Adrian Wiśniewski: Bycie obcym to trochę taki zawód
Aby widz uwierzył, emocje trzeba stworzyć naprawdę. Nieważne, skąd się je bierze i czego one wymagają. Kim jesteśmy w oczach swoich, innych ludzi, a nawet samego Boga? O wielu twarzach – a także tej jednej prawdziwej – opowiada Adrian Wiśniewski, wokalista, aktor teatralny i dubbingowy.
Czy kiedykolwiek czułeś się obco?
Myślę, że dla wielu ludzi obcy jest cały mój zawód. Aktorstwo to abstrakcja, bo nie da się tego policzyć ani zmierzyć, zamknąć w jakiekolwiek ramy. To balansowanie na bardzo cienkiej granicy między tym, co „się gra” a co rzeczywiście się w człowieku dzieje. Emocje! Większość ludzi nie radzi sobie z nimi w życiu codziennym, a co dopiero ze świadomym ich kreowaniem na scenie. Kiedy rozpatrujemy takie sformułowania, jak interpretacja tekstu, prawda, autentyczność, wchodzimy do świata abstrakcji. Obce są trudy tego zawodu. Zdarza się, że ktoś powie: „No ale co jest w tym trudnego, przecież lubisz śpiewać?!”. To nie działa w ten sposób. Widz ogląda wierzchołek góry lodowej, efekt wielogodzinnych prób (czasem zdecydowanie dłuższych niż przewidziane), również ćwiczeń, rozmaitych treningów, czasu spędzonego na zastanawianiu się niekiedy nad pojedynczym gestem. Obcy jestem też w tym sensie, że emocje, które każdy aktor lub wokalista kreuje na scenie, gdzieś tam ostatecznie w człowieku zostają. Ja muszę je serio przeżyć, żeby widz mi uwierzył, i nie interesuje go, jak ja to robię. Zwykle jako aktorzy czerpiemy z własnych doświadczeń, co w przypadku emocji negatywnych, finalnie staje się dla nas niezwykle toksyczne. Trudno to wytłumaczyć komuś spoza tego świata.
Czy uprawiając zawód aktora, nie czujesz, że czasem odchodzisz za daleko, na przykład kiedy pracujesz nad postacią, którą masz zagrać?
Doświadczyłem tego, pracując nad rolą Józefa K. w „Procesie”. Ostatnie dwa tygodnie przed premierą byłem dla innych nie do życia. Zarówno dla moich współlokatorów, jak również dla moich kolegów z roku, którzy ze mną grali. Tak ekstremalny poziom emocji, związany z olbrzymim wyzwaniem stworzenia postaci w sytuacji nieustannego zagrożenia, spowodował, że ja tę „sytuację kafkowską” noszę w sobie do dzisiaj. Jan Nowicki powiedział, że zagrać postać z Dostojewskiego to tak, jakby zaszczepić w sobie śmiertelną chorobę. Ja tak mam z Kafką. Zawsze kiedy do niego wracam, to jest bardzo silne doznanie. W ogóle przez wiele wieków zawód aktora był czymś mistycznym dla ludzi; w zasadzie aktor, ksiądz i lekarz to były trzy zawody, które jeszcze na początku XX wieku uchodziły za coś absolutnie wyjątkowego. Rzeczony Dostojewski też pojawił się w mojej karierze, i to bardzo szybko, bo debiutowałem rolą Hipolita w „Idiocie”. Mój bohater chorował na gruźlicę. Wiedział, że zostały mu 2–3 tygodnie życia. I ta sytuacja była dla mnie obca. Musiałem wtedy odnaleźć specyficzny rodzaj strachu, który odczuwa postać… Przypomniałem sobie wtedy, jak pierwszy raz w życiu robiłem test na HIV. Mimo że istniała naprawdę niewielka szansa, abym mógł być zarażony, to jednak sama perspektywa dała mi trampolinę do zbudowania postaci. Na szczęście nie miałem takiej sytuacji, kiedy musiałbym zmierzyć się z rolą, której zupełnie nie rozumiem.
Czy według Ciebie z pewnych ról się wyrasta lub można mieć ich dosyć?
Nie mam tak z konkretną postacią, natomiast powiedzmy, że przez swoje wykonania na YouTube jestem mocno kojarzony z postaciami psychopatów, chociażby Jekylla. Było mi z tym dziwnie, kiedy ktoś podchodził do mnie po koncercie lub spektaklu i mówił: „Pan jest idealnym psychopatą!”. Przez pewien czas mówiłem, że to moja rola, że to nie jestem ja. Oczywiście każdy reagował śmiechem, wszystko było jasne, ale ja w pewnym momencie już nie chciałem tego słyszeć, byłem tym przyduszony. To tak, jakby ktoś zagrał rolę – powiedzmy – pedofila i teraz cały świat patrzy na niego już tylko przez ten pryzmat, a w rozmowie prywatnej mówi mu: „Jesteś idealnym pedofilem!”. Nie chcę mieć takiej łatki.
