Improwizowane pejzaże na pohybel AI [rozmowa z Pawłem Bilińskim]
Duet Paweł Biliński i Krzysztof Maciejowski wsparci inżynierem dźwięku Tadeuszem Mieczkowskim wydali EP (Extended Play), czyli minialbum z autorską muzyką wykonaną na fortepianie i pięciostrunowych skrzypcach elektrycznych. Epka jest zapowiedzią albumu będącego zapisem sesji zrealizowanej w mieszkaniu Pawła Bilińskiego w pewnej starej kamienicy w Bielsku-Białej, a wykorzystane do nagrania pomieszczenie… także „zagrało” w tym projekcie. To dzieło będące wynikiem artystycznego spotkania wypełnionego muzycznym, improwizowanym dialogiem obu instrumentalistów. O kulisach i korzeniach tego niecodziennego projektu z Pawłem Bilińskim rozmawia Grzegorz Szczepaniak.
- Po świetnym albumie z muzyką celtycką, a może bardziej z muzyką inspirowaną celtyckimi melodiami, którą nagrał Pan przede wszystkim z harfistką Amelią Tokarską, szybciutko mamy kolejną produkcję. Tym razem wykonaną z wirtuozem pięciostrunowych skrzypiec Krzysztofem Maciejowskim. Ale to zupełnie inny projekt. Epka, którą wypuściliście na rynek, to zapowiedź większego wydawnictwa i tylko to jest tu oczywiste. Reszta budzi pytania. Po pierwsze: kto dziś wydaje epki? No i dlaczego epka, czyli cztery utwory, a nie cały album?
- W tym rzecz, że to już rzadkość. Mam takie wspomnienia, że kiedyś na takich epkach, które zawierały niekiedy blisko pół godziny muzyki, lądował materiał, będący po prostu najciekawszym elementem danego projektu. Działo się tak z różnych przyczyn, ale często dlatego, że o tym, co trafiało na album, decydowali wydawcy i wybierali to, co najłatwiej sprzedać. Pozostały materiał wydawano właśnie jako taki bonus i była to często muzyka najbardziej kreatywna w obrębie tego projektu. Albo najciekawsza, najbardziej inspirująca czy wręcz po prostu najlepsza, najwięcej wnosząca. Myślę, że miłośnicy muzyki mają tego typu wydawnictw sporo i chętnie do nich wracają. Ja na pewno. Wprawdzie w naszym przypadku mamy pełną kontrolę nad tym, co się ukazuje, ale w trakcie sesji, na jej zakończenie pojawił się taki moment, który stanowi swego rodzaju bonus, i stąd pomysł na tę „Epkę”. Trochę z sentymentu, trochę porozumiewawczo mrugamy do odbiorców, a trochę dlatego że chcieliśmy się tym nocnym improwizowanym muzykowaniem podzielić. Oczywiście również zapowiedzieć pełnowymiarową kontynuację.
- Z tego wnioskuję, że te cztery muzyczne obrazy dedykowane, a może inspirowane twórczością genialnych malarzy to nie jest nagranie z „głównego nurtu” tej sesji, że jest to rodzaj jej muzycznego post scriptum.
- Rzeczywiście. Są to wybrane końcowe fragmenty takiej muzycznej rozmowy, którą przeprowadziliśmy z Krzysztofem w moim mieszkaniu w Bielsku-Białej, to tam odbyła się cała sesja. Mieści się ono w zabytkowej części miasta, w stuletniej kamienicy w pobliżu Rynku i z widokiem na Teatr Polski. „Rozmawialiśmy” tak sobie muzycznie między 22 a 2 w nocy. Sąsiedzi to wytrzymali, ale też zdążyli się już przyzwyczaić, bo obaj w tej kamienicy mieszkamy (cóż za zbieg okoliczności) i skoro muzyka towarzyszy nam niemal cały czas, to w pewnym sensie towarzyszy też sąsiadom.
- No właśnie. Miejsce tego nagrania zaskakuje. Nie studio, a pokój w mieszkaniu kamienicy. Ciekawie, zaskakująco, ale też trochę ryzykownie.
