W lekkości siła [Marzena Diakun i Szymon Nehring w Filharmonii Łódzkiej]
Piątkowy wieczór 6 marca w Filharmonii Łódzkiej to ponowne spotkanie melomanów z artystami, którzy nie tylko interpretują muzykę, ale nadają jej nowy, współczesny puls. Przy fortepianie zasiadł Szymon Nehring – finalista XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz pierwszy polski zwycięzca Konkursu im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie. Orkiestrę poprowadziła natomiast Marzena Diakun,
wybitna dyrygentka o międzynarodowej renomie, laureatka dwóch prestiżowych konkursów: Praskiej Wiosny w 2007 roku oraz IX Międzynarodowego Konkursu dla Dyrygentów im. G. Fitelberga. Marzena Diakun w sezonie 2026/2027 obejmie stanowisko głównego dyrygenta Orkiestry Filharmonii Reńskiej w Koblencji. Oboje artyści intensywnie koncertują za granicą, ale na szczęście regularnie odwiedzają Łódź.
Wieczór otworzył II Koncert fortepianowy g-moll Saint-Saënsa. O ciekawej genezie powstania utworu, prawykonanego przez kompozytora w 1868 roku, mówił we wprowadzeniu redaktor Marcin Majchrowski. Uczestnicy spotkania przedkoncertowego mogli wysłuchać fragmentu nagrania tego dzieła w wykonaniu Artura Rubinsteina, co było bardzo przyjemnym, łódzkim akcentem. Dziennikarz Radiowej Dwójki przywołał współczesną kompozytorowi recenzję mówiącą, że jego koncert to „podróż od Bacha do Offenbacha”. Pod palcami Szymona Nehringa podróż ta zyskała jednak dodatkowe przystanki.
Nehring wszedł w partyturę Saint-Saënsa z właściwą sobie wirtuozerią. Pierwsza część, Andante sostenuto, wybrzmiała z akademicką powagą godną organowych improwizacji mistrza z Lipska. Jednak już druga – Allegro scherzando – oraz ostatnia – Presto – rzuciły nowe światło na tę „staromodną” kompozycję. W interpretacji Nehringa usłyszeliśmy dowcipne scherzo, niepozbawione liryki, a szalona tarantella kończąca występ przypomniała słuchaczom, że z kompozycji Saint-Saënsa inspirację do swojej muzyki filmowej czerpał garściami sam John Williams.
Jak każdy pianista w łódzkiej sali, Nehring walczył z niełatwą dla swojego instrumentu akustyką. Zdarzało się wcześniej, że boje te były nierówne, a zwycięstwa wątpliwe. Tym razem jednak zawstydzona akustyka spędziła cały wieczór w kącie, bo Nehring posiada magiczną umiejętność panowania nad tym, co dzieje się z każdym dźwiękiem. Na bis czekała na publiczność piękna i wzruszająca niespodzianka. Po szalonej pianistycznej ekwilibrystyce francuskiego koncertu, prosta melodia Mazurka op. 50 nr 1 Karola Szymanowskiego była jak orzeźwiający łyk czystej wody.
Sukces Szymona Nehringa nie byłby możliwy bez wsparcia Marzeny Diakun. Dyrygentka, której przypisuje się żelazną rękę i surową dyscyplinę, okazała się artystką czułą i niezwykle muzykalną, a przy tym wolną od presji kontrolowania wszystkiego i wszystkich. Swoboda, jaką dała orkiestrze, sprawiła, że filharmonicy ograniczyli się do oprawy perlistej opowieść Nehringa, wiedząc, że ich czas nadejdzie w drugiej części wieczoru.
W monumentalnym czteroczęściowym Brucknerze luz orkiestry pod batutą Diakun okazał się kluczowy do zaprezentowania tej wymagającej muzyki w sposób świeży i nowoczesny. I Symfonia c-moll zabrzmiała z niepokorną energią, jaką skrzętnie skrywał przed światem dojrzały już, bo 42-letni twórca. Mówi się o „Pierwszej” Brucknera, że jest najmniej surowa i „kościelna”, a sam kompozytor pisał o niej, że to „zuchwała dziewczyna”. Nieśmiały i niepewny siebie Bruckner musiał mieć w sobie bezkompromisowość i butę, których ślady odnalazła Marzena Diakun i których tropem podążył zespół. Dzięki nim słuchacze mogli odbyć podróż w głąb świata Brucknera pełnego wigoru i pewności siebie.