Miłość to dom w innym człowieku [rozmowa z Ewą Dymek, autorką książki „11 dni”]

16.02.2022
Rozmowa z  Ewą Dymek, autorką książki „11 dni”

O tym, czy należy się wstydzić swoich słabości i co jest istotne w wychodzeniu z nałogu, opowiada nam Ewa Dymek - autorka – zarówno tekstu, jak i rysunków w książce „11 dni”, bez ogródek, ale i z ogromną wrażliwością społeczną opisującej odwyk osób uzależnionych. Powieść ukazała się niedawno nakładem Fundacji Cechownia Artystyczna. –

rozmawia Maja Baczyńska

 

Maja Baczyńska: „11 dni” to tytuł bardzo wymowny. I symboliczny. Tyle trwa terapia w ośrodku leczenia uzależnień. Przez tyle dni można ulec złudzeniu, że jest się z dala od realnego życia, jednocześnie z dala od pokus i wszystkiego, co może stwarzać jakieś poczucie zagrożenia. 11 dni to jednocześnie okres rozłąki z najbliższymi – jak się okaże dla jednego z bohaterów Twojej książki, kluczowy, bo czasem mamy przed sobą… jeszcze tylko 11 dni życia. I 11 dni dzieli uczestników terapii do powrotu do swojej codziennej rzeczywistości. Czym dla Twojej bohaterki było te 11 dni, które spędziła w ośrodku, i co dla Ciebie stało się inspiracją dla napisania książki?

Ewa Dymek: Odwyk to odtruwanie organizmu, rozpoczęcie pracy z głową i emocjami. Jacyś mądrzy ludzie musieli zaopiniować, że te jedenaście dni, to odpowiedni czas dla większości chorych – żeby ponaprawiać zdewastowane organizmy z myślą o dalszym leczeniu. Oczywiście, są tacy, którym nic już nie jest w stanie pomóc, a te jedenaście dni to przedsionek do „następnego życia”, które nastąpi niedługo. Nasza bohaterka nie spodziewa się, że jedenaście dni może zmienić coś w jej życiu. Właściwie jest przekonana, że nie wymaga ono większych zmian. Inspiracją do napisania książki było całe moje życie i osoby, które nieustannie poznaję. Osoby chore na samotność, na brak miłości, osoby uzależnione.

 

Czytając książkę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo autentycznie piszesz o przemianie, która zaszła w Twojej bohaterce podczas terapii. Z osoby hipnotyzującej, zdolnej i elokwentnej, ale dość skupionej na sobie i patrzącej na innych z góry, stała się pełna empatii, pokory i współczucia. Czy tę przemianę wyzwoliło zetknięcie się z ludzkim cierpieniem?

Odwyk to świetne miejsce na wewnętrzną transformację. Nasi bohaterowie odcięci od substancji, od których są uzależnieni, mają szanse na skonfrontowanie się ze sobą, na otwarcie oczu. Mamy tutaj sporo postaci, które się zmieniają jakby je kto z buta strzelił. Jest osiłek Tomasz, który nie boi się nikogo poza swoim zmarłym ojcem. Dalej: odpychająca dresiara Marika, która okazuje się zranioną, delikatną dziewczyną, co w końcu ujawnia w chwili strachu. Mamy niepijącego alkoholika-terapeutę, gardzącego każdym, kto pije, pełnego wstrętu do swoich podopiecznych, co jest niczym innym, jak skrywaną nienawiścią do samego siebie. Ujawnienie jego drugiego oblicza dla mnie jest najmocniejszą przemianą w „11 dniach”. Narratorka przechodzi widoczną przemianę. Otwiera się na ludzi, których w innych okolicznościach nie miałaby szansy tak blisko poznać. Bo jakim sposobem, młoda, poszukująca miłości i zabawy dziewczyna mogłaby wejść w tak bliską relację z Babą Żul?

 

Co było dla Ciebie najtrudniejsze podczas opisywania pobytu osób uzależnionych w ośrodku?