- Ryzyka się nie bałem, bo wiedziałem, z kim będziemy pracować. Tego wydawnictwa pewnie by nie było, gdyby nie to, co mi się przytrafiło podczas realizacji projektu „celtyckiego”.
- I teraz będziemy rozmawiać o kunszcie Tadeusza Mieczkowskiego.
- Jasne. Taki pomysł można zrealizować tylko wówczas, kiedy ma się pewność, że nagranie odda to, co tak naprawdę w tym pokoju się wydarzyło. Zatem trzeba było znowu zwrócić się do geniusza i guru polskiej inżynierii dźwięku, czyli Tadzia Mieczkowskiego. Oprócz tego, że jest to postać owiana legendą za życia, no to ma w sobie także takie geny, że ożywa, kiedy może realizować nieoczywiste pomysły i potrafi robić naprawdę szalone projekty. Zresztą często sam jest autorem takich niekonwencjonalnych idei. Początkiem tego projektu były moje opowieści o realizacji nagrań „harfowych” z Amelią i pozostałymi kolegami oraz oczywiście Tadeuszem. Snułem je w trakcie spotkań z Krzysztofem, który jest nie tylko moim sąsiadem, ale też przyjacielem. Gdzieś tam pojawił się pomysł, byśmy także my coś wspólnego stworzyli, kiedy będzie więcej czasu po wydaniu płyty nagranej z Amelią. Decyzja zapadła pewnego letniego wieczoru w ogrodzie naszej kamienicy. No, ale żeby pomysł, który się pojawił, można było dobrze nie tylko zagrać, ale i nagrać, potrzebny był Tadeusz, który umie uchwycić dźwięk w przestrzeni, w której on się pojawia. Jak nikt inny w Polsce radzi sobie z miksami „atmosowymi”, przestrzennymi, a to było w naszym przypadku niezwykle ważne. Ten pokój, w którym pracowaliśmy, w pewien sposób też grał, oddawał dźwięk i trzeba było umieć to „złapać”. Sądzę, że efekt jego pracy słychać w tym nagraniu – trochę jak trzeciego muzyka w składzie. Muzyka jest w pewnym kontekście przestrzennym. Pomieszczenie ma około 30 metrów kwadratowych, stary parkiet, okna i inne elementy, które wpływają na to, jak ona brzmiała. No i Tadziowi udało się to znakomicie zapisać – z pełną konfiguracją omikrofonowania Dolby Atmos i binaural.
- Gdybym znalazł chętnego do takiego zakładu, to bym się założył o to, że najpierw była muzyka, gotowe nagranie, a potem dopiero tytuły utworów, odnoszące się do mistrzów pędzla. Wygrałbym?
- Tak. W przypadku tych improwizacji z epki nie zadawaliśmy sobie żadnych tematów. Zupełnie odwrotnie – to po gotowych mikach i masterze szukaliśmy skojarzeń. Muzyka jest dość obrazotwórcza, więc połączenie kropek nie było specjalnie trudne. I gdzieś nasunęły nam się takie plastyczne wizje i odniesienia do Van Gogha, Leonarda da Vinci, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego i Antonio Gaudiego.
- Ciekawa geneza. Muszę się przyznać, że ja sobie na swój prywatny użytek postanowiłem sprawdzić, czy i jak ta muzyka będzie korelować ze mną. Z moimi doświadczeniami, skojarzeniami i jakie ja bym nadał tytuły. Udało się, nadałem. Tylko one są bardzo prywatne, bo są odniesieniami do miejsc z mojej młodości, które miały i w jakiś sposób wciąż mają wpływ na to, kim jestem, do korzeni mojej rodziny. I znakomicie to współgra, ale jest tak subiektywne, że nie ma najmniejszego sensu cytować. Istotne jest to, że się udało, a to wcale nie jest częste zjawisko. Dlatego dla mnie ta muzyka jest otwarta, pozwala użyć wyobraźni, w żaden sposób nie ogranicza słuchacza, a raczej zaprasza do zabawy w odnajdywanie znaczeń i czerpanie z niej dla siebie; uruchamia emocje, wspomnienia, inspiruje i – wydaje mi się – wspiera proces kreacji.
