Baśń, horror i dramat

09.11.2021

„Lamb” – pełnometrażowy debiut Valdimara Jóhannssona pojawił się już w wakacje na Nowych Horyzontach. Przedpremierowo przypomniał o sobie na pokazach hallowenowych. Nie zabijał nudą, ale też zbytnio nie straszył. Niestety nie pozwolił również sobą zainteresować, a szkoda.

„Folk horror od A24 prosto z Islandii? Biorę w ciemno” – taki komentarz przeczytałem w sieci. Sam myślałem dokładnie to samo. Dystrybutor, który dostarczył ostatnio doceniony „Midsommar”, ponownie prezentuje historię ze Skandynawii (tym razem jednak Islandii). Początkowe skojarzenie ucieka jednak po pierwszych 15 minutach filmu.

 

Cisza na farmie

 

„Lamb” rozpoczęło się… ciszą. Po enigmatycznym wstępie widz poznaje farmę z owcami, którą opiekuje się para – Maria i Ingvar. Mają też psa, kota i pole uprawne. Przez blisko 10 minut nie padają żadne słowa. Później też nie jest ich wiele. Maria i Ingvar są dosyć lakoniczni i niemalże oziębli. Pewnego dnia, odbierając we dwójkę poród jednej z owiec, zauważają, że z jej młodym jest coś nie tak. Maria przyjmuje je jak swoje. Pod koniec pierwszej części staje się jasne, dlaczego – dziecko jest w połowie człowiekiem, a w połowie owcą.

 

Dalsze wydarzenia z farmy Islandczyków jeszcze opiszę, ale warto się zatrzymać przy tej (wydzielonej przez samego reżysera) pierwszej części. Jej cel był jasny – wprowadzić widza w mały świat bohaterów i zawiązać akcję. Czułem, że te zadania nie zostały wypełnione w całości.

Samo wprowadzenie już trochę dziwiło. Dziesięciominutowa, niemalże dokumentalistyczna sekwencja bez ani jednego słowa ukazywała życie na farmie. Z drugiej strony płynny ruch kamery lub statyczne i dopracowane ujęcia przywoływały na myśl kino fabularne. Dodatkowo 4 ścianę burzyły owce, które czasem zerkały w kamerę (efekt raczej niezamierzony). Taka eklektyczna stylistyka trochę wybijała mnie z rytmu i z tego powodu świat przedstawiony w filmie, choć zachęcał ujęciami dziewiczej natury Islandii, z początku wydawał się nieco przestylizowany. W dalszej części filmu takie nieme sekwencje się już nie pojawiały, jednak dały osobie znać wyraźne problemy z narracją.

 

Nie ma czego się bać, nie ma czego pokochać

 

Tytułowy bohater filmu – jagnię – też mnie nie „kupiło”. Nie uwierzyłem w tę historię. Owszem – jest całkiem błyskotliwa i tworzy ciekawy klimat, ale twórcy filmu nie mogli się zdecydować, czy przedstawiać mi ją jako metaforę (pojawiały się toposy matki, dziecka jako daru oraz zbrodni i kary), dramat psychologiczny (relacja między bohaterami, wątek utraty dziecka) czy baśń z elementami horroru (nawiązania do folkloru, klimatyczna muzyka, ponadnaturalne postacie). Dodatkowo sama owieczka raz była tworzona za pomocą CGI, a innym razem odgrywana przez dobrze wykadrowaną, prawdziwą owcę. Historia nie przekonała mnie więc od początku. Dalsze losy dziecka były ciekawe, ale nie śledziłem ich już w napięciu.

 

A szkoda, bo w kolejnych dwóch częściach akcja faktycznie nieco przyspieszyła. Pojawił się Pétur – brat Ingvara. Ten gorszy brat. Wrócił z miasta, bo skończyły się mu pieniądze i skorzystał z rodzinnej gościnności. Choć wydawał się typem spod ciemnej gwiazdy, wprowadził trochę racjonalnego myślenia do domu na prowincji. Pytał brata wprost: „Co to, k***a, ma być?” – mając na myśli oczywiście owcę, którą wszyscy traktują jak dziecko. Z czasem jednak nawet on przekonał się do tytułowej bohaterki. Sprawił, że nawet ja trochę ją polubiłem.