Lubię zamykać tematy. Zamknięte, można iść dalej. Tutaj nic nie jest pozałatwiane, nic nie jest pewne. Nie ma odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Pytanie istnieje, każdy z nas je sobie zada, a odpowiedzi brak. I z tym brakiem trzeba sobie jakoś poradzić. Książka nie jest o tym, co ma być potem, ale o tym, co w trakcie odwyku – o strachu bohaterów przed powrotem do domów, czymkolwiek one są.

 

Czy masz jeszcze kontakt z kimś, kogo poznałaś podczas badania procesu terapii? Czy postacie z książki są autentyczne?

Postacie są autentyczne. Z osobami, które już nie żyją, nie mam kontaktu, to taki nieśmieszny żart… Dwie osoby przewijają się przez moje życie. Obecność jednej z nich jest dla mnie nieustannie szokująca. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że ta osoba już dawno umrze. Z tego co widzę, ma się dobrze. Nie są to jednak relacje intymne i częste. Co ciekawe, z tego co wiem, żadna z osób, o których napisałam, nie kupiła książki. Patrzymy na siebie, ale nie rozmawiamy ze sobą.

11 dni, projekt okładki Ewa Dymek

Powiedziałaś, że w książce celowo pomijasz to, co wydarzyło się później. Jaki mógł być powrót bohaterki do rzeczywistości po 11 dniach, do czego wróciła, czy rzeczywiście udało jej się zmienić życie, co jej w tym pomogło?

„11 dni” ma konstrukcję mocno osadzoną w tu i teraz. Zostajemy bez odpowiedzi na pytanie: „co się dzieje z narratorką po odwyku?”. Żeby poznać odpowiedź w kontekście, który nas interesuje, czyli czy wyszła z nałogu, musielibyśmy przejść z nią przez całe jej życie. Bohaterka ma być zaledwie inspiracją do zadania sobie pewnych pytań. Rozstajemy się w dniu jej wyjścia z ośrodka, taka była umowa. Dokonałam nadużycia zakładanej przeze mnie struktury, wprowadzając czytelnika w jeden dzień życia bohaterki przed akcją „11 dni”. To przestrzeń, w której poznajemy ją na wolności, jednak w pełnym zniewoleniu nałogiem. Spędzamy razem ten czas dlatego, że to, w jaki sposób się potoczył, bezpośrednio wpłynęło na powstanie tekstu. To natomiast, co się dzieje po odwyku, dla fabuły książki nie ma znaczenia. Taki jest nałóg – nic nie wiadomo i niczego nie można być pewnym.

 

Aż dwóch z bohaterów umiera zaraz po wyjściu z ośrodka. Jeden przedawkowuje, drugiego pokonuje rak. Padają wówczas znamienne pytania, kończące Twoją książkę – czy warto się starać, czy warto się nie starać. Z pewnej perspektywy patrząc, tylko jeden z tej dwójki odszedł z wolą porzucenia nałogu. Może to już jest zwycięstwo?

Żeby móc zwyciężyć, trzeba podjąć walkę. Jeden z tych bohaterów nie walczy. Przyjmuje z przerażającym spokojem swój los, na który przecież kiedyś miał wpływ, a teraz już nie ma. Przyznaje, że wie, że umrze, i to bardzo niedługo, i że to szkoda, bo chciałby jednak żyć. No ale nie da rady. Nie wiemy, czy i ile razy już zwyciężał, chociaż na chwilę, wcześniej. Drugi bohater na naszych oczach i według informacji, jakie o nim mamy – walczy. W chwili śmierci jest zgodnie z planem trzeźwy. Trudno sobie nie zadać pytania, czy gdyby nie rak, który ostatecznie pozbawił go życia, nie wróciłby do nałogu. A gdyby wrócił, to co – to już przegrana, czy można próbować tak długo, jak się żyje? Na pytanie, czy warto się starać, mam jedną odpowiedź: chcę żyć.

 

Sporo piszesz o poczuciu straty. Że dopiero strata pozwala przejrzeć na oczy. Jednak też z powodu jakiegoś trudno uchwytnego braku w ogóle wpada się w nałóg. Najczęściej dotyka to osoby hiperwrażliwe. Czy są jakieś cechy charakterystyczne dla osób uzależnionych, mimo że pochodzą z różnych grup społecznych? Czy też jedni popadają w uzależnienie z cierpienia, a drudzy… z nudów, z dostępności wszystkiego i przesytu wszystkim, z egotyzmu?