- Miło mi to słyszeć, bo przyznam, że ta epka powstała z jeszcze jednego powodu. To jest taki może nawet artystyczny protest, wyartykułowany w stronę tego, co się na świecie dzieje z twórczością po tym, jak pojawiła się sztuczna inteligencja. Wiele osób rzuciło się na to, co ona „tworzy”, zapominając o tym, że to wcale nie jest realna twórczość z emocjami u podstaw. To jest takie sklejanie, rozbijanie muzyki na jakieś klocki i składnie z nich innych całości, które udają, że są czymś nowym, że są efektem procesu twórczego. Niestety, nie są. Sztuczna inteligencja nie tworzy, bo nie może. I chociaż wiem, że także te nasze nagrania staną się dla niej pożywką, sztuczna inteligencja nie dokona takiego nagrania, jak to, które myśmy popełnili. Użył Pan pojęcia „otwartej muzyki”, czyli takiej, która pozwala uruchomić wyobraźnię. AI nigdy jej nie zaproponuje, bo zawsze będzie bazować na czymś, co już było, będzie odtwórcza i w kontrze do tego, co zrobiliśmy, czyli „zamknięta”. Nie może improwizować, nie może zareagować w taki sposób w trakcie wspólnego muzykowania, by wytworzyć nową wartość artystyczną. Dlatego martwi mnie to, że tak wielu odbiorców dało się uwieść złudzeniu, że dostaje od sztucznej inteligencji artystyczne dzieło w pełnym sensie tego słowa. Cieszy natomiast to, że ludzie w tych czasach zaczynają też szukać kontaktu z żywą muzyką. Jako artysta czuję to, widzę zwiększającą się frekwencję na koncertach i reakcje publiczności. Ludzi chyba jednak nie można nabrać tak łatwo, jak niektórzy chcieliby sądzić.
- Mogę się tylko podpisać pod tymi przemyśleniami. Powróćmy jednak do tego, co jest kreatywne. Kiedy sobie wracam do „Celtic Harp Tales”, a robię to dość często, uderza mnie to, że te nagrania wciąż pozwalają mi usłyszeć coś nowego, coś co mi wcześniej umknęło, nie zwróciłem uwagi. Czasami są to drobiazgi, czasami otwierają się drzwi do innego odbioru tej płyty. Szukałem długo klucza, by zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, co takiego w tę muzykę wczarowaliście. Doszedłem do wniosku, że dokonaliście małego „oszustwa”. Bo tu wcale nie chodzi o muzykę celtycką zagraną na harfie. Ona jest tylko pretekstem do tego, co tak naprawdę znalazło się na tej płycie.
- Rzeczywiście, takie było moje zamierzenie, żeby te często proste melodie były kanwą do znacznie szerszej muzycznej opowieści. Miało być ok. 20 proc. muzyki celtyckiej i ogromna przestrzeń na fascynację tą muzyką, na czerpanie z niej, na zabawę formą, ale także muzyczną treścią. To jest współczesna muzyka, napisana w oparciu o ten materiał, który w pewnym sensie może uchodzić za źródłowy dla tego, co ostatecznie powstało. No, ale jest to muzyka napisana, są nuty, są aranże, jest tam też kilku muzyków, którzy znakomicie ten projekt wzbogacili i nadali mu wyjątkowego charakteru. Bardzo wpłynęli na to, co słyszymy. Projekt, który robimy z Krzysztofem, jest zupełnie inny. Bo tu nie ma nut, to jest muzykowanie, muzyczny dialog.
- Nie interpretujecie, chcecie, żeby zinterpretować.
- Tak, myślę, że to trafne spostrzeżenie. Siłą tego projektu jest improwizacja.
- I – pozwoli Pan, że wtrącę – wasze artystyczne fascynacje, historia, dorobek. Pana specyficznie brzmiący fortepian czasami chciałby „pofiglować” z brzmieniami progresywnymi, jak kocur ociera się o nie, ale to tylko takie sugestie. Pięciostrunowe skrzypce „robią” chwilami za małą orkiestrę.
