Agnieszka Płoszajska: Ludzie boją się Tuwima

22.03.2026

„Bal w Operze” to tekst niełatwy, mocny, obnażający najgorsze ludzkie cechy, a niedający nadziei. Muzyka Leszka Możdżera także nie będzie w tym spektaklu łatwa. W dodatku reżyserka zmusi nas do interakcji z aktorami, ale przede wszystkim z tekstem poety. A jednak obie zachęcamy do pójścia na „Bal…”. Nie po rozrywkę, ale po refleksję i spotkanie ze sobą. A także po wspólne przeżycie, tak ważne w skomplikowanych czasach, w których żyjemy.

 

Rozmawia Kinga Wojciechowska

 

Zacznijmy od końca, czy może od środka. Dlaczego taki tekst jak „Bal w Operze” Juliana Tuwima potrzebuje interakcji z publicznością?

Nie wiem, czy ten tekst potrzebuje interakcji, ale czuję, że to my potrzebujemy interakcji z tym tekstem. Zwykle inscenizuje się go w sposób satyryczny, gdzie z bezpiecznej pozycji widza naśmiewamy się z paskudnych ludzi, którzy w tym tekście występują. Chciałam sprawdzić, co stanie się, kiedy aktorzy razem z publicznością będą współuczestnikami tego metaforycznego balu.

 

Co jest dla Ciebie najważniejsze w tekście Tuwima? Z jednej strony to satyra, groteska, z drugiej – apokaliptyczna wizja świata. A co Ty przede wszystkim w tym tekście widzisz?

W tym tekście porażają mnie dwie rzeczy. Pierwszą jest jego aktualność, której w ogóle się nie spodziewałam. Kiedy pierwszy raz przeczytałam go po latach, to mnie w jakiś sposób odrzucił, bo czytałam go w pośpiechu i w pierwsza reakcja była taka: nic nie rozumiem, za dużo neologizmów, chaosu i szaleństwa. Ale jeśli się w niego zagłębisz, zobaczysz sensy, chaos zamienia się w rytm, a z treści przebija wstrząsająca aktualność. A druga rzecz to właśnie apokaliptyczna wizja. Od razu wiedziałam, że nie potrzebujemy żadnej zewnętrznej apokalipsy, bo ją sobie z powodzeniem organizujemy sami. Każdego dnia urządzają ją nam możni tego świata, którzy manipulują zbiorowym lękiem i podsycają animozje dla własnych korzyści. Więc ostateczną apokalipsę jesteśmy w stanie zafundować sobie sami.

 

W opisie Warszawska Opera Kameralna mocno eksponuje Leszka Możdżera, autora muzyki jako tego, który „wchodzi w strukturę spektaklu. Jest obecny”. Co to właściwie oznacza?

Można śmiało powiedzieć, że Leszek też jest aktorem tego spektaklu. Nie dziwię, że WOK eksponuje udział Leszka, bo to elektryzujące nazwisko, o czym przekonuję się na własnej skórze i bardzo mnie to raduje. A przy tym widzę u niego ogromny dystans do siebie, do swojej sławy, popularności. Bardzo to szanuję, zważywszy wszystko, co osiągnął i osiąga. Mówiąc wprost: nie gwiazdorzy, a współpraca z nim jest twórcza i partnerska. Materiał muzyczny nie jest nowy, ale na potrzeby tej realizacji Leszek tworzy nowe aranżacje, interludia, a nawet skomponował dodatkowy utwór do wiersza Tuwima. Mocny i potrzebny.

 

„W Basenie artystycznym wydarzy się coś, czego nie da się zaszufladkować.” – czytam na stronie WOK. Jesteś reżyserką do zadań specjalnych? Wiesz, spektakle dla dzieci, monodramy, musicale. A może jesteś reżyserką uniwersalną i żadnej formy się nie boisz?