Nie zdało się to jednak na wiele, bo narracja trzeciej części sprawiła, że ponownie zagubiłem się w tej opowieści. Poboczny wątek w postaci wymuszanej przez Pétura na Marii zdradzie odciągał uwagę od głównej historii. Jednocześnie sam nie wnosił wiele i urywał się bez satysfakcjonującego zakończenia. Dodatkowo coraz częściej pojawiały się wtrącenia, które stylistyką horroru sygnalizowały nadchodzące zagrożenie – rozwiązanie akcji. Te zabiegi jednak nie przynosiły efektu. Siedziałem w fotelu i słysząc budującą napięcie muzykę, która trzęsła podłogą, pytałem siebie: „Ale czego mam się w ogóle bać?”. W wyniku tego zakończenie nie miało prawa przynieść zaskoczenia i wielkich emocji.

 

Dobra historia, zły narrator

 

Dość wyraźnie widać, że największym problemem filmu stał się scenariusz. W szczególności problem ze zbudowaniem dobrego fabularnego tła, które z jednej strony sprawiłoby, że pokochamy nowo narodzoną owieczkę od razu, z drugiej – pozostawiłoby wyraźniejsze tropy podpowiadające widzowi, czego ma się bać i co może się wydarzyć. W wyniku tego scenariusz, zamiast się rozwijać, cały czas dodawał do historii nowe treści. Część z nich można było przedstawić przed rozpoczęciem akcji.

 

Scenariusz nie rozwinął również wątków, które wyraźnie tego potrzebowały. Od razu intrygowała mnie relacja Marii i Ingvara. Choć z pewnością tworzyli związek, to rozmawiali ze sobą niezwykle mało. Nietłumaczące wiele dialogi pozostawiały jednak tropy – coś wydarzyło się w przeszłości, co wciąż męczyło Marię. Gdy na farmie urodziło się nietypowe dziecko, które wzięła pod opiekę, stało się jasne, że wcześniej zmierzyła się z utratą córki.

 

Relacja pary wciąż jednak była niejasna. Ingvar wydawał się zachowawczy względem stworzenia, które zaadoptowała jego partnerka. Ponownie dało się czuć napięcie między kobietą i mężczyzną. Wszystko wskazywało na to, że frustracje w związku w końcu wyjdą na wierzch w niezwykle potrzebnej (i filmowi, i samej parze) konfrontacji. Ostatecznie emocje rozeszły się po kościach. Szkoda, bo to właśnie historia pary (nie dziecka) szybko zyskała moje zainteresowanie. Jestem przekonany, że część treści filmu, takich jak problem z bezdzietnością czy proces akceptacji dziecka, spokojnie można było wyrazić lepiej, „korzystając” z rozwijającego się konfliktu między Ingvarem a Marią.

 

Opowieść o macierzyństwie

 

W tym wszystkim umykało mi przez kilka dni, o czym właściwie film jest. Realizacja, jak wyżej wspomniałem, nie pomaga tego łatwo odkryć. A jednak sama historia jest niezwykle tragiczna. Kobieta, która najprawdopodobniej straciła kiedyś dziecko, w końcu odnajduje szczęście i spełnia się jako matka. Przeciwko niej jest właściwie cały świat, bo sama natura sugeruje, że przecież owca to nie człowiek – nie powinna żyć z ludźmi. Poza tym inni też niełatwo akceptują jej nietypowe dziecko.

Temat macierzyństwa jest mi dość obcy – jestem w końcu bezdzietnym mężczyzną. Nie stwierdzę więc, czy w „przesłaniu” dzieła jest tej prawdy mniej, czy więcej. Trudno jednak, odrywając się już od wad w realizacji filmu, nie zrozumieć dosyć skomplikowanej sytuacji rodziców. Pomaga w tym oczywiście aktorstwo i reżyseria. Twórca w wielu milczących scenach dobrze pokierował aktorów. Odnalazł też miejsce na taktowne, ale i znaczące nawiązania m.in. do „Dziecka Rosemary”. Sporo niewypowiedzianego udało się uchwycić w grze Noomi Rapace i Hilmira Snæra. Dość dobrze udźwignęli oni ciężar filmu (który utrzymywali niemalże samotnie przez półtorej godziny).

 

Ponownie powraca jednak zarzut, który mam wobec scenariusza – aż się prosi, by wykorzystać dwóch bohaterów do stworzenia konfliktu, który bez problemu budowałby napięcie i ciągnął akcję do przodu.

 

Reżyser zdecydował się jednak skupić na owcy. I z pewnością film dzięki temu nabrał nieco wrażliwości. Nie przykuwał jednak uwagi, a jeśli wziąć pod uwagę jego potencjał dramatyczny i „horrorowy” – powinien. Ostatecznie film z dobrym pomysłem i dobrą obsadą zgubił się gdzieś na islandzkich pustkowiach.

 

Wojciech Gabriel Pietrow

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.