusz jest świetny, gdy potem skończy bez dotacji w szufladzie? O ile dzieło nie jest tworzone na zamówienie, a najlepiej okraszone sporą zaliczką na początek, lepiej się nie wyrywać z promocją przed czasem. A propos „płatności z góry”, o jej magii decydują różnice w konsekwencjach. Jednych ten zabieg motywuje, daje im środki, by nie wylądowali głodni na ulicy, nim skończą pracę – leży wtedy po równo w interesie twórcy i zamawiającego. Innych demotywuje kompletnie, odbiera im zapał. Jakby już wyobrażali sobie moment, gdy oddadzą dzieło, a w zamian dostaną dziwnie niskie honorarium (o dawno rozdysponowanej zaliczce przecież już zapomną).

Do jutra zdążę

Gdy dzieło rodzi się w bólach, twórca nieraz wstydzi się przejściowych etapów pracy. Perfekcjoniści, czyli większość, sami umieją trafnie oszacować, jak daleko jeszcze do doskonałego efektu. Potrzeba więc wyczucia, by nie zaognić sytuacji zbędną krytyką. Niedobrze jest domagać się dokumentacji postępów. To sekret artysty, jeśli w przeddzień oddania zamówionego dzieła zniszczy wszystko, czym zajmował się przez miesiąc – by ostatniej nocy tworzyć od zera pod wpływem nagłego olśnienia. Rzadko zdarza się, że twórcy dopingują się nawzajem. Choć na przykład modelarze dokumentują zwykle na forach każdy element nowego samolotu. Pochlebne komentarze dodają im skrzydeł, a ewentualne uwagi są przyjmowane z wdzięcznością. Efekt jest ważniejszy od ego.

 

Mogę poczekać?

Miniony rok wielu artystom odebrał intymność twórczego aktu. Przymusowo asymilowani z rodziną, pozbawieni dostępu do ćwiczeniówek i pracowni, natrętnie atakowani przez media społecznościowe – rozpaczliwie szukają spokoju, by dać coś światu z zasobów swojego talentu. Nie mają gdzie rozłożyć warsztatu, krępuje ich fakt, że mogą komuś przeszkadzać, boją się komentarzy. Wielu przestało ćwiczyć, zrobili sobie nawet kilkumiesięczną przerwę. Inni próbowali udostępniać w sieci filmiki kręcone w domowym zaciszu. Przy okazji ignorując fakt, że potencjalnie setki osób zobaczą ich kuchnię, widok z okna i kota, co nagle wpakował się w kadr. Ci, co zwykle pracowali twórczo, ciesząc się samotnością, gdy dzieci poszły do szkoły, a partner do pracy – teraz chodzą na paluszkach wokół pozostałych członków rodziny siedzących przed komputerami. Szkoła, konferencja online – ważne sprawy. Ćwiczenie może chyba poczekać? Przecież i tak nie ma koncertu w tym miesiącu.

Jak za kratami

Jest też intymność, której nikt z artystów nie pragnie, a wielu zostało do niej zmuszonych. To zasłanianie twarzy płachtą maski, ukrywanie swojej ekspresji na estradzie. Najlepiej mają śpiewacy i sekcje dęte w orkiestrach, choć w sieci można znaleźć absurdalne zdjęcia flecistów w masce na twarzy z… wyciętą dziurą w miejscu nosa i ust. Na ogół jednak mogą występować normalnie. Co jednak ma powiedzieć skrzypek lub pianista, który grając w masce, czuje się jak w klatce? Słyszy każdy swój oddech, jest jak schowany za murem, jak w szklanej bańce. Nie słyszy dobrze ani siebie, ani partnerów. Nie gra już kameralistyki, choćby i cały kwartet siedział na scenie. Nie gra… zaledwie wytwarza dźwięk.

 

Kto siedział w pierwszym rzędzie?

Z drugiej strony, jak poczuć, że występujemy dla innych ludzi – skoro ich nie ma? Za widownię w najlepszym razie posłuży nam operator kamery. Nie każdy ma tak bujną wyobraźnię, by przez kilka godzin nagrania, które po montażu będzie promowane jako nagranie na żywo, wyobrażać sobie widownię, oklaski, za każdą powtórką wykrzesać z siebie uniesienie i koncentrację takie jak na koncercie. A jeśli w końcu z rzadka porozsadzana publiczność zasiądzie w końcu w fotelach przed estradą – granie dla zamaskowanych mumii bez twarzy nie da artyście szansy, by zerknąć, komu się podoba, kto zasypia i ziewa, kto się uśmiecha. Kto ze znajomych przyszedł, kto głośno wołał „brawo!”. Równie dobrze ludzi mogą zastąpić manekiny i oklaski z głośnika. Większość sfilmowanych występów z ostatniego roku można będzie jeszcze po latach rozpoznać właśnie po braku napięcia, iskrzenia na linii publiczność–artysta. To granie trochę jak w ćwiczeniówce, z nastawieniem, że zawsze można zrobić powtórkę, wkleić, zmontować i będzie pięknie. Niech nikt jednak nie myśli, że tak jest lepiej, bo przecież wyeliminowany jest problem stresu. Towarzysząc wielu artystom na estradzie, często obniża jakość wykonania, teoretycznie powinniśmy więc być szczęśliwi. A jednak nie. Intymność jest nam potrzebna, gdy komponujemy, ćwiczymy, opracowujemy koncepcję projektu. Ale nie podczas koncertu!

Nie powiem tego głośno

W ciągu ostatniego roku wielu przyjęło pod dach nowego lokatora, lęk o stan finansów, który odbiera swobodę kreacji i kieruje myśli ku zmianie zawodu. Znasz artystę, który ostatnio wychudł? To intymna kwestia, ale warto spytać, czy smukła sylwetka to efekt twórczego szału, czy spóźnionej o trzy miesiące zapomogi. Może za 50 lat wspomną Twój gest w podręcznikach.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz