Dęciaki bez wakacji [rozmowa z Andrzejem Tkaczykiem z zespołu Brass Riders]
Z Andrzejem Tkaczykiem, puzonistą w krakowskim zespole Brass Riders, rozmawia Grzegorz Szczepaniak. Trochę o „blachach”, puzzlach i orkiestrze, ciut o zamiłowaniu do motoryzacji i polskiego filmu, nieco więcej o puzonach, tubie, pomyśle na płytę „Polish Film Music”, ale najwięcej o tym, co na tej płycie można usłyszeć.
Grzegorz Szczepaniak: Naszą rozmowę musimy rozpocząć od pewnego wyjaśnienia. Jeśli ktoś nie zna realiów orkiestry symfonicznej, może nie wiedzieć, że zestaw trzy puzony i tuba to pewnego rodzaju całość. Gdyby orkiestrę porównać do puzzli, to faktycznie mógłby to być taki pojedynczy jej element, choć złożony z kilku instrumentów.
Andrzej Tkaczyk: To oczywiście pewne uproszczenie, ale rzeczywiście można spróbować tak właśnie wyjaśnić specyfikę tego zestawu instrumentów w składzie orkiestry.
Zgodzi się Pan, że wśród osób, które nieco słabiej znają te realia, kwartet składający się z trzech puzonów i tuby prawie na pewno wzbudzi zdziwienie?
Nie jest to wykluczone. Przede wszystkim my – myślę o muzykach, którzy tworzą w orkiestrach takie combo puzonowo-tubowe – doskonale wiemy, jakie ma ono możliwości. A są one naprawdę duże. Myślę tu oczywiście o tym, co w takim zestawie można robić poza orkiestrą. Trzeba pamiętać, że puzony to są także instrumenty solowe. One rzeczywiście historycznie niejako traciły swój walor w orkiestrach, bo też inną rolę widzieli dla nich kompozytorzy. Odchodzili od wykorzystywania ich jako instrumentów wykonujących partie solowe. To może być więc jakiś powód, by faktycznie mogło komuś wydawać się, że skład naszego zespołu wydaje się nieoczywistym wyborem. Może nie kojarzy się powszechnie z szerokim wachlarzem możliwości, ale w praktyce je daje.
Zatem spotkaliście się w Filharmonii Krakowskiej i postanowiliście zaskoczyć świat.
A gdzie tam… Z Tomkami [Stolarczykiem i Gajewskim – przyp. GS] znamy się od dziecka. Od razu nie znaleźliśmy się też wszyscy w filharmonii, ta droga była nieco bardziej skomplikowana. Ale rzeczywiście, kiedy wreszcie wszyscy tu byliśmy, pomyśleliśmy o wspólnym projekcie. Mieliśmy też szczęście trafić w orkiestrze na tak świetnego muzyka jak Jarosław Jastrzębski i także dlatego taki projekt stał się możliwy. Myślę też, że przeważyła chęć robienia swoich rzeczy, bo i w tym względzie mamy ogromny atut w postaci Tomka Stolarczyka i jego talentu aranżacyjnego. Wreszcie chcemy promować nasze instrumenty. Dęte blaszane dzisiaj wielu słuchaczom mogą wydawać się atrakcyjne tylko w zestawie z innymi rodzajami instrumentów. Może nawet nie jest to kwestia atrakcyjności brzmieniowych – bo te są przecież bardzo duże – co wyobrażenia o możliwościach muzykowania przy ich użyciu w takim sensie, że – wręcz odwrotnie – duże nie są. Tymczasem – wiem, że się powtarzam – to nie jest prawda, bo pozwalają one na realizację przeróżnych projektów. Mając do dyspozycji właśnie tylko „blachę” w postaci trzech puzonów i tuby, można naprawdę „porządnie pograć”.
Zanim porozmawiamy o efektach tego muzykowania w postaci płyty z polską muzyką filmową, którą nagraliście, jeszcze słowo o instrumentach. Puzon w orkiestrze symfonicznej i puzon jazzowy to trochę dwa różne instrumenty. Prawda czy fałsz?
Oczywiście instrument jest ten sam, ale technika i uzyskiwane brzmienia rzeczywiście się różnią. W muzyce jazzowej, która z założenia jest improwizacyjna, rola puzonu jest zazwyczaj inna niż w utworach klasycznych. W tym względzie możemy uznać, że to nieco „inny” instrument. Jeśli chodzi o tubę, sytuacja jest jeszcze bardziej czytelna. Nie kojarzymy tego instrumentu z improwizacją czy solowymi popisami. Oczywiście, nie brakuje kompozycji, które tubę wykorzystują jako instrument solowy, ale skojarzenia mamy jednak inne, bo też zazwyczaj tuba pełni – zwłaszcza w orkiestrze – inne role. To jedna sprawa. Druga to fakt, że ten instrument ma teraz dobry czas. Taki renesans kilkanaście lat temu przeżywał też puzon. Teraz odkrywamy niejako na nowo tubę, dostrzegamy jej możliwości i skutecznie walczymy ze stereotypowym myśleniem, co można na niej grać, a co nie.
