Kompozytor do odzyskania [płyta z utworami Miłosza Magina wydawnictwa DUX]

12.01.2026

Polscy kompozytorzy, którzy wyjechali w XX wieku do Francji, nie mieli łatwego życia zawodowego w kraju. Dość powiedzieć, że choć na Zachodzie odnosili sukcesy, zazwyczaj kończyli w zapomnieniu, a później ich twórczość trzeba było odgrzebywać i promować na nowo. Dużo roboty.

Myślę tu głównie o Aleksandrze Tansmanie, Andrzeju Czajkowskim i bohaterze tego tekstu, Miłoszu Maginie. Przy czym o ile ten pierwszy, przynajmniej wśród ludzi, mających styczność z XX-wieczną muzyką polską, zaczął już funkcjonować bez konieczności dalszego go przedstawiania, to dwóm pozostałym w dalszym ciągu zdecydowanie potrzebny jest rzecznik.

 

Przypomnijmy więc postać Miłosza Magina. Urodzony w 1929 roku w Łodzi, studiował w Warszawie fortepian u Margerity Trombini-Kazuro i kompozycję u Kazimierza Sikorskiego i Jana Maklakiewicza. W 1955 roku zdobył wyróżnienie w V Konkursie Chopinowskim, w którym to pierwsze miejsce przypadło w udziale Adamowi Harasiewiczowi, a drugie Władimirowi Aszkenaziemu (swoją drogą, gdy został zakwalifikowany do występu, otrzymał od władz mieszkanie na nowo odbudowanej Starówce i fortepian). Kolejne lata przynoszą mu dalsze sukcesy w konkursach w Lizbonie i Paryżu, po których decyduje się przyjąć zaproszenie do Portugalii, a po kilku latach wybiera zamieszkanie we francuskiej stolicy.

 

Zatrzymajmy się na chwilę, bo tu znajdujemy odpowiedź na pytanie, dlaczego Magin jest tak bardzo w Polsce nieznany. Mamy jesień 1957 roku, gdy po październikowej odwilży nie ma już co zbierać, Po prostu zostaje w widowiskowy sposób zamknięte, a ekipa Gomułki zaostrza kurs. W takich warunkach każdy, kto wyjeżdża na stałe na Zachód („wybiera wolność”, jak to się eufemistycznie mówiło), zostaje wygumkowany. Bez frenetycznego robienia z niego od razu zdrajcy ludowej ojczyzny, raczej przechodzi się nad nim do porządku dziennego, nie myśląc dwa razy, zupełnie jak osoba o unikowym stylu przywiązania po rozstaniu. Przypomnijmy, że Andrzej Panufnik uciekł raptem dwa lata wcześniej, Czesław Miłosz cztery. Należy tutaj jednak wziąć poprawkę na to, że wyjazd Magina nie był ucieczką sensu stricto, więc okres programowego zapomnienia kompozytora w uspołecznionych mediach i salach koncertowych kończy się znacząco wcześniej.

 

W Portugalii i Francji młody muzyk jest rozchwytywany, występuje w całej Europie, ale w 1963 roku ulega wypadkowi samochodowemu, który kończy się skomplikowanym złamaniem lewej ręki. Pięć lat dochodzi do sprawności, ale nie przestaje komponować. Udaje mu się, wraca do sal koncertowych i studiów nagraniowych. Decca chce wydać komplet dzieł Chopina w jego wykonaniu – nie w pełni się to udaje, mimo że nagrany zostaje prawie cały materiał. Uczy w paryskim Konserwatorium Rachmaninowa, komponuje i angażuje się w całą masę innych muzycznych aktywności, aż do niespodziewanej śmierci na Bora-Bora w 1999 roku. Zmarł w pracy – przyjechał tam jako wykładowca i wykonawca na festiwal chopinowski. Czy to nie wystarczająca rekomendacja, aby zgłębić jego twórczość?

 

Nawet jeśli nie, to warto. Ostatnio w moje ręce wpadł wydany niedawno przez DUX solowy album Weroniki Górskiej-Mikosz, zawierający 4 z 26 utworów na fortepian solo: III i IV sonatę, Tryptyk polski i niedawno odkryte preludium op. 3 nr 1. Co o jego stylu płyta powie komuś, kto nie miał styczności z jego utworami? To samo, co o twórczości większości kompozytorów, którzy oprócz pisania muzyki zajmują się także wykonawstwem i pedagogiką: jest przede wszystkim eklektyczny. Nie znaczy to jednak, że nie jest wyrazisty. Z pewnością nie należał Magin do awangardzistów (choć był aktywny w mieście, w którym paru takich stacjonowało), ale niekoniecznie też da mu się przypiąć łatkę reakcjonisty. Najprostsze skojarzenie prowadzi mnie do Tansmana – mamy tu całkiem sporo elementów neoklasycznych, dużo perkusyjnej motoryki, która, choć dosadna, nigdy nie zapuszcza się w barbarystyczne rejony, nawet we fragmentach nawiązujących do tradycji ludowej; ale wszystko też jest na francuską modłę zdystansowane i eleganckie, a jednocześnie nie do końca serio. Jednym słowem, w wykonywaniu takiej muzyki, podobnie jak w przypadku Bernsteina, Poulenca czy Barbera, trzeba być kameleonem, wszystkim po trochu i wiedzieć, na którą część siebie skierować reflektor w odpowiednim momencie.

