Minimalizm: Muzyka na czasy zgiełku

22.01.2022
Minimalizm: Muzyka na czasy zgiełku

Zaskakujące jest to, jak wielką popularnością cieszy się muzyka minimalistyczna. Właśnie ta, która w pojedynczym dźwięku upatruje istoty piękna, a z natarczywych powtórzeń bądź ciszy i swoistego cedzenia treści wywodzi swoją moc. Niczym słowa – które zapamiętujemy jakby lepiej, gdy nie jest ich przytłaczająco dużo.
 

W dzisiejszych zabieganych i pełnych zagrożeń czasach muzyka minimalistyczna może nas jeśli nie uleczyć, to w jakiś sposób wesprzeć. Oczywiście, nie oznacza to, że życie kiedyś było znacznie lżejsze – wojny i brak wielu pożytecznych rozwiązań technologicznych czy dostępu do leczenia z pewnością stanowiły spore wyzwanie. Paradoksalnie jednak jeszcze nigdy dotąd nie żyliśmy tak szybko jak teraz, i to w dwóch rzeczywistościach naraz, bo i w realnej, i w wirtualnej, a do tego na tej gonitwie przyłapała nas pandemia i powiedziała głośne oraz wyraźne „stop”. To właśnie teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy wyciszenia, relaksacji… Stąd też duża popularność muzyki relaksacyjnej, koncertów na misy i gongi, wszelkiego rodzaju form medytacji z dźwiękiem itd. Czy podobną funkcję mogłaby dla nas teraz pełnić np. muzyka minimalistyczna? Muzyka artystyczna, z wyraźną koncepcją kompozytora, który jednak świadomie decyduje się na ograniczenie środków wyrazu? Muzyka, o której powiedział Terry Riley, że „nie niesie ze sobą konfliktu i rozwoju”?

Minimalizm czy nie minimalizm?

Kilka słów o samym minimalizmie. Minimalizm (od ang. „minimal art”, czyli „sztuka minimalna”) to nurt w sztuce współczesnej zapoczątkowany pod koniec lat 50. XX w. w Stanach Zjednoczonych. Początkowo był utożsamiany głównie z rzeźbą – polegał na stosowaniu jak najprostszych formalnie środków (np. podstawowych form geometrycznych) – i pozostawał w kontrze do ekspresjonizmu abstrakcyjnego w malarstwie i w ogóle do emocjonalności, której zaczęła być przeciwstawiana oszczędność. I tak np. plastycy sięgali często po płyty pleksi czy aluminium powstające w produkcji masowej, przyjmując założenie, że ma być niezauważalny proces twórczy. Wśród polskich twórców czołowymi przedstawicielami minimalizmu byli: Jerzy Kałucki, Andrzej Pawłowski, Jerzy Budziszewski, Mieczysław Tadeusz Janikowski czy Janusz Tarabuła. Jednak w latach 60. i 70. nurt ten przeniknął na świecie i do innych dziedzin sztuki. W muzyce charakterystyczna dla niego była już nie tylko lapidarność, mechaniczność, lecz także… powtarzalność poszczególnych struktur, którą odnajdujemy np. w twórczości Steve'a Reicha (ur. 1936) czy Philipa Glassa (ur. 1937), współtworzących „wielką czwórkę minimalizmu” (obok Le Monte Younga i wspomnianego wcześniej Terry'ego Rileya). Ich akademicka edukacja przypadła na czasy amerykańskiej kultury hippisowskiej, tworzyli muzykę w z jednej strony przystępną dla mas, z drugiej – odstręczającą natarczywością wspomnianych powtórzeń. Choć akurat u Glassa można znaleźć m.in. echa twórczości Raviego Shankara czy Erika Satie, a nawet Aarona Copelanda. Zwłaszcza późniejsze utwory Philipa Glassa cechuje pewna melodyjność, w związku z czym kompozytor wzbudził zainteresowanie filmowców (m.in. „Koyaanisqatsi” z 1972 r., „Kundun” z 1997 r., „Truman Show” z 1998 r., „Godziny” z 2002 r.). Mimo to jego muzyka momentami może wydawać się wręcz obsesyjna (zdarzało się, że słuchacze na widowni ze zdenerwowania rzucali jajkami!). I paradoksalnie w tym wszystkim dla wielu magnetyczna.