Twoje media społecznościowe nie ukrywają krytycyzmu wobec religii. Ostatnio jednak zwróciłeś się ku islamowi. Skąd taki krok w Twoim życiu?
Uściślijmy jedną rzecz. Moja krytyka odnosiła się przede wszystkim do religii katolickiej. A zawężając jeszcze ten obszar, do instytucji Kościoła, jego różnych działań, z którymi po prostu się nie godzę jako człowiek oraz wierzący. Skąd wzięło się zainteresowanie islamem? Są dwa wytłumaczenia, i zarówno jedno, jak i drugie nie wykluczają się (uśmiech). To bardziej zabawne jest takie, że uwielbiam uczyć się języków obcych. Odkąd uczę się hiszpańskiego, poznaję wpływ języka arabskiego i w ogóle samej kultury islamu na język i kulturę Hiszpanii. Idąc tym tropem, coraz bardziej zbliżałem się do lektury Koranu. Z drugiej strony, muszę to przyznać, zawsze byłem osobą wierzącą, ale mój poziom religijności to wzloty i upadki. Na różnych etapach swojego życia poszukiwałem inspiracji w judaizmie, buddyzmie, zainteresowałem się mocno filozofią zen. Z czasem bliskie mi stały się wierzenia ludowe, a nawet tarot. Do czego jednak zmierzam – duchowość była i jest dla mnie ważna i potrzebna. Siłą rzeczy byłem bardzo mocno zakorzeniony w katolicyzmie, ponieważ tak zostałem wychowany. Z czasem jednak chrześcijaństwo przestało być dla mnie spójne. W islamie Bóg jest jeden (z arab. Allāh – Bóg Jedyny). A w chrześcijaństwie? Pierwsza wersja Boga wysyła swoją drugą wersję w postaci syna (Bóg ma dziecko? Jak ci bogowie z mitologii?), żeby został zabity przez swoje stworzenie, czyli ludzi, aby w efekcie ocalić ich przed sobą samym (wersją pierwszą), a następnie zsyła Ducha, czyli swoją trzecią wersję, żeby jego ocalone stworzenie (ludzie - red.) lepiej to wszystko rozumiało… Nijak się to nie klei. Do tego ciało i krew – jakoś nigdy nie wierzyłem w te „czary-mary” na ołtarzu. Oprócz tego nieścisłości historyczne, które są w Ewangeliach, jak choćby „rzeź niewiniątek”, zarządzona rzekomo przez Heroda. Nic takiego w historii nie miało miejsca, zresztą nie miałoby to w ogóle sensu z perspektywy samego króla, który wyrżnąłby tym samym przyszłych podatników i żołnierzy, jak pisze na łamach „Newsweeka” historyk dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanò („Kim był Jezus”, N nr 51-52, 2024). I na koniec podłe działania Kościoła jako instytucji, z którymi zupełnie się nie zgadzałem i nie zgadzam, jak choćby tuszowanie pedofilii. Od momentu kiedy wziąłem do ręki Koran i zacząłem go czytać, znalazłem tę spójność, której mi brakowało, nie mówiąc już o tym, że im bliżej jestem Allaha, tym bardziej w moim życiu wszystko dobrze się układa.
Co zwróciło Twoją szczególną uwagę w Koranie?
Przede wszystkim Koran jest jeden, a jego tekst jest niezmieniony od 1400 lat. Są różne tłumaczenia, które w religii islamu funkcjonują jako tłumaczenia, a nie Koran sam w sobie, dlatego mają zazwyczaj obszerne przypisy i komentarze. Jako pierwsze czytałem tłumaczenie Józefa Bielawskiego, chyba najbardziej znane w Polsce. Obecnie czytam tłumaczenie Musy Çaxarxana Czachorowskiego, w międzyczasie trafiłem jeszcze na piękny przekład Aliego Ünala, który czeka w kolejce. Koran możesz przeczytać jedynie po arabsku i już samo to było dla mnie dużo bardziej wiarygodne niż Biblia, której oryginał… No właśnie, nie istnieje? Poza tym Koran został objawiony Prorokowi (Pokój z Nim) i to, co wiemy, pochodzi tylko od Niego, to znaczy z objawienia, jakiego doświadczył Muhammad. Co ważne, nie umiał czytać ani pisać, trudno zatem zarzucać mu „wymyślenie” tego wszystkiego. Powtórzył to, co usłyszał od archanioła Gabriela. Ja już po lekturze drugiej sury (Al-Baqara – Krowa) wiedziałem, że mam do czynienia z tekstem wyjątkowym. Czymś dużo bardziej sensownym, spójnym. Dlaczego? Dlatego że Koran to sposób na życie, „prosta ścieżka”, jak nazywa ją Bóg. To nie tylko zakazy i nakazy, ale wskazówki, jak lepiej żyć, jak być dobrym człowiekiem.
Czy w nowej wspólnocie spotkałeś się z akceptacją? A może z odrzuceniem?
