Czy już trzeba się śmiać?

15.10.2022
śmejąca się kobieta

To ironiczne pytanie zadajemy czasem, słysząc nieśmieszny – w naszej opinii – dowcip. Dlaczego nie wszystkich śmieszy to samo? Od czego to zależy? Czy do pewnych żartów należy dorosnąć? A może z innych wyrosnąć? Z pewnością czynnik upływającego czasu ma bardzo duże znaczenie. Stare obrazy można podziwiać nawet po kilkuset latach. Podobnie muzyka, ta również nie posiada „daty ważności”. A żarty, dowcipy, skecze, szopki, rysunki satyryczne? Czy rzeczy, z których ktoś śmiał się kilka, kilkadziesiąt lub sto lat temu, wciąż mogą być zabawne?

Kawał z brodą

 

To niezbyt pochlebne określenie sygnalizuje nie tylko długi czas funkcjonowania dowcipu, ale też popularność, która przyspieszyła jego zestarzenie się. Kawał śmieszy najbardziej, gdy jest świeży, słyszany po raz pierwszy. Jeśli wraca do nas jak bumerang opowiadany przez kolejne osoby lub, co gorsza, co roku przez tego samego wujka na imieninach – zaczyna już nudzić, a nawet irytować. Istotą rozbawienia jest bowiem puenta, a ta powinna zaskoczyć. Oczywiście sama celebracja opowiadania dowcipu jest również istotna – są osoby, które robią to tak znakomicie, że, nawet znając zakończenie, chcemy posłuchać jeszcze raz. Z reguły jednak przerywamy: „a, tak, znam to…”. Podobnie jest z rysunkiem satyrycznym czy stosunkowo niedawnym wynalazkiem – memem. Dzięki niezwykle szybkiemu medium, jakim jest Internet, z tego samego przerobionego obrazka mogą śmiać się setki tysięcy ludzi jednocześnie i to mieszkających na różnych kontynentach. Mem to rozśmieszacz jednorazowego użytku. Twórcy tego rodzaju rozrywki mają więc pełne ręce roboty, by zaspokoić głód wciąż nowych obrazków. Choć te najlepsze krążą czasem długo jako „komentarz na każdą okazję”.

 

Pomarszczony Papkin

 

A jak jest ze starymi komediami teatralnymi? No cóż… niewesoło. Przyznajmy z ręką na sercu – czy śmieszy nas dziś kultowa niegdyś komedia Aleksandra Fredry „Zemsta”? Tak szczerze – wywołuje u nas gromkie ha-ha czy choćby szeroki uśmiech? Być może, jeśli będzie zagrana przez znakomitych aktorów, którzy stworzą tzw. humor postaci, uśmiechniemy się lekko. Ale czytając samą treść sztuki? Im młodszy odbiorca, tym bardziej prawdopodobne, że po prostu się skrzywi. Ewentualnie zauważy, że nazywanie kleksa „Żydem” jest niepoprawne politycznie.

 

Rzęsy i wachlarze

 

Internet daje nam dziś możliwość przeniesienia się w sekundę w czasy dwudziestolecia międzywojennego, starych filmów, kabaretów, gwiazd ówczesnej estrady. Dziś, słuchając piosenek typu „Ada! To nie wypada!” Lody Niemirzanki lub „A u mnie siup, a u mnie cyk!” Adolfa Dymszy, nikt raczej nie będzie się śmiał. Ani z tekstu, ani z radosnej muzyczki przywodzącej na myśl występy cyrkowców. Ewentualnie może nas śmieszyć maniera, przesadzona aktorska gestykulacja czy archaiczne słownictwo. Także odważny występ Eugeniusza Bodo w roli amerykańskiej aktorki Mae West śpiewającej „Sex appeal” nie bawi. Choć wypada docenić inwencję i przebojowość przedwojennego gwiazdora, który przebrał się za kobietę – i dziś niektórzy gorszą się wyczynami Michała Szpaka czy Conchity Wurst. A przecież element przebieranki i zmiany płci już dawno był wykorzystywany jako coś, co prowokuje uśmiech.