Pamiętam, jak podczas pobytu w Strasburgu we Francji słuchałam jej godzinami w domu na przedmieściach, w którym wynajmowałam pokój. Była jesień, złote i czerwone liście wymykały się ze skwerów i wędrowały ulicami, a ja patrzyłam na te inspirujące poetycko wędrówki, siedząc na balkonie, odnajdując ukryty rytm przyrody w szybkich, wirtuozowskich przebiegach koncertu skrzypcowego nr 1 (1987), który mnie całkowicie zauroczył. Charakterystyczne jest dla niego migotanie, które słyszymy raz w partii solowej, a raz w orkiestrowej. Ma klasyczną budowę, lecz stylistykę typową dla twórczości tego kompozytora. W wykonaniu Gidona Kremera brzmi zadziwiająco lekko i nostalgicznie. Dla mnie w jakiś sposób „jesiennie”, biorąc pod uwagę czas, w którym się z nim „zaprzyjaźniałam” (choć być może właściwszy byłby w tym kontekście inny utwór Glassa – „American Four Seasons”, czyli koncert skrzypcowy nr 2 z 2009 r. i w przepięknym wykonaniu Roberta McDuffiego). Wprawdzie znałam tę kompozycję już wcześniej, ale nigdy dotąd nie miałam możliwości się przy niej naprawdę „zatrzymać”. Najwyraźniej najpierw musiałam w tym celu wyjechać, znaleźć się w miejscu, gdzie jeszcze nie byłam w nic życiowo uwikłana.

Cisza i trans

Przy tej okazji warto napisać kilka słów o samym Kremerze, którego wykonanie koncertu skrzypcowego nr 1 Glassa tak mnie niegdyś poruszyło. Gidon Kremer to łotewski skrzypek i dyrygent, który naukę gry na skrzypcach rozpoczął już w wieku czterech lat, pochodził z muzycznej rodziny. Jest założycielem i zarazem dyrektorem artystycznym oraz dyrygentem orkiestry Kremerata Baltica. Ma na swoim koncie szereg nagród, a w repertuarze także utwory Arvo Pärta (ur. 1935), a więc niemalże równolatka Glassa. Czyli drugiego, dziś niezwykle popularnego kompozytora, którego wiele osób kojarzy z minimalizmem. Tylko czy słusznie?… Pärt, estoński kompozytor muzyki instrumentalnej i chóralnej, początkowo komponował w stylu neoklasycystycznym oraz chętnie sięgał po eksperymenty awangardy. Lecz po okresie przerwy wypracował własny, autorski styl określany mianem „tintinnabuli” (z łac. „dzwonek”). Kompozytor zachwycił się bowiem pojedynczym dźwiękiem, przyznał też, że to właśnie moment ciszy przynosi mu wytchnienie. Jednak przede wszystkim wiązało się to z fascynacją praktykami medytacyjnymi żyjących w ascezie mnichów ze Świętej Góry Atos. Dlatego możemy tu mówić głównie o minimalizmie duchowym, który odnajdziemy i w twórczości Sofii Gubajduliny, Johna Tavenera czy Henryka Mikołaja Góreckiego (swoją drogą, Philip Glass inspirował się z kolei buddyzmem). Aczkolwiek zachwyt pojedynczym dźwiękiem przepaja i twórczość oscylującego między sonoryzmem a spektralizmem Giacinta Scelsiego (1905–1988), który, notabene, stworzył jeden z moich ukochanych utworów – „Anahit” z 1965 r. I, co ciekawe, dla niego nie miała ona w sobie nic z minimalizmu.