Przypomina mi się taka historia, którą opowiadał mój tata. Ze wsi, z której pochodził, do wojska trafił chłopak niezwykle muzykalny. I choć idąc na służbę, nie grał na żadnym instrumencie, to jego talent dostrzegł kapelmistrz orkiestry dętej, funkcjonującej w jednostce. Pewnie dlatego, że miał wakat właśnie na tubie, zaczął uczyć owego młodzieńca tego instrumentu. Z wynikiem tak doskonałym, że po jakimś czasie zarekomendował go swojemu koledze, który kierował orkiestrą reprezentacyjną. No i nasz chłopak trafił do niej, budząc poczucie ogromnej dumy u mieszkańców wsi. Kiedy przyjechał na przepustkę, ktoś zdobył gdzieś tubę, sąsiedzi zebrali się na koncert w wykonaniu nieco przymuszonego do zagrania młodziana i usłyszeli oczywiście linię basową jednego z utworów. Rozczarowanie było spore.
Bo to jest główna rola tego instrumentu i zdawać by się mogło, że nikomu nie trzeba tego tłumaczyć. Na każdym instrumencie można jednak improwizować, grać partie solowe czy melodie. Także na tubie.
Chętnie korzystacie z tego faktu na płycie „Polish Film Music”. Sporo jest zabawy tym instrumentem. Weźmy na przykład „Jeszcze raz vabank” Henryka Kuźniaka. Moim zdaniem to prawdziwy majstersztyk aranżacyjny m.in. z powodu tego, co wyrabia w tym utworze tuba. Prowadzi linię basu, odpowiada za rytm, ale w pewnym momencie rytm przejmują puzony, a tuba gra ten charakterystyczny motyw, którego nie da się zapomnieć, jeśli ktoś raz obejrzał choćby jedną część tej komedii. Nie wiem też, jak tego dokonaliście, ale można odnieść wrażenie, że słychać w tym aranżu i banjo, i fortepian.
Aż tak? To w sumie bardzo ciekawe, że uległ Pan takiemu złudzeniu. To jest złudzenie, które może powstać, zwłaszcza jeśli się dobrze zna oryginał. Przyznam jednak, że miło usłyszeć takie słowa. Z drugiej strony ja też mam czasami problem, bo choć nie zawsze znam bardzo dobrze filmy, to tę muzykę już tak. I ona siedzi w głowie także, kiedy gramy aranże przygotowane przez Tomka, które przecież różnią się od oryginału, są interpretacją.
Nie zna Pan filmów, a muzykę tak? Nieco zaskakujące.
Jestem fanem motoryzacji, lubię jeździć samochodem, a jak się tak jeździ, to dobrze czegoś słuchać. I bardzo chętnie słucham muzyki z polskich filmów. Uważam, że bardzo często jest znakomita. Lepsza niekiedy od filmów, do których powstała. Przykładem może być świetny soundtrack do serialu „Na kłopoty Bednarski”. Obejrzałem ten film i źle mi się to oglądało. Ale motyw muzyczny autorstwa Henryka Kuźniaka to perełka.
Rzeczywiście, wdaje się, że montaż tego filmu pozostawia wiele do życzenia. Może to był jakiś zamysł artystyczny, może decydował zbyt mały budżet, ale faktycznie efekt końcowy nie przekonuje. Za to tytułowa i finałowa piosenka są nie do zapomnienia. Podobnie jak temat z serialu „Kariera Nikodema Dyzmy” z rewelacyjną kreacją Romana Wilhelmiego.
Zgadzam się. Temat z „Bednarskiego” to świetny materiał na finał każdego koncertu. To taki utwór, w którym się trochę dzieje. Jest linia melodyczna dla wokalisty, w końcu to piosenka. Jest dość intensywny rytm, no i trochę muzyki niejako „pomiędzy”. A nas jest tylko czterech. W takich sytuacjach objawia się kunszt aranżacyjny Tomka i jego dogłębna znajomość możliwości instrumentów, które ma do dyspozycji. Bardzo lubię ten utwór, choć dzisiaj na koncertach gramy go już nieco inaczej i brzmi jeszcze lepiej. Używamy tłumików, których na tym nagraniu nie ma. Z kolei w utworze Piotra Marczewskiego, czyli temacie z „Dyzmy”, mamy niejako prezentację możliwości tuby. Oczywiście w części aranżu prowadzi linię basu i wyznacza rytm, ale nie tylko, bo wchodzi też w swoisty dialog z puzonami.