 

Przede wszystkim jestem reżyserką spektakli muzycznych. Pani dyrektor Alicja Węgorzewska obejrzała moją realizację JChS (Jesus Christ Superstar - przyp. red.), który miał premierę w zeszłym roku w kwietniu w Teatrze Muzycznym w Toruniu. To w pełni imersyjny spektakl w dość ryzykownej formule silent disco, który został niezwykle pozytywnie przyjęty przez krytykę a przede wszystkim przez widzów. Pani dyrektor Węgorzewska wówczas zasugerowała, że się odezwie i któregoś dnia faktycznie zadzwoniła. Z Leszkiem Możdżerem na głośnomówiącym. Rozumiesz? Trochę już żyję, ale wciąż da się mnie zaskoczyć (śmiech). Myślę, że po JChS Pani dyrektor słusznie uznała, że ja się nie boję wyzwań i że nie przestraszę przestrzeni Basenu Artystycznego i że znajdę pomysł na „Bal…”.

 

Od 2014 roku, czyli od ponad 12 lat stajesz po tej drugiej stronie i mówisz aktorom, co mają robić. Co jest trudniejsze – aktorstwo czy reżyserowanie? Kiedy czujesz, że masz więcej do powiedzenia jako artystka?

Oczywiście czuję, że mam więcej do powiedzenia jako reżyserka i jak sobie o tym rozmyślam, to czasami dochodzę do wniosku, że ja zawsze byłam reżyserką, tylko tego w sobie nie rozpoznałam. Przed studiami byłam w teatrze off-owym, realizowałam swoje spektakle, a potem kierunek aktorski wydał się naturalnym wyborem. W teatrze zawodowym czasami udawało mi się trafić na reżysera, który wchodził w  dialog, a czasami na takiego, dla którego aktor był wyłącznie narzędziem i musiał robić to, czego się od niego oczekuje. Oczywiście zdarzały się przepiękne realizacje, w których czułam się współtwórczynią. Teraz, kiedy stoję po drugiej stronie, mogę opowiadać swoje historie, a doświadczenie aktorskie pomaga mi czuć zespół. Chcę prowadzić aktorów tak, jak kiedyś chciałam być prowadzona, czyli w atmosferze bezpieczeństwa, współpracy i zrozumienia. Oczywiście kryzysy są naturalną częścią procesu powstawania spektaklu, ale nawet jeżeli efekt, o który mi chodzi nie pojawia się od razu, moim obowiązkiem jest znaleźć sposób, aby aktor otworzył się na moją wizję postaci. Poza tym powtarzam, że to jest na tyle wymagający zawód, że warto w nim szukać po prostu przyjemności. Dla mnie najprzyjemniejszą częścią pracy są ludzie. Jestem ich ciekawa i po prostu ich lubię, często podziwiam.

 

To chyba ważne, bo na czas produkcji stajecie się tymczasową rodziną?

Trochę się boję tej narracji rodzinnej, bo jednak trzeba zachować zdrowe granice, a rodziny często bywają dysfunkcyjne (śmiech). Ale owszem, współtworzymy mini społeczność na te sześć czy osiem tygodni produkcji właśnie po to, żeby opowiedzieć historię, która jest ważna dla mnie, ale też dla nich. I to ja muszę ich w jakiś sposób zaszczepić swoją ideą. Przy okazji „Balu w Operze” sztuka jest właściwym polem, na którym możemy wyrazić swój bunt. I użyć naszej wrażliwości do skrytykowania świata, w którym ktoś rozpętuje wojny, aby uniknąć konsekwencji swoich niegodziwych działań. Słyszałaś o tym, że od ataku USA na Iran zainteresowanie aktami Epsteina spadło o 95%? Ciekawe, prawda?

 

Albo smutne. To kim się staniemy po „Balu w Operze”? Czy jako widzka wrażliwa, myśląca (czasem aż za bardzo), mam się czego obawiać? Poprzestawiasz mi w głowie?

Mam ten komfort, że mogę schować się za Tuwimem. Nie zmieniam ani jednego słowa w tym tekście, a chciałam zaznaczyć, że ludzie się go boją. Ludzie boją się Tuwima. Twórcy odmawiają współpracy z powodu wulgarności tekstu.