- Nie fortepian, a 60-letnie pianino Nordiska. Trudno w to uwierzyć, ale to wspaniały instrument, który zbudował wartość dodaną, nie chcieliśmy „sterylnego” fortepianu koncertowego. A ponownie Tadek Mieczkowski pomógł to ciepłe brzmienie wydobyć. Krzysztof jest wirtuozem pięciostrunowych skrzypiec, improwizacja jazzowa to jego żywioł, a ponieważ zna możliwości instrumentu jak mało kto, to możemy ulec złudzeniu, że w nagraniu pojawiła się altówka, a nawet wiolonczela. Nie pojawiły się.
- Rzeczywiście, zwłaszcza „Gaudi eyes”, choć króciutkie, to zadziwia brzmieniowo.
- No bo to nagranie jest na płycie zapisane odwrotnie. „Taśma” z nagraniem się cofa. Zresztą to taki wielokropek na tej epce. To niby żart, ale faktycznie jest coś w tym, że to wydawnictwo nie zawiera czterech, a trzy i pół utworu. W tej części sesji, a przypomnijmy, że to czterogodzinne nocne muzykowanie ją zamykało, byliśmy już dobrze rozgrzani, rozpędzeni, rozegrani. Dlatego ten materiał improwizowany nagrany na koniec kilkudniowej sesji jest czymś zupełnie „jednorazowym”.
- Kiedy tak słucham tego materiału, to sporo myśli kotłuje się w mojej głowie. Między innymi taka, że jest on kolejnym dowodem przeciw tezie, że w muzyce wszystko już było. Nie było takiej improwizacji i nie było takiego efektu, który osiągnęliście, choć był fortepian i pięciostrunowe skrzypce wspólnie muzykujące i były nagrania w mieszkaniu. Nie wiem, czy się Pan zgodzi, że improwizacja to wkład w muzykę naszej ery. Ona sprawia, że muzyka wciąż się rozwija, nie jest „martwym językiem”, który tak naprawdę cytuje sam siebie.
- Tak, myślę, że jest dużo racji w tych spostrzeżeniach. To nie jest przypadek, że powstają nawet festiwale dedykowane improwizacji i że tam, gdzie mamy muzykę współczesną, to improwizacja bardzo często jest wykonywana. I na pewno jest to bardzo twórczy element. Nasza propozycja od początku do końca jest improwizacją, ale taką, która tworzy pewną całość. To jest projekt, który ma dynamikę, jest opowieścią z pewną narracją. Myślę, że to słychać już na tej epce. Cieszy mnie, że nasza muzyka wywołuje różne skojarzenia, przywołuje różne obrazy, porusza rozmaite emocje, a wreszcie budzi różnorodne uczucia. Uważam, że to siła tego projektu. A co do improwizacji jeszcze, to rzeczywiście pozwala na czystą kreację. Stanowi pewien problem jeśli idzie o koncertowanie, bo przecież nie ma sensu odtwarzać improwizacji. Ale nie jest to problem nie do rozwiązania.
- A propos. Umawialiśmy się na rozmowę na tyle długo, że nie mogę nie zapytać o to, co też pan muzycznie waży, czego możemy się spodziewać.
- Mogę powiedzieć, że materiał na płytę z sesji, o której tu rozmawiamy, jest w 80 procentach przygotowany. Trochę jeszcze nas pracy czeka, ale tegoroczny termin wydania płyty jest realny z punktu widzenia procesu artystycznego. Czy także inne czynniki decydujące o tym, że płyta ukazuje się na rynku, zadziałają i to się rzeczywiście uda, nie wiem, ale bardzo bym chciał. Mamy bogate plany koncertowe dotyczące celtyckiej harfy. Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że jak ktoś spodziewa się „grania materiału z płyty”, to także w tym przypadku powinien zmienić podejście. Będzie bardzo dużo improwizacji i unikania „szufladkowania” tego, co słychać podczas koncertów. Myślimy również o koncertowaniu z Krzysztofem, ale to oczywiście będzie zupełnie inna historia i trochę mamy do tego czasu. Ale pomysł jest i mam nadzieję, że uda się go wdrożyć w życie.
- A jakieś nowe pomysły projektowe?
- Są, coś tam się w tej materii dzieje, ale na razie nie będę o tym opowiadać. Jest po prostu za wcześnie.
- Dziękuję za rozmowę.