Błąd statystyczny
Są utwory, które należałoby poddać pięćdziesięcioletniej kwarantannie. Za taki uważam Cztery pory roku A. Vivaldiego, jeden z największych hitów muzyki klasycznej, powtarzany do znudzenia, bardzo często bezmyślnie i chałturniczo, bez większej – czy nawet podstawowej – wiedzy na temat utworu, jego zamysłu i stylu, w jakim wykonać by się go przydało.
Dlaczego tak uważam? W końcu nie proponuję tego dla Sonaty Księżycowej L. van Beethovena czy Walca minutowego F. Chopina. Niestety, to właśnie ten koncert Vivaldiego nagrali na płycie Nigel Kennedy i English Chamber Orchestra. I jego kariera opiera się na niej w podobnym stopniu, co kariera Antonia Vivaldiego opierała się na niekończącym się ciągu dominant wtrąconych. Nagranie to wydane zostało przez EMI w 1989 roku i było jednym z pierwszych przykładów wykorzystania w muzyce klasycznej mechanizmów marketingowych, którymi żyła muzyka rozrywkowa. Czy frenetyczny odzew (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy, w tym jeden na półce mojego taty) świadczy o tym, że wykonanie było tak genialne? Raczej nie. Było ciekawe. Było dobre. Było też inne. Ale ten punkt zwrotny okazał się też pewną równią pochyłą. Nazwisko Kennedy’ego zostało sklejone szwedzkim klejem z tym cyklem, a on sam dał się trochę zaszufladkować, nagrywając go jeszcze dwa razy (za drugim razem dość bizarnie z Berliner Philharmoniker, za trzecim już wprost bezecnie) i odchodząc od klasycznego sznytu tak mocno, że właściwie nic zeń nie zostało.
Znak wodny, który Nigel Kennedy zostawił na Porach roku jest tak mocny, że trudno jest teraz przywołać jakiekolwiek inne nagrania – a przecież było ich mnóstwo, zarówno przed rewolucją wykonawstwa historycznego, jak i po niej, w stylu historyzującym i tym od HIP-u się odżegnującym. Do tego wygląda na to, że każdy skrzypek, który bierze utwór Vivaldiego na warsztat, musi też jakoś się odnieść do prezencji scenicznej Anglika: nieformalnego stroju, rozwiniętego ruchu scenicznego i ponadnormatywnej radosnej ekspresji, kierowanej w stronę publiczności i współgrających.
Niestety, w tę pułapkę wpadł z wielkim hukiem Jakub Jakowicz, wykonujący solową partię podczas koncertu w Hotelu Saskim. Znając jego standardowe maniery na scenie, ale też mając świadomość, że wykonując różne utwory, za każdym razem się przepoczwarzamy i wchodzimy w inną postać, byłem zaskoczony tym, że w Vivaldim był… inny. Sytuacja ta przywodziła mi na myśl studenta, który próbuje odwzorować zachowanie swojego ulubionego instrumentalisty. Tylko w przypadku tak doświadczonego, uznanego i, zwyczajnie, świetnego skrzypka trop ten wydał mi się zdumiewający. Chyba że miał to być hołd dla Kennedy’ego? Nie wiem.
Głównym moim zarzutem byłoby to, że brakowało mi w tym wykonaniu barokowej konsekwencji: tych samych ozdobników, decyzji, czy robimy vibrato, czy też nie, ogólnej spójności, zwłaszcza że koncerty te zostały potraktowane jako cykl. Jednym słowem, nie wiedziałem, czy udajemy wykonawstwo historyczne, czy może romantyzujemy, czy kombinujemy z ahistorycznością. Ten dziwny eklektyzm naprawdę utrudniał mi odbiór. Podobnie jak niezbyt jasne zmiksowanie poszczególnych partii, realizowanych przez Pawła Wajraka, Justynę Dybek-Boczek (skrzypce), Annę Migdał-Chojecką (altówka), Franciszka Palla (wiolonczela), Krzysztofa Kostrzewskiego (kontrabas) i Annę Huszczo (klawesyn).
Żeby jednak nie wyjść na malkontenta, muszę zwrócić uwagę na parę szczegółów, które pozytywnie mnie zaskoczyły. Przede wszystkim finały, które były zagrane z werwą, ale bez nadmiernej brawury. No i wolna część Zimy, w której okazało się, w przeciwieństwie do większości rozmokłych wykonań, że jest tam jakiś beat, a nie tylko zawodząca partia solowa. Ogromny niedosyt natomiast (choć jest to bardziej zarzut w stronę kompozytora, z którym nie bardzo mam jak w tym momencie podyskutować) pozostawił brak miejsca dla wymyślnego continuo, z czym dzielnie radziła sobie Anna Huszczo, próbując czasem pokazać coś więcej w nielicznych przestrzeniach, które pozostawił Vivaldi.
Rozczarował mnie ten koncert straszliwie. Niby wiedziałem, że Cztery pory roku to bardzo specyficzny materiał, że nie powinienem się nastawiać na pokaz autentyczności historycznej, ale pomyślałem, że wszystkie te szlagiery muzyki klasycznej powinno się wystawiać na dwa sposoby: albo tak bardzo po bożemu, żeby nikt się nie przyczepił (a i tak będą się czepiać!), albo tak, żeby wywrócić je do góry nogami. Też będą narzekać, ale przynajmniej będzie trochę przyjemności z tego, żeby wsadzić kij w mrowisko i jeszcze porozrzucać je na różne strony. Tym smutniej mi jest, bo ostatnio słuchałem, jak Jakowicz grał Partitę Bacewicz z pianistą Łukaszem Chrzęszczykiem, i zachwycałem się jego werwą, charakterem i przemyślaną grą. Oczywiście moje narzekania można potraktować jako błąd statystyczny, bo okrzyki zachwytu i owacja na stojąco jednoznacznie wskazywały, że słuchacze wykonanie docenili.
Powinienem był być może napisać o tym wcześniej: na początku koncertu usłyszeliśmy Concerto grosso op. 6 nr 4 Arcangela Corellego. I to była znacznie lepsza część wieczoru. Krótsza część.
Ostatnia rzecz: o ile bardzo mnie cieszy powstawanie w Krakowie nowych miejsc koncertowych, szczególnie jeśli są to sale o pewnej historii, co można powiedzieć o Hotelu Saskim, będącym w XIX wieku jednym z centrów życia kulturalnego miasta, tak nie jestem pewien, czy dobrą reklamą dla Filharmonii i Krakowa są koncerty w sali, której wystrój można określić jako „gipsowe rokokoko”. Te wszystkie namalowane kolumny korynckie i arkady, łuczki i różne trompe-l’œil przypominały mi bardziej nowobogacką rezydencję biznesmena Nowaka z Tygrysów Europy niż porządną salę koncertową w samozwańczej stolicy polskiej kultury.