Bo jak śmierć potężna jest miłość [o filmie: „Thor: Miłość i grom”]

06.07.2022
Thor: Miłość i grom

Filmowe uniwersum Marvela jest tak obszerne, że spokojnie pomieścić może miriady ciekawych, jak i niedorzecznych pomysłów. Najnowsza odsłona z tej serii, czyli „Thor: Miłość i grom”, jest tego żywym przykładem.

O tym, jak długą drogę przeszli filmowi bohaterowie Marvela, niechaj świadczą pierwsze dzieła tworzone pod tym szyldem. Jednym z nich był „Thor” z 2011 r., w którym Chris Hemsworth zaliczył swój udany debiut w roli mitycznego bóstwa. Co prawda od tamtej chwili minęła dopiero dekada, ale ząb czasu wyraźnie nadgryzł niezachwianą wydawać by się mogło postawę komiksowego herosa. Wrodzoną brawurę i zapał do walki wyparło zniechęcenie, a otwartość na nowe doświadczenia zrewidowały straty własne, jakie poniósł w walce z silniejszymi od siebie przeciwnikami. Cóż, najwyraźniej bogowie także mają swoje chwile słabości. Ważne, by po takiej traumie umieć się podnieść.

 

Przepracowywanie tego wszystkiego wcale nie musi przypominać klasycznej terapii poznawczo-behawioralnej, w której protagonista staje w prawdzie, a następnie mierzy się z demonami przeszłości. Przykładem są przerysowane do granic możliwości filmy Taiki Waititiego. „Ragnarok” nie unikał bowiem trudnych tematów, aczkolwiek znalazła się tam przestrzeń i na nutkę kiczu oraz groteski rozładowujących napięcie. Dla zniwelowania szokującego rozdźwięku pomiędzy dramaturgią a humorem uderzono przy okazji w popkulturowy dzwon, przywołując nostalgiczne wspomnienia epoki VHS-ów. Taki miszmasz okazał się receptą na artystyczny i finansowy sukces. Niedziwne zatem, że rozgrywający kierunkiem rozwoju franczyzy Kevin Feige po raz kolejny postanowił zaufać ekscentrycznemu Nowozelandczykowi. Czy słusznie? Zanim odpowiemy sobie na to pytanie, wróćmy na chwilę do tytułowego herosa.

 

W filmach Marvela nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeżeli ktoś zechce wskoczyć do tego pędzącego pociągu bez zaliczenia wcześniejszych przystanków – filmów spod szyldu MCU – to musi się liczyć z tym, że dostanie obuchem niezliczonej ilości wątków. Reżyser dosłownie staje na głowie, aby przygodnemu odbiorcy ułatwić tę konfrontację, a przynajmniej zminimalizować straty wynikłe z niewiedzy. Wykorzystuje do tego sprawdzone narzędzia w postaci scen retrospekcji, humorystycznych montażów audiowizualnych czy narracji z offu – także okraszonej ironicznym wydźwiękiem. A czyni to z przekąsem tuż po przejmującym prologu wprowadzającym widza w motywację antagonisty. Rażący rozdźwięk pomiędzy tymi dwoma scenami jest tylko pozorny. Jak się bowiem okazuje, postaci stojące po przeciwnej stronie barykady determinowane są przez to samo uczucie. Bo jak śmierć potężna jest miłość.

Jesteśmy więc świadkami dwóch historii rozwijających się symetrycznie w przeciwnych kierunkach. Pierwsza skupia się na tytułowym bohaterze, którego codzienność sprowadza się do rozpamiętywania przeszłości i popadania w coraz większą melancholię. Kiedy dawna miłość, Jane Foster, wraca jako Potężna Thor, uczucie to staje się motorem napędzającym wewnętrzną przemianę Asgardczyka. O swoistej transformacji możemy również mówić w przypadku Gorra, który w zamian za swoją służalczą postawę względem wyznawanych bóstw otrzymuje tylko niewdzięczność i cierpienie. Strata córki przelewa czarę goryczy, kierując mężczyznę na drogę krwawej zemsty. Wcielający się w tę rolę Christian Bale staje na wysokości zadania, przy czym doskonale bawi się każdą wypowiadaną przez siebie kwestią. Miał zresztą ku temu powód. Postać Gorra została przez scenarzystów po prostu dobrze napisana, czego nie można napisać o większości antagonistów z kinowego uniwersum Marvela. Uwagę zwracają również epizodyczne wystąpienia gwiazd, jakich w najnowszym „Thorze” nie brakuje. I tak oto swoje pięć minut zaliczają tu bezbłędni Strażnicy Galaktyki, a przywdziewający szaty Zeusa Russel Crowe pławi się w hedonistycznym, narcystycznym świecie odgrywanej przez siebie postaci. Komiczne przerywniki są przyprawą nadającą temu filmowemu daniu wyrazisty, gorzko-słodki posmak typowy dla wielu innych produkcji Waititiego.

 

Nie wszystko jednak udało się twórcom w takim samym stopniu. Można odnieść wrażenie, że w skutek drastycznego montażu, jakiemu poddano materiał wyjściowy, ucierpiało tempo widowiska – raz pędzące na złamanie karku, a innym razem zastygające nad bzdurnymi i nic niewnoszącymi do treści dialogami. Jeżeli wierzyć słowom reżysera, wersja robocza „Miłości i gromu” trwała blisko cztery godziny. Na seansie gotowego widowiska spędzamy tylko dwie. Wnioski nasuwają się same.

 

Problemy ze spójnością dotykają również warstwę muzyczną. W pierwszej kolejności uwagę zwracają wykorzystane klasyki rocka ze szlagierami Guns’n’Roses na czele. Klimatyczne kawałki świetnie odnajdują się w bitewnych montażach lub scenach podróży. Pozostałą przestrzeń filmową z różnym skutkiem stara się łatać utalentowany, choć wyraźnie niezainspirowany tym obrazem, Michael Giacchino. Nie skorzystał on ze sposobności, aby powrócić do tematów nakreślonych na potrzeby wcześniejszych części przez swoich poprzedników. Zafundował za to odbiorcom schizofreniczny rozdźwięk pomiędzy klasycznym, hollywoodzkim graniem a heavymetalowymi riffami, co zepchnęło tę ścieżkę dźwiękową na margines audiowizualnego doświadczenia. Jest to zaskakujące, gdyż kompozytor ten ma na swoim koncie wiele wyśmienitych prac firmowanych logotypem Marvela. Czwarta odsłona „Thora” nie będzie jedną z nich.

 

Będzie natomiast jedną z lepszych produkcji, w jakich zobaczyć możemy tytułowego Asgardczyka. Można się zastanawiać, na ile jest to zasługą nieźle skonstruowanej historii, a na ile wyśmienitych kreacji aktorskich ciągnących tę franczyzę za przysłowiowe uszy. Nie ma to większego znaczenia w kontekście wrażeń, jakie wynieść można z seansu. Po naginającym granice rodzinnej rozrywki, depresyjnym „Doktorze Strange 2” „Thor: Miłość i grom” jawi się jako powrót do disneyowskich korzeni. Oby nie chwilowy.

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.