Kabaret nie do śmiechu

 

Jednak czy piosenki kabaretowe zawsze miały śmieszyć? Gdy oglądamy występy dawnych kabaretów, możemy nabrać wątpliwości. Zdarza się, że mają nie pogodną, durową tonację, a smutną, mollową. Za przykład niech posłuży stara lwowska „Ballada o pannie Franciszce”. Może miały wywołać uśmiech zadumy albo uśmiechnięcie się do wspomnień, natomiast trudno wyobrazić sobie, by ktokolwiek – czy wtedy, czy obecnie – szczerze się z nich śmiał. Czasem piosenki prowokowały wręcz wzruszenie, nostalgiczny nastrój jak ta „Pijmy wino za kolegów” z kabaretu Olgi Lipińskiej w wykonaniu Piotra Fronczewskiego. Przepiękna, nostalgiczna piosenka Skaldów „Nocne tramwaje” pochodzi z repertuaru krakowskiego kabaretu „Sowizdrzał” – co w niej zabawnego? Nieco łatwiej zauważyć dowcip w piosence „Zosia i ułani” śpiewanej przez Irenę Kwiatkowską w „Kabarecie Starszych Panów”. Z biegiem czasu inaczej zaczęliśmy rozumieć funkcję kabaretu. Dziś musi być to show, podczas którego cała widownia wybucha śmiechem co najdalej kilkanaście sekund. Co zdanie, to eksplozja radości. Twórcy mają nieco ułatwione zadanie o tyle, że śmiech jest zaraźliwy. Ludzie czasem nie wiedzą, z czego się śmieją, ale udziela im się ogólna wesołość. Oglądając popisy tych samych kabareciarzy, w tym samym skeczu, ale samotnie w domu przed telewizorem – być może zachowaliby kamienną twarz.

Na przekór

 

Fenomenem jest poczucie humoru, które towarzyszyło ludziom w najgorszych momentach. Podczas wojny, w czasach niedostatku i opresyjnej władzy – ludzie mieli potrzebę tworzenia i wspólnego śpiewania wesołych, prześmiewczych piosenek. Wspomnijmy choćby dwie: „Siekiera, motyka” czy „Teraz jest wojna” (i kto handluje, ten żyje). Nie ma znaczenia, czy dziś uznamy ich teksty za zabawne – wtedy podnosiły ludzi na duchu. PRL miał np. Jana Pietrzaka i Andrzeja Rosiewicza, którzy, chcąc rozbawić publiczność, musieli w pierwszej kolejności zmylić cenzorów, by dopuścili tekst ośmieszający władzę. Skądinąd ciekawe, czy ci dobrze bawili się, zmuszając twórców do wzmożonego wysiłku i wymyślania zawiłych metafor. Być może bez ich interwencji nie narodziłyby się takie utwory jak „Przyjdzie walec i wyrówna” Wojciecha Młynarskiego. Piosenka, która do dziś ma wiele poziomów odczytu, jest adekwatna do rzeczywistości w kolejnych dziesięcioleciach. Dziś teoretycznie wolno napisać wszystko, poza obrazą uczuć religijnych hamulców nie ma. A potomkowie mieszkańców „najweselszego baraku w socjalistycznym obozie” nadal trzymają formę.

Nie dla każdego

 

Nie jest tajemnicą, że wiele żartów zrozumiałych jest tylko dla wybranych grup ludzi. Np. mówiących tym samym językiem, żyjących w tym samym kraju. „Alternatywy 4” nie śmieszą mieszkańców Europy Zachodniej, podobnie „Seksmisja” – choć tę podobno potrafią docenić… Chińczycy. Jednak nawet Polak będzie miał problem ze zrozumieniem tych filmów, jeśli urodził się już w czasach nowego ustroju, nie ma żadnej wiedzy na temat PRL-u, nie interesuje go komuna, choć była rzeczywistością, w jakiej żyli jego rodzice i dziadkowie. Zrozumienie jest tutaj kluczowe, by móc docenić skrzące się dowcipem scenariusze pisane po prostu życiem. Oczywiście znakomite aktorstwo też odgrywa znaczącą rolę. Najprawdopodobniej „nowa wersja” zagrana przez dzisiejszych drętwych aktorów serialowych nie bawiłaby nikogo.