Osoby obawiają się skandalu, tego, że ktoś poczuje się dotknięty. A może tego, że przejrzą się w bezlitosnym lustrze? „Bal w Operze” powstał w roku 1936, a w całości opublikowano go dopiero w 1982. Wierzę w inteligencję widzów. Ten tekst jest dość skomplikowany a możliwość interpretacji dowolna. Ale liczę, że pewne rzeczy przejdą nad słowami.

 

W jakim sensie?

W emocjach, sytuacjach i dzięki muzyce, która jest czasem piękna, a czasem nie do wytrzymania. Wzruszająca, a czasem uciążliwa. Chcę, żeby po spektaklu wybrzmiała CISZA, w której zweryfikujemy kilka rzeczy w sobie.

 

 

Agnieszka Płoszajska. aktorka, reżyserka. W 2006 r. ukończyła wydział aktorski

PWST w Krakowie. Po dyplomie zagrała kilkadziesiąt ról teatralnych, kilka epizodów telewizyjnych, jak również współtworzyła audycje radiowe, m.in. w Polskim Radiu Dzieciom i Radiu Bajka. Prowadziła również integracyjne grupy teatralne w Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą w Warszawie. Jako reżyserka zadebiutowała w 2014 r. w Teatrze Muzycznym w Toruniu musicalem świątecznym “Gra warta piernika, czyli Maurycy i kolędnicy” Emila Płoszajskiego. Spektakl ten grany jest z powodzeniem już jedenasty sezon. Jej pozostałe realizacje to „Jacek i Placek na tropie księżyca”, „Marysia ma Rysia”, „Rysiek ma Rysia”, „Niesamowite przygody 10 skarpetek”, „Akademia Pana Kleksa”, „Zbrodnia i karaoke”, „Karnawał zwierząt”, „Kręci się?”, „Bajka o księciu Pipo, koniu Pipo i księżniczce Popi” oraz „Pan Kleks. Powrót”. Zrealizowała monodramy: „Jutro będzie za późno” i „Ściana” w Toruniu, „Takie tam” Szymona Jachimka w Teatrze Boto w Sopocie oraz „Mój boski rozwód” Geraldine Aron w Teatrze im. Sewruka w Elblągu.

Jako reżyserka współpracowała z Mazowieckim Teatrem Muzycznym, Teatrem Miniatura w Gdańsku, Opera Nova w Bydgoszczy, Teatrem Miejskim w Gliwicach, Teatrem Muzycznym w Toruniu, Teatrem Kameralnym w Bydgoszczy, Teatrem Muzycznym w Gdyni, Teatrem Zagłębia w Sosnowcu, Teatrem Nowym w Częstochowie i Teatrem Syrena, gdzie musical „Heathers” został niezwykle entuzjastycznie przyjęty przez widzów i krytykę teatralną. Jest reżyserką „Jesus Christ Superstar” w Teatrze Muzycznym w Toruniu - pierwszej na świecie produkcji musicalowej zrealizowanej w formule silent disco.

Za monodram o Wierze Gran „Jutro będzie za późno” otrzymała w 2016 roku Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska dla najlepszego reżysera festiwalu Windowisko.

Jest laureatką Nagrody Prezydenta Gdyni z okazji Dnia Teatru 2020 za reżyserię spektaklu muzycznego „Marysia ma Rysia” w Gdyńskim Centrum Kultury. Za działalność artystyczną w roku 2017 i 2022 otrzymała wyróżnienia Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego w kategorii Kultura.

Jest reżyserką polskich prapremier musicali: „Wyspa” Finna Andersona w Teatrze Kameralnym w Bydgoszczy, „Friends. The Musical Parody”, „Morderstwo dla dwojga” i „Kuguar. Musical” w Teatrze Muzycznym w Toruniu, „Kiedyś na wyspie. Once on this Island” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. W Teatrze Syrena w Warszawie, w najbliższym sezonie planuje realizację musicalu „Everybody is talking about Jamie”.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji:

Teresa Wysocka , teresa.wysocka [at] prestoportal.pl +48 579 667 678

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.