Fogg znany i nieznany. Czyli jak nie dać się zestarzeć piosence
„Śpiewałem przy każdej okazji: w domu, w szkole, na wieczorku u znajomych. Nie zrezygnowałem z pośpiewywania nawet w koszarach, gdy jako osiemnastoletni młodzieniec znalazłem się w wojsku” – wspominał Mieczysław Fogg w swojej autobiografii „Od palanta do belcanta”. To zamiłowanie – wraz z solidnym wokalnym wykształceniem – dało efekty niezwykły.
Fogg stał się jednym z najbardziej znanych piosenkarzy i jeszcze za życia został uznany za symbol kultury polskiej XX wieku. Jego kariera trwała 60 lat, obejmując lata międzywojenne, okres okupacji i kilka dekad Polski Ludowej. Dał niemal 16 tysięcy koncertów. W tym roku przypada 125. rocznica urodzin tego wybitnego artysty i z tej okazji Sejm RP ustanowił rok 2026 rokiem Mieczysława Fogga. Datę do serca wzięli sobie organizatorzy Wędrownego Festiwalu Filharmonii Łódzkiej „Kolory Polski”. Właśnie Fogga uczynili bohaterem finałowego koncertu w siedzibie Filharmonii.
Przyznam, że na to wydarzenie wybierałam się z mieszanymi uczuciami. Fogg jest obecny na mojej mapie muzycznej, ale raczej w przegródce: „dawne, szlachetne, z patyną”. Nie otwieram tej szuflady zbyt często. I do dnia koncertu miałam poczucie, że piosenki Mieczysława Fogga należą przede wszystkim do przeszłości, do wartościowej historii muzyki polskiej. I tyle.
Tymczasem – co stwierdzam z zaskoczeniem i radością – dziś także możemy słuchać tych znanych jak „Jesienne róże”, „Ta ostatnia niedziela”, „Co nam zostało z tych lat”, „List” czy „Cicho grajcie mi znów”, czy mniej znanych piosenek, jak gdyby zostały napisane wczoraj. Zaczęło się od utworu wykonanego w partii solowej przez Dorotę Cegielską na fagocie, z towarzyszeniem orkiestry pod batutą Norberta Twórczyńskiego. Pierwsza kompozycja a ja od razu się uspokoiłam – czułam, że będzie to koncert niezwykły. Fagot, instrument rzadko kojarzony z piosenką estradową, od razu ustawił słuchanie w innym miejscu. A potem pojawili się oni: Anastazja Simińska i Janek Traczyk. I właściwie już po pierwszych frazach stało się jasne, że nie będziemy słuchać muzealnego Fogga.
Simińska i Traczyk nie próbowali naśladować charakterystycznego sposobu śpiewania dawnego mistrza. Zamiast tego znaleźli własny język dla piosenek, które Fogg wykonywał dziesiątki lat temu. Dzięki temu utwory zabrzmiały zaskakująco świeżo – chwilami tak, jakby zostały napisane specjalnie dla tych dwojga. To zresztą jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie można zrobić z repertuarem obciążonym pamięcią kolejnych pokoleń: zdjąć z niego patynę, nie odbierając mu tożsamości. Moją uwagę przykuł i serce zdobył
Janek Traczyk. Głęboka wrażliwość i emocjonalna głębia sprawiły, że od razu przekonały mnie jego interpretacje.
Z pewnością pomógł też Łukasz Bzowski, który zaaranżował wybrane utwory na orkiestrę, chór i partie solowe a także wykonywał partię fortepianu.
Nie w samej muzyce zamknęła się unikalność wydarzenia. Otóż tego wieczoru konferansjerem był Michał Fogg, prezes Fundacji Retro, współzałożyciel wydawnictwa muzycznego Fogg Record, popularyzator i badacz kultury okresu dwudziestolecia międzywojennego, ale przede wszystkim prywatnie prawnuk Mieczysława. Jak podkreślał, istotna jest pamięć nie tylko o dokonaniach estradowych, ale także o postawie patriotycznej zacnego przodka, którą wykazał się w czasie okupacji: brał udział w podziemnym życiu kulturalnym stolicy, pomagał Żydom, jako żołnierz Armii Krajowej walczył w powstaniu warszawskim.
Mieczysław Fogg należał do tych artystów, dla których określenie „gwiazda” wydaje się niewystarczające. Jego kariera trwała ponad sześć dekad, a on sam wystąpił na blisko 16 tysiącach koncertów. Wykonywał ponad trzy tysiące piosenek, nagrywał płyty, prowadził własną kawiarnię, podróżował po świecie. Był jednym z pierwszych polskich artystów, których popularność przekroczyła granice kraju. Śpiewał m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Brazylii, Australii i Nowej Zelandii.
Fogg zaczynał od chóru kościelnego, gdzie jego talent zauważył Ludwik Sempoliński. Później przyszła nauka śpiewu, występy z zespołem Dana i słynny warszawski teatrzyk Qui Pro Quo. Co ciekawe, nawet gdy zaczynał już karierę estradową, przez pewien czas nie rezygnował z pracy kasjera kolejowego PKP. Życie artystyczne i zwyczajne długo szły u niego w parze.
Muzycznie kształcił się na śpiewaka operowego, bo, jak zauważył Michał Fogg, innego kształcenia wtedy nie było. Ostatecznie Mieczysław wybrał estradę i piosenkę, ale jego głos i sposób frazowania pozostały zakorzenione w tradycji wokalnej, której wymagania były znacznie większe niż mogłoby sugerować określenie „piosenkarz”.
Dzięki osobistej perspektywie prawnuka mogliśmy spojrzeć na Mieczysława Fogga jak na człowieka: niezwykle pracowitego, ambitnego i świadomego swojej artystycznej drogi.
Najmocniejszy rozdział tej historii związany jest oczywiście z wojną. Fogg pozostał w okupowanej Warszawie i działał w konspiracji jako żołnierz Armii Krajowej. W swoim mieszkaniu organizował tajne komplety, pomagał także żydowskim przyjaciołom. Za ratowanie co najmniej siedmiu osób został po wojnie uhonorowany medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
A potem przyszło Powstanie Warszawskie. Fogg nie odłożył mikrofonu. Śpiewał dla powstańców i ludności cywilnej, często w warunkach, w których koncertowanie oznaczało realne zagrożenie życia. Wraz z akordeonistą Wiesławem Brodzińskim dał w czasie powstania 104 koncerty.
Trudno słuchać później jego piosenek wyłącznie jak dawnych przebojów.
„Piosenka o mojej Warszawie” czy „To ostatnia niedziela” mają w takim kontekście zupełnie inny ciężar. To nie tylko melodie, które przetrwały kolejne mody. To część biografii człowieka, który śpiewał w czasach, kiedy piosenka mogła być formą oporu, pamięci, pocieszenia i podtrzymywania wspólnoty. Ale Fogg był także artystą niezwykle nowoczesnym jak na swoje czasy. Rozumiał siłę mediów, nagrywał dla kolejnych wytwórni płytowych, a przede wszystkim – podróżował.
Na koniec słowo o Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Łódzkiej pod batutą Norberta Twórczyńskiego i chórze przygotowanym przez Artura Kozę. Oba zespoły nie były jedynie efektownym tłem dla wokalistów. Dzięki aranżacjom Bzowskiego stały się równorzędnymi bohaterami opowieści. Zresztą każdy z elementów poszerzał brzmieniowy świat piosenek Fogga, który po tym koncercie został w naszych głowach zbudowany nie jako na nowo.