 

Kim jest chomik

 

Najkrótszy żywot ma satyra nawiązująca do polityki. Trzeba być historykiem lub pasjonatem, by spamiętać nazwiska ministrów i innych notabli sprzed lat oraz przypisywane im przywary i afery. Ale i dziś tylko ci, którzy na bieżąco śledzą wiadomości, mogą zrozumieć ośmieszające władzę kabaretowe skecze. Popularne szopki noworoczne, bez wątpienia literackie perełki, nie śmieszą pół wieku później, a nawet w kolejnym roku. Mogą być ciekawostką historyczną, ale bez znajomości całokształtu sytuacji społecznej i gospodarczej właściwej dla danego czasu są równie zrozumiałe jak egipskie hieroglify. Twórczość powojennych kabaretów, by wspomnieć jeden z najlepszych – Studencki Teatr Satyryków, była bardzo zręcznym sposobem opowiadania o najistotniejszych sprawach, aktualnym komentarzem do rzeczywistości. Nad tekstami głowili się legendarni już dziś autorzy, ale nie uchroniło to skeczów przed przedawnieniem. „Polskie Zoo” dziś może wywołać uśmiech samym widokiem maskotek przedstawiających polityków i udatnie dobranymi głosami, ale nawet do tego trzeba klucza – wiedzy, że lew to Wałęsa, a chomiki to bracia Kaczyńscy. Podobnie wkrótce niezrozumiałe będzie już zapewne „Ucho prezesa” i inne prześmiewcze produkcje. Każdego roku nowe popisy władzy będą przysypywać stare gafy i afery, nikt nie będzie już pamiętał o tym, co dziś elektryzuje opinię publiczną. Jeszcze krócej bawią posty na facebookowych stronach typu „Centralny Szpital Psychiatryczny” – tak długo, jak wyświetlają się na tablicach osób, które je polubiły, czyli kilka-kilkanaście godzin. Potem giną przysypane kolejnymi żartami, absurdami wytropionymi na półkach sklepów, drzwiach urzędów i paskach telewizyjnych wiadomości.

 

Fani tortu i szarlotki

 

A filmy? Od początków istnienia, nawet nieme, już miały bawić. Bywał to humor niewyszukany, jak w komediach z udziałem Charliego Chaplina, opierający się głównie na żartach sytuacyjnych typu poślizgnięcie się i wpadnięcie w tort. W ogóle z komediami filmowymi jest pewien problem. Bardzo często filmy tak zapowiadane nie są śmieszne, czego przykładem są kolejne klapy współczesnego polskiego kina. Światowe hity tego gatunku często bazują na charakterystycznej postaci, by wspomnieć Jasia Fasolę czy Benny Hilla, ale nikt nie oczekuje od nich wyrafinowanej intelektualnej rozrywki. Skądinąd po obejrzeniu dziesięciu minut dowolnego filmu z ich udziałem znamy już cały repertuar min i gagów i dalsze oglądanie cieszy już jakby mniej. Trzeba też zauważyć, że większość hitów komediowych ma po prostu swoją widownię. Kolejne pokolenia młodych, wyluzowanych mężczyzn i kobiet mają uciechę z naszpikowanych sprośnymi dowcipami filmów z serii „American Pie” czy „Naga Broń”. Prawdopodobnie produkcje te nie zestarzeją się tak długo, jak długo będą dorastać kolejne pokolenia żywo zainteresowane nieskrępowanym czy wręcz wulgarnym, a jednak śmiesznym, ujęciem sfery seksualności. Najstarsze skecze Monty Pythona powstały ponad 50 lat temu, a do dziś mają liczną grupę wielbicieli wyrafinowanego, angielskiego humoru surrealistycznego. Dlaczego wciąż śmieszą? Są o nas, widzimy w nich siebie, przywary i słabostki, które były, są i będą przypisane na stałe do ludzkiego gatunku.

To nonsens!

 

Jednak i to nie jest receptą na ponadczasowy żart. Znakomite książki Magdaleny Samozwaniec, satyryczki, która rozpoczęła swą literacką karierę jeszcze przed wojną, dziś trącą myszką. Są celną satyrą, obserwacją głównie sfery obyczajowej damsko-męskiej, ale też całego mieszczańskiego, zakłamanego, zadufanego w sobie światka, z którego panna Kossakówna przecież się wywodziła. A jednak – znów – bez choćby pobieżnej znajomości realiów nie mamy szans na przynajmniej cień uśmiechu na twarzy. Biada temu, kto weźmie na serio purnonsensową powieść „Na ustach grzechu”, która w istocie jest doskonałą parodią „Trędowatej”, przedwojennego filmowego romansidła, wyciskającego łzy z oczu panien służących i kucharek marzących o wielkiej miłości.

