Czy żyjemy w najlepszym z możliwych światów? [„Kandyd” Bernsteina w Operze Bałtyckiej]

27.01.2022
„Kandyd” Bernsteina w Operze Bałtyckiej

Anna Wieczur, inscenizując w Operze Bałtyckiej „Kandyda” Leonarda Bernsteina, musiała zmierzyć się z dziełem wielopoziomowym. Opera ta pod humorystyczną powierzchnią skrywa skomplikowaną problematykę.

Wolter napisał „Kandyda” w połowie XVIII w., głównie jako sarkastyczną odpowiedź na teodyceę Gottfrieda Wilhelma Leibniza. Chociaż francuski filozof, sprowadzając refleksję swojego oponenta do frazy: „Żyjemy w najlepszym z możliwych światów”, nieco upraszczał, to jego szyderstwo wciąż jest celne i przekonujące w swoim wymiarze krytycznym.

 

W powiastce filozoficznej wydanej po raz pierwszy w 1759 r. Wolter zderza optymistyczne i dalekie od życiowego doświadczenia poglądy Leibniza (w noweli wypowiada je karykaturalna postać Panglossa) z powszechnością i brutalnością zła, jakie napotyka na każdym kroku główny bohater, którego imię oznacza osobę naiwną. Łatwowierny Kandyd, wierząc niezachwianie w nauki swojego mistrza, zastanawia się, jak to możliwe, że w tym najlepszym ze światów morderstwa, gwałty i niesprawiedliwość są tak powszechne. Wolter znakomicie przeprowadza dekonstrukcję wydumanego systemu apologetycznego opartego na filozoficznych przesłankach za pomocą zdroworozsądkowej i brutalnej metody. Jest przy tym okrutny, przewrotny i zabawny.

„Kandyd” Bernsteina w Operze Bałtyckiej

Kandyd Bernsteina a amerykański makkartyzm

Jednak gdy dwieście lat po wydaniu „Kandyda” dramatopisarka Lillian Hellman zaproponowała Leonardowi Bernsteinowi stworzenie opery z tekstami napisanymi na podstawie noweli Woltera, nie interesowała jej krytyka osiemnastowiecznej teodycei Leibniza. Chciała wykorzystać dzieło francuskiego filozofa, aby zaatakować tzw. makkartyzm, czyli kontrowersyjną działalność Komisji do Badania Działalności Nieamerykańskiej (House Committee on Un-American Activities), w której ważną funkcję pełnił Joesph McCarthy. Procesy sądowe i przesłuchania prowadzone przez tę organizację skierowane były przeciwko osobom podejrzanym o działalność infiltracyjną na rzecz ZSRR. Oskarżenia rzucane przez członków komisji były często pozbawione podstaw, a metody prowadzenia śledztwa moralnie wątpliwe.

 

W wielokrotnie zmienianym od momentu prapremiery „Kandydzie” Bernsteina scena zatytułowana „Auto-da-fé” (w Gdańskim spektaklu zrealizowana z ciekawym udziałem Baletu Opery Bałtyckiej) w najbardziej dostrzegalny sposób odnosi się do makkartyzmu i wydarzeń dziejących się w USA w latach 50. ubiegłego wieku. Ta portugalska nazwa oznacza akt publicznego przyjęcia lub odrzucenia wiary katolickiej przez osobę oskarżoną w procesie inkwizycyjnym, a także publiczne wykonanie wyroku śmierci na osobie podejrzanej o czary lub herezję. Zestawianie działalności Komisji do Badania Działalności Nieamerykańskiej z groteskowymi procesami heretyków nie było unikatowym pomysłem Bernsteina i Hellman. Dramaturg Arthur Miller napisał sztukę „Czarownice z Salem” (oryginalny tytuł „The Crucible”), w której, używając kostiumu historycznego, w tym wypadku słynnego polowania na czarownice, także mówi krytycznie o makkartyzmie.