Trivium Arvo Pärta

Może zresztą u Pärta nie o sam dźwięk chodzi, ale bardziej o samą zadumę, której ów dźwięk się przysłużył. Wielokrotnie, wykonując na koncertach trzyczęściowe „Trivium” na organy solo z 1976 r., za każdym razem czułam się jakbym odmawiała muzyczną modlitwę. Ale taką pozbawioną próśb, dziękczynienia czy przebaczenia, a w każdym razie niewyrażonych wprost. Jakby grając („modląc się”), pozostawało się zasłuchanym w czymś większym od nas. I jak gdyby muzyczna medytacja miała nas przybliżyć do Tajemnicy, a nasze ręce na instrumencie jedynie przekręcały klucz w zamku do na co dzień niedostępnej komnaty z widokiem na nieznany nam pejzaż. Pierwsza część „Trivium” została przeznaczona na tzw. głosy fletowe, partia lewej ręki uzupełnia się z prawą, w klawiaturze pedałowej trzymany jest dźwięk „d”, pełniący tu funkcję burdonu. Wszystko stonowane, oparte na wybrzmiewających w kościelnej (optymalnie) ciszy interwałach kwinty, kwarty czy seksty. Druga część w stosunku do pierwszej stanowi wyraźny kontrast – utrzymana w dynamice forte fortissimo, z oznaczeniem rejestracyjnym „pleno”, śmiało wykorzystująca klasterowe w charakterze akordy, które tworzą „ściany dźwięku”; w pedale tym razem rozbrzmiewa niższe „D”, przydające całości patosu. To jak gdyby ledwie powstrzymywany gniew przez kogoś na co dzień bardzo opanowanego, dlatego nie ma tu przyspieszeń, wewnętrznej kulminacji, wszystko utrzymane na jednym poziomie, mimo wszystko intymne, introspektywne. Trzecia część jest już wycofana, jakby coś się w nas przetoczyło, „burza minęła”… Faktura jest tu najbardziej oszczędna pod względem harmonicznym, za to najciekawsza pod kątem partii nóg względem prawej ręki i (zwłaszcza) lewej ręki; poszczególne punkty prowadzą nas ostatecznie do czystej kwinty i tak kończy się cały utwór.

Podobna w duchu do ostatniej części „Trivium” jest kompozycja „Für Aline” z tego samego roku na fortepian solo. W wykonaniu Jürgena Krusego brzmi nostalgicznie, niczym wspomnienie o czymś utraconym. W swojej praktyce pedagogicznej polecałam czasem swoim uczniom ten utwór, aby nauczyli się wsłuchiwać w subtelności brzmienia, mieli pełniejszą kontrolę i świadomość dźwięku wydobywanego z fortepianu. Inne już będzie „Fratres” z 1977 r., które można usłyszeć w różnych wersjach instrumentalnych, tu dzieje się o wiele więcej, choć wciąż w pewnej pokorze wobec siły dźwięku, z emocjami, które wyczuwamy w muzyce tym lepiej paradoksalnie dzięki temu, że nie są wykrzyczane. Jest tu miejsce na uważność, na głębokie czucie.

 

Co łączy Philippa Glassa z Arvo Pärtem

Czy uważność znajdziemy i w momentami szaleńczo „nakręconych” kompozycjach Glassa? Przyznam, że każdy z tych twórców wywarł na mnie znaczący wpływ w różnych okresach życia. Cóż, z pewnością Glassa łączy z Pärtem artystyczna oszczędność i zdecydowane postawienie na własną wizję muzyki. Nie dość, że Glass założył zespół grający wyłącznie jego kompozycje – Philip Glass Ensemble (a w nim pojawiły się i organy elektryczne, i saksofony, i amplifikacja dźwięku, a więc zupełnie niestandardowe brzmienia), to do tego niektóre z nich trwały nawet blisko cztery godziny, jak np. „Music in Twelve Parts” (1971–1974) z wczesnego okresu twórczości kompozytora. Glass był tak zdeterminowany, że dorabiał jako taksówkarz czy hydraulik, nie idąc na żadne artystyczne kompromisy. Dziś jest jednym z najbardziej znanych amerykańskich kompozytorów. Co więc takiego czarującego jest w tych nieskończonych powtórkach, w tym niemiłosiernie utrwalanym brzmieniu?… Może pewna transowość, której nam z jakiegoś powodu we współczesnym świecie brak. Niby żyjemy niczym w transie – nieustannie załatwiając jakieś sprawy, zdążając od jednej do drugiej jak po sznurku, lecz… nasze umysły są przeciążone, a to wpływa na jakość całego życia, a także na kondycję ciała, które na stres często reaguje psychosomatycznie. Tak więc obciążeni wieloma chorobami cywilizacyjnymi potrzebujemy się na chwilę nie tylko wyciszyć – w czym może pomóc zarówno muzyka relaksacyjna, jak i np. ambitniejsze, medytacyjne kompozycje Arvo Pärta – ale i na chwilę „wyłączyć” nasz umysł, pozwolić mu być w stanie czuwania na wzór przegrzanego komputera. Trans w tym często pomaga (wystarczy popatrzeć na popularność klubów grających muzykę techno!). W tym sensie nieustępliwa powtarzalność minimalistycznej muzyki Philipa Glassa jest na te czasy idealna, podobnie jak i kontemplacja ukryta w dziełach Arvo Pärta. I wystarczy posłuchać jej w domu na dobrych słuchawkach, nie bojąc się o to, że ilość decybeli uszkodzi nam słuch.

 

Maja Baczyńska

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.