 

Pianistka wywiązuje się z tego zadania znakomicie. Preludium – szkoda, że tylko ta część cyklu! – wspaniale waha się między Skriabinem a Fauré, jest idealnie radosno-melancholijne, przypominało mi światło padające przez witraże („neonowych iskier długi sznur i trójkolorowe szkło”, jak to śpiewał nieodżałowany Wodecki). Sonaty są skrajnie odmienne, choć daty ich powstania dzieli jedynie 7 lat. Co ciekawe, to Trzecia jest odważniejsza, zarówno pod względem formalnym (sześć części zamiast standardowych trzech czy czterech), jak i harmonicznym czy narracyjnym. Rozwija się ona bardzo powoli – czy wręcz wynurza, w podobny sposób, co ravelowska La valse, z tremoland w dolnych rejestrach fortepianu, które przechodzą w górę i przyspieszają, po to tylko, by po kulminacji ucichnąć i poprowadzić słuchaczy do drugiej części, Lento doloroso. Dopiero po tym dwuczęściowym rozbiegu zaczyna się „właściwa” sonata, rozedrgana i pełna zniekształceń, ale też nawiązań do tradycji (marsz żałobny jako przedostatnia część), dążąca do wybuchowego finału.

 

Czwarta sonata jest trochę spokojniejsza, bardziej konserwatywna i stateczna. Nawet jeśli pojawiają się w niej gwałtowniejsze fragmenty – a pojawiają się dość często, bywają nawet całymi częściami – są one mniej rozszalałe, raczej przewidywalne i stanowczo zmierzające do celu. Pojawiają się także kantyleny, rzeczywiście zawierające wymyślnie prowadzone melodie – w odróżnieniu od wolnych fragmentów Trzeciej, opierających się bardziej na budowaniu nastroju kolorystyką. Pomimo wszechobecnej wirtuozerii, Górska-Mikosz decyduje się na bardziej powściągliwe prowadzenie utworu (czytaj: nie rąbie w klawiaturę w co bardziej agresywnych momentach), co doceniam tym bardziej, że sam pewnie nie oparłbym się pokusie nieco bardziej obcesowego potraktowania materiału muzycznego i samego instrumentu. Chociaż nie powiem, że nie chciałbym tego usłyszeć zwłaszcza w Trzeciej, ale rozumiem podejście less is more.

 

Stylistyczne przełamanie przynosi Tryptyk, który niestety okazał się pewnym rozczarowaniem. Nie chodzi tu o jednak stronę wykonawczą, uważam jedynie, że biorąc pod uwagę obecność polskiej muzyki tradycyjnej w XX wieku, każdy, kto po Bacewicz mierzy się z tematem, staje przed bardzo dużym wyzwaniem. Po prostu, gdyby ktoś kazał mi odgadnąć, czy to Tryptyk polski Magina, Tryptyk góralski Malawskiego albo mazurki Szymanowskiego czy Tansmana, mógłbym mieć problem, jeśli trafiłbym na mniej charakterystyczne fragmenty. One po prostu, biorę odpowiedzialność za to, co tu piszę, brzmią tak samo, jeśli nie zna się tych utworów na wyrywki.

 

I to jest chyba najpoważniejszy zarzut, jaki można mieć wobec muzyki Magina: raz za razem słychać w niej wyraźnie czyjeś wpływy. I część IV sonaty i Preludium przypomina Skriabina. II część wykorzystuje motyw bardzo podobny do tego z etiudy f-moll op. 25 nr 2 Chopina. III część zaczyna się od prawie identycznego akordu, co drugi utwór z Valses nobles et sentimentales Ravela. Finały obu sonat są wypisz wymaluj Toccatą Prokofiewa, która przyjęła jakieś pyszne substancje, po których robi się dziwne rzeczy. We wszystkim z kolei pobrzmiewają wpływy Tansmana.

 

Czy to źle? To zależy. Jeśli chce się przedstawiać Magina jako kompozytora rewolucyjnego i do bólu oryginalnego, to taka teza mogłaby się nie obronić. Ale tu chyba nie o to akurat chodzi, bo takich kompozytorów mieliśmy kilku i słusznie się nimi chwalimy. W tej sytuacji przydatniejsze byłoby raczej posłuchanie paru utworów, nauczenie się ich i wetknięcie raz czy drugi do programu jakiegoś koncertu. Bo tego się po prostu dobrze słucha, a drobne nawiązania czy pojawiająca się od czasu do czasu u słuchaczy myśl „chwila, gdzieś to już słyszał*m” nie jest niczym zdrożnym. Zresztą sam po kilkukrotnym przesłuchaniu niektórych utworów napisałem do męża pianistki, który jest moim znajomym, aby pokierował mnie w celu zdobycia nut. Wydaje mi się, że samo to jest całkiem entuzjastyczną recenzją.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji:

Teresa Wysocka , teresa.wysocka [at] prestoportal.pl +48 579 667 678

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.