„Kandyd” Bernsteina w Operze Bałtyckiej

Orkiestra na pierwszym planie [inscenizacja w Operze Bałtyckiej]

Inscenizacja „Kandyda” Bernsteina w Operze Bałtyckiej miała swoją premierę w grudniu 2018 r. Teraz zaś (15 i 16 stycznia 2022 r.) przedstawienie to zostało po długiej przerwie przypomniane z uwagi na trwający karnawał. Już ten kontekst wskazuje na to, że w spektaklu reżyserowanym przez Annę Wieczur na pierwszy plan wydobyto lekki i żartobliwy charakter tej opery, pomijając właściwie wątki społeczno-polityczne związane z tym dziełem. Jest też tak w istocie. W prowadzonych pomiędzy partiami wokalnymi polskich dialogach przeważał ton luźnego żartu. Niestety w większości był to raczej niewybredny humor na poziomie skeczy z Kabaretonu. Gagi i kawały nie robiły najlepszego wrażenia i nie chodzi tu o jakąś niestosowność, mieściły się one bowiem w pewnej operetkowej konwencji. Wręcz przeciwnie, zabrakło w inscenizacji Wieczur humoru bardziej wyrazistego, odważnego i błyskotliwego. Zaaranżowane żarty były w większości zgrane, przewidywalne, po prostu nieśmieszne; a dodatkowo nie zostały najlepiej zagrane na scenie; a w przypadku komedii dobre aktorskie wyczucie jest pierwszorzędne, ale też – należy przyznać – bardzo trudne.

 

Jednak pomimo toporności niektórych żartów gdańskiego „Kandyda” oglądało się z przyjemnością. A właściwe słuchało, bo to zasługa przede wszystkim wspaniałej muzyki i dobrego wykonania partii wokalnych (wyróżniała się z grona śpiewaków i śpiewaczek Joanna Moskowicz w roli Kunegundy). Już od uwertury kompozycje Bernsteina wciskają w fotel. Pełne energii, zmiennej dynamiki, wpadających w ucho melodii. Orkiestra Opery Bałtyckiej pod batutą Wilsona Hermanto (to ten dyrygent pojawił się w miejscu, w którym gdańska publiczność zwykła widywać José Marię Florência) wzbiła się na naprawdę wysoki poziom. Dyrygent wstawał co chwilę ze swego wysokiego stołka, był pełen ekspresji i radości tworzenia, widać też było jego znakomity kontakt z muzykami.

„Kandyd” Bernsteina w Operze Bałtyckiej

Moc prostych środków [scenografia Ewy Gdowiok]

Innym elementem sprawiającym, że oglądanie gdańskiego „Kandyda” sprawiało autentyczną radość, była scenografia autorstwa Ewy Gdowiok. Jej wizja El Dorado wykreowana stosunkowo prostymi środkami zostanie mi w pamięci na długo, tak samo zresztą jak statek unoszony przez duży balon napełniony helem. Ciekawym rozwiązaniem był również umieszczony za sceną okrągły ekran, na którym wyświetlane były fragmenty rycin pochodzących, jak mniemam, z czasów Woltera. Prezentowane ilustracje współgrały z bogatymi kostiumami – również autorstwa Gdowiok – silnie nawiązującymi do osiemnastowiecznej zachodniej mody.

 

Należy również wspomnieć o Chórze i Balecie Opery Bałtyckiej, stanowiących istotne elementy inscenizacji Wieczur. Przez scenę przewinął się tłumek artystów i artystek, poruszający się z dużą sprawnością, wzbogacając warstwę sceniczną „Kandyda”. Z przyjemnością oglądało się również Przemysława Bluszcza, który jako sam Wolter komentował i objaśniał niekiedy przebieg akcji i działania bohaterów.

 

„Kandyd” przedstawiany w Operze Bałtyckiej, pomimo widocznych niedociągnięć, potrafił się obronić i momentami oczarować. Muzyka Bernsteina wykonana przez Orkiestrę Opery Bałtyckiej pod batutą pełnego ekspresji Wilsona Hermanto wzbudzała zachwyt i świetnie wpasowała się w karnawałowy kontekst przedstawienia. Również niektóre rozwiązania sceniczne (głównie scenograficzne) były ciekawe i warte zobaczenia. Szkoda tylko, że wielopoziomowy potencjał opery Bernsteina i tekstu Woltera nie został wykorzystany.

 

Michał Cierzniak

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.