Trzeba by się bardzo nudzić, żeby z nudy popaść w uzależnienie. Tak potężna nuda musiałaby wynikać z tego, że zwyczajnie nie mamy się z kim spotkać, jesteśmy porzuceni, a przynajmniej tak czujemy. Samotność i dostęp do używek… i mamy kłopoty. Środki uzależniające przesłaniają to, czego nie chcemy widzieć. Ogłupiają. Na wesoło, na smutno, co kto lubi, jak woli. Dzięki nim chory tworzy inną rzeczywistość. Koniec końców zawsze gorszą. Zawsze. Obszerna odpowiedź na to pytanie została udzielona przez terapeutę Olka w mojej książce.

 

Po lekturze Twoich „11 dni” wiemy już, jak można wpaść w nałóg i że o nałogu mówimy wtedy, gdy obsesyjnie powracamy do czegoś, nawet gdy nam zaczyna szkodzić. A jak nie wpaść w nałóg?

Odpowiedź na to pytanie przekracza moje możliwości i kompetencje poznawcze. Z tego, co mówią niektórzy chełpiący się mianem nieuzależnionych od niczego wolnych ludzi – to kwestia hartu ducha i silnego charakteru. Słabi popadają w nałogi, silni nie. Bohaterowie „11 dni” w moim założeniu mają to ostatecznie zdementować. Poznajemy ich jako osoby chore i słabe. Jednak historie, które ze sobą niosą, sprawiają, że zaczynamy widzieć w nich poturbowanych, wrażliwych siłaczy. Nie sugeruję jednak, że każdy, kto przeszedł w swoim życiu coś okropnego, musi popaść w jakiś nałóg. Jak nie wpaść w nałóg? To bardzo złożona sprawa. Trzeba mieć też sporo szczęścia. Ma to zapewne coś wspólnego z brakiem strachu przed swoimi potrzebami, z poczuciem bycia ważnym dla innych i umiejętnością wybaczania sobie błędów. Jeśli jednak ty poznasz odpowiedź na to pytanie, czym prędzej mi powiedz, proszę.

 

Czy odwyk to powód do wstydu, czy powód do dumy?

Wszystko, co robimy, żeby żyć, o ile mieści się to w naszej mocy i nie krzywdzi innych, jest powodem do dumy. Walka o siebie zawsze jest czymś chlubnym. Chociaż wiem, że pacjenci wychodzący z odwyku często się niepokoją, co będą mieli podane na wypisie. W związku z tym, że odwyk dzieje się na oddziale szpitala psychiatrycznego, pacjent może uprosić wypis nie z odwyku, ale ogólnie ze szpitala psychiatrycznego. Ponoć w niektórych środowiskach zawodowych jest to nawet dobrze widziane. Żeby zrobić wrażenie na szefie – tak się ciężko pracowało, że się trafiło na leczenie.

Ewa Dymek-Dudzińska, fot. archiwum prywatne

A czy jest coś, czego Ty w życiu żałujesz? A może wszystko jak dotąd było dokładnie takie, jakie miało być?

To, czego kiedyś żałowałam, dzisiaj jest już nieważne, a nawet zabawne. Rzeczy, o których wstydziłam się mówić, teraz są dla mnie jak odznaki, powody do chluby, i zabawiam nimi towarzystwo. Znam uczucie wstydu i strachu przed ujawnieniem czegoś, czego żałuję. W związku z tym, że wiem, jakie to nieprzyjemne i jak wpływa na życie, postanowiłam niegdyś wyswobodzić się ze wszystkiego, o czym pamiętam, ujawniając to. Wybaczyłam sobie i poszłam dalej. Teraz żyję tak, żeby nie żałować, bo nie chcę nigdy więcej czuć się podle i nie na miejscu. Nie chcę się bać, nie chcę kłamać. Nie chcę się wstydzić siebie ani za siebie. Często mam do czynienia z ludźmi, którzy się boją ujawnienia, trzęsą się jak osiki, mówią pod nosem, patrzą w ziemię, boją się życia. Swoje przewinienia odbierają jako grzechy niewybaczalne, a ewentualną demaskację jako koniec świata. Tak nie jest. W chwilach słabości zadaję sobie pytanie: czym ten kryzys będzie za pięć lat? Ewo, kim będziesz za pięć lat? No właśnie. Ten kryzys to nic ważnego w perspektywie całego życia.