 

Youtuberzy vs Tiktokerzy

 

Ciekawe, jak długo utrzyma się popularność filmów publikowanych dziś w Internecie przez młodych twórców, docierających do równie młodej widowni. Młodzieżowy język i styl rozmów zmienia się bardzo szybko, modne słówka każdego roku są wypierane przez kolejne modyfikacje. Pierwsze filmy twórców jednego z najpopularniejszych polskich kanałów rozrywkowych na YouTube, Abstrachuje TV, mają 10 lat. I już dziś wydają się uroczo spatynowane. Tak naprawdę widownia trojga przyjaciół starzeje się wraz z nimi, filmy są zabawne dla pokolenia 25-45 lat, ale już nastolatki mają Tik-Toka i zupełnie inny styl komunikacji. Ma być przede wszystkim krócej – 5 czy 7 minut to cała wieczność dla najmłodszego pokolenia użytkowników smartfonów.

 

Niezatapialne

 

A jednak są takie skarby rozrywki, które śmieszą zawsze. Dzięki swojej inteligentnej konstrukcji są możliwe do odczytywania na wielu płaszczyznach przez wtajemniczonych bardziej i mniej. Jeden doceni tylko humor postaci, drugi trafnie odczyta aluzje dotyczące czasów, w których żart powstał, trzeci znajdzie szereg odniesień do współczesności. Przykładów dzieł, w których zawarty jest ponadczasowy humor, jest całkiem sporo – oprócz nieśmiertelnego serialu „Alternatywy 4” była też znakomita trylogia Sylwestra Chęcińskiego zapoczątkowana filmem „Sami swoi”, skecze Janusza Gajosa – „Pianista”, „W Filharmonii” czy „Teściowa”. Wciąż wielu fanów mają skecze Bohdana Smolenia czy Zenona Laskowika, ale jest to głównie starsze pokolenie, które wraca do nich z sentymentu. No i kabaret „Dudek”. Skecz „Duży sęk” jest aktualny, jakby powstał tydzień temu, no, może poza łańcuszkiem do spuszczania wody, którego najmłodsze pokolenie może już nie pamiętać.

 

Dowcip uniwersalny?

 

Interesujące, że ci, których żarty nas bawią, niekoniecznie śmieją się z tego samego, co my. Janusz Gajos był podobno pierwszym kandydatem do roli Ferdka Kiepskiego. Po zapoznaniu się ze scenariuszem orzekł, że serial jest żenujący. Tymczasem ci, którzy uwielbiają jego skecze, równie radośnie reagują na serial z życia przaśnej śląskiej rodziny z kultową rolą Andrzeja Grabowskiego. Ale to chyba nic złego. Lepiej, gdy śmieszy nas więcej rzeczy niż mniej. Gdy wszędzie potrafimy dostrzec coś zabawnego, zamiast krzywić się, że to nie nasz poziom. Choć sami oceńcie, czy żart wybrany w międzynarodowej ankiecie jako naj, naj, najśmieszniejszy, faktycznie was bawi. Został wybrany za pośrednictwem strony internetowej LaughLab w 2001 r. Psycholog dr Richard Wiseman poprosił ponad 1,5 miliona ludzi z różnych krajów, by ocenili pięć dowcipów wybranych losowo z ponad 40 tysięcy. Oto ten najlepszy:

Dwóch myśliwych szło przez las, kiedy nagle jeden z nich upadł. Drugi zadzwonił w panice na pogotowie.

– Mój przyjaciel nie żyje! Co mam zrobić? – spytał.

– Proszę się uspokoić. Najpierw musimy ustalić, czy na pewno nie żyje – odpowiedział operator.

Zapada cisza, a po chwili w słuchawce słychać strzał.

– OK, co teraz? – spytał myśliwy.

 

Tak, już się trzeba śmiać ;)

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.