I to rzeczywiście pięknie „gada”, ale wasz tubista miał co robić w tym utworze.
Jarek w ogóle nie ma wakacji w tym projekcie. Czasami jak zobaczył aranż, to robił naprawdę wielkie oczy, ale po jakimś czasie już to graliśmy. Zresztą muszę powiedzieć, że te aranże nie są takimi zamkniętymi kompozycjami, że nic się przy nich nie da zrobić. One wciąż ewoluują. Ja na przykład często czytałem partyturę, którą przygotował Tomek, graliśmy to i dostrzegałem rzeczy, które warto zmienić, bo zabrzmi lepiej. No i ołówkiem takie pomysły są nanoszone. Trochę jest takich dopisków.
Jak wyglądał dobór repertuaru? Najczęściej sięgaliście po kompozycje Jerzego Matuszkiewicza. Taki był zamysł?
Nie do końca. Pomysłów mieliśmy od groma i ostatecznie to jest taki dobór, który wynika trochę z… potrzeb koncertowych. Pomyśleliśmy, że ten zestaw świetnie się „sprzeda” właśnie na żywo. To są same superhity, choć tu trzeba zrobić pewne zastrzeżenie. To jest muzyka do filmów powstałych głównie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Złoty czas dla polskiej muzyki filmowej. Ale prawda jest taka, że „po trzech nutkach” poznają te utwory słuchacze w wieku sześćdziesiąt plus. Trzydziestolatkowie często nie kojarzą ich z obrazami, ale widać, że dobrze się bawią, co jak najlepiej świadczy właśnie o tych kompozycjach.
I te koncertowe przesłanki zadecydowały także o tym, że w przypadku „Stawki większej niż życie”, „Janosika” i „Alternatywy 4” gracie nie tylko główne tematy, ale sięgacie po cały soundtrack albo większą jego część. Pozostałe utwory to takie najczęściej dwuminutowe „pigułki”.
Tak naprawdę to wszystko są takie właśnie – jak Pan to powiedział – pigułki. Ale faktycznie, najczęściej sięgaliśmy po muzykę z tych trzech wymienionych przez Pana filmów. Początkowo był też pomysł, żeby szerzej zrobić Korcza, którego kompozycje fascynują, ale ostatecznie poszliśmy trochę inną drogą i wygrało to „myślenie koncertowe”.
Na Waszych koncertach można jednak usłyszeć nie tylko muzykę z polskich filmów i seriali.
W istocie. Nawet wczoraj zagraliśmy taki koncert, w którym klasyki było znacznie więcej, jakieś trzy czwarte materiału.
To była głównie polska muzyka?
Tak, zgodnie z przyświecającą nam zasadą, że zespół ma promować polską muzykę i instrumenty, na których gramy. Po to powołaliśmy go do życia i tej zasadzie jesteśmy wierni.
Przekonam Pana do opowieści o kolejnych projektach?
Powiem tak: pomysłów jest tyle, że gdyby nie praca w orkiestrze, która jest dla nas bardzo istotna, to płyt byłoby już zapewne kilka.
Z muzyką z rodzimych filmów?
No dobrze, ogłośmy światu, że będzie drugie takie „filmowe” wydawnictwo. Mogę powiedzieć, że nad nim pracujemy. Mamy też zdefiniowany kolejny projekt, ale nic więcej nie zdradzę.
Tak sobie myślę, że w latach osiemdziesiątych XX wieku takiej muzyki, którą warto się zająć, bo to często świetne kompozycje, było u nas znacznie więcej. Polski rock…
Tylko jeśli utwór jest rockowy, to niemal zawsze trzeba dorzucić perkusję. Jak już powiedziałem wcześniej, nas jest tylko czterech i są cztery instrumenty. A rock to są przede wszystkim utwory z wokalem, gitarami, mocną sekcją rytmiczną z perkusją i basem, wokół którego czasami „kręci się” cała piosenka. Taka gitara to sześć strun, akordy, dźwięki, które trudno „przełożyć” na instrumenty dęte. A te gitary też są dwie, czasami trzy i każda gra inaczej: rytmicznie, solowo, tworząc warstwę harmoniczną utworu. Trudna sprawa, choć na pewno kusząca.
Czyli to nie ten kierunek?
Może tak, może nie. Niech ten nasz drugi nowy pomysł pozostanie na razie sekretem.
Niech tak będzie. Dziękuję za rozmowę.