 

W „11 dniach” uderzające jest to, co się powtarza – że właściwie każdy z uczestników terapii cierpiał na jakieś niedostatki miłości. Na co dzień dużo mówimy o tym, że aby móc się dzielić miłością, trzeba najpierw pokochać siebie. U Twojej bohaterki kierunek był lub jest jakby odwrotny…

Znam tę tezę, że aby móc się dzielić miłością, należy najpierw pokochać siebie. Niezależnie od badań naukowych czy fachowej literatury: oficjalnie się z tym nie zgadzam. Kto i przez kogo nadanym prawem może ocenić, czyja miłość jest większa czy mniejsza? Nawet jeżeli da się zdefiniować miłość jako zdrową czy chorą, to która jest prawdziwsza, ważniejsza? Co dla jednego zadziała, u drugiego nie ma szans na powodzenie. Nie każdy chce czy potrafi przyjąć zdrową miłość. Czy ktoś, kto nie kocha siebie, dla bezpieczeństwa własnego i innych, zanim nie zaleczy ran z przeszłości, przede wszystkim z dzieciństwa, powinien żyć w samotności? Jaki jest procent ludzi nieporanionych, bez skaz, psychoz, bez niezdrowych nawyków? Czyli miłość jest dla wybranego i elitarnego grona? Ludzie najczęściej chorują z powodu braku miłości lub z nadmiaru nieodpowiedniej dla siebie miłości. Jeżeli znamy powód choroby, możemy wskazać lek i go zastosować. To, jak go użyjemy, to już inna kwestia. Miłość daje poczucie bezpieczeństwa, to dom w innym człowieku. Kiedy jesteśmy dla kogoś ważni, mamy po co żyć.

 

Co dla Ciebie jest naprawdę ważne?

Życie, rodzina, sztuka. Bezpieczeństwo własne i innych. Marzę o dobrym świecie dla wszystkich. Ważne są dla mnie smaczne jedzenie i kołdra w nocy.

 

Twoje plany artystyczne na rok 2022?

W planach mam namalowanie przynajmniej dwóch murali. Wydanie książki „Limbus” – nic więcej teraz nie powiem, jednak spodziewam się wywołania u czytających czegoś dużego. Dalej: autorska audycja dla dzieci w Radiu Poznań. Współpraca z tobą – skończyłyśmy pierwsze prace nad napisaną przez ciebie „Matką skodyfikowaną”, do której miałam przyjemność zrobić ilustracje, niecierpliwie czekam na druk i na spektakl o tym tytule. W czerwcu jako dyrektor artystyczna współorganizuję skierowany do pań Festiwal Kobieta Wsi. W sierpniu odbędzie się piąta edycja festiwalu lalkowego Ale Wiocha, który robimy wraz z Samborem Dudzińskim, prywatnie moim mężem. Wystawimy na nim „Matkę skodyfikowaną”. Najważniejsze dla mnie jest połączenie sztuki i moich aktywności społecznych. Moje życie to w tej chwili w dużym stopniu pomoc humanitarna dla osób z doświadczeniami uchodźczymi. Pracuję jako terapeutka z osobami znajdującymi się w ośrodkach zamkniętych i otwartych. Sztuka z tym związana? Namalowałam z pięć obrazów o tej tematyce i narysowałam sporo ilustracji. Zdecydowanie w tym roku będzie z tego wystawa. Dość smutna, ostrzegam. Ale też piękna, bo o miłości.

 

 

Ewa Dymek–Dudzińska

urodzona w latach 80. ubiegłego wieku w Poznaniu. Malarka wielkoformatowa, pisarka, działaczka społeczna: aktywna feministka, obrończyni przyrody, przeciwniczka niehumanitarnego traktowania ludzi i zwierząt. Wielbicielka życia: własnego i innych. Organizatorka festiwali artystycznych. Prywatnie i przede wszystkim mama trójki dzieci, od pięciu lat zakochana we własnym mężu.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.