W islamie bardzo silne jest uczucie braterstwa. Często w meczecie, nawet jeżeli kogoś nie znasz, mówisz do niego „bracie”, „siostro”. Dopóki nie mamy do czynienia z jakimiś radykalistami, to wyznawcy Proroka są bardzo otwarci na niemuzułmanów. Konwertyci, tacy jak ja, według tych najbardziej radykalnych odłamów prawdopodobnie zawsze będą obcy, ale islam jest bardzo rozwijającą się religią. Zresztą, nawet wielu konwertytom, w tym Polakom, z pewnością nie podoba się moje podejście do życia. Tym niemniej muzułmanie radują się, gdy ktoś przyjmuje ich wiarę. Wierzymy w to, że ktoś wchodzi na właściwą ścieżkę, przyjmuje prawdę. Pamiętam dzień, kiedy wypowiedziałem szahadę, czyli wyznanie wiary, pierwszy z filarów islamu. To było po jednej z modlitw w meczecie na warszawskiej Ochocie. Wszyscy do mnie podeszli, uściskali mnie, pogratulowali, wyrażali radość i po dziś dzień tak jest. Oni nie są głupi – wiedzą, że Europa ma bardzo negatywny stosunek do islamu, oczywiście prawie nic o nim nie wiedząc. Mnie osobiście bardzo brakowało religijności, a w islamie znalazłem wszystkie brakujące elementy. I może to jedno z moich zadań od Pana Boga, żeby odczarowywać obcość islamu w Polsce.
Mógłbyś to rozwinąć?
Chodzi o to, że islam nie powinien być traktowany w Europie jako obca religia. Hiszpania była muzułmańska aż do końca XV wieku! A co do naszego podwórka – bardzo rzecz upraszczając – to przecież Tatarzy, czyli muzułmanie, zostali sprowadzeni na nasze ziemie przez wielkiego księcia Witolda, aby pomogli rozprawić się z Krzyżakami. O, ironio, chrześcijanami!
Czyli kto tutaj jest w końcu obcy?
I to jest dobre pytanie! Islam w Europie nie jest niczym nowym. A tym bardziej obcym.
Jak przyjęcie nowej wiary wpłynęło na odbiór Ciebie w świecie artystycznym, zawodowym?
Różnie. Są takie osoby, które piszą do mnie, bo same szukają Boga. Wtedy odpowiadam, że jeżeli ich to interesuje, to bardzo chętnie wskażę literaturę albo skontaktuję z odpowiednimi osobami. Najczęściej jednak jest tak, że podpowiadam, aby po prostu wziąć Koran i zacząć czytać. Istnieje obszerna literatura w języku polskim na temat islamu, trzeba jedynie uważać, bo zdarzają się pozycje bardzo islamofobiczne. Rzadko się zdarza, żeby ktoś zupełnie obcy mnie hejtował. Jeżeli dostaję wiadomość na zasadzie: „odjechałeś” – są to najczęściej i paradoksalnie znajomi z mojego otoczenia. Nie zastanawiają się, tylko patrzą po prostu jak na…
Obcego?
Tak! Ale oni też są dla mnie obcy, to tacy znajomi „od czasu do czasu”. Moi bliscy znajomi, przyjaciele wspierają mnie. Zadają pytania, wykazują zainteresowanie. O samym islamie mówię bardzo chętnie, bo jest to dla mnie ważne i piękne.
Czy zaistniała jakaś sytuacja, w której ktoś powiedział Ci, że nie będzie z Tobą współpracował ze względu na inną wiarę?
Nie, nie miałem takiej sytuacji. Nawet niedawno robiłem projekt w Lublinie, gdzie w trakcie prób miałem akurat przerwę i była to pora modlitwy. Przygotowałem się, rozłożyłem dywanik i zacząłem się modlić. Myślę, że dotarłoby do mnie, gdyby ktoś miał z tym problem, ale wręcz przeciwnie – wszyscy ściszali głos, starali się nie przeszkadzać, zwłaszcza dzieciaki, to było urocze. Strach i obcość wynika w dużej mierze z niewiedzy. To, że postrzegamy kogoś jako obcego, to dlatego że go nie znamy, nic o nim nie wiemy i przez to nie rozumiemy.
Czyli wiedza pomaga przezwyciężyć inność?
Oczywiście, że tak. Dla mnie islam też był obcy. Też byłem jednym z tych, którzy patrzyli na tę wiarę przez pryzmat zachodniej, wypaczonej narracji. I mówi ci to człowiek, który dokonał konwersji. Najłatwiej zrobić wroga z kogoś, kogo się nie zna, jeszcze łatwiej oceniać.
Czy postrzegasz siebie jako outsidera, a może bardziej jako bohatera będącego wsparciem dla innych?
Nie czuję się żadnym bohaterem. Wiem, że dla wielu osób prawdopodobnie byłem i jestem jakąś inspiracją. Głównie z tego powodu, że mówię otwarcie o pewnych rzeczach. Nie lubię udawania kogoś, kim nie jestem. I myślę, że to jest obce dla mojego artystycznego środowiska. Mówię o szeroko pojętym show-biznesie. Większość moich znajomych z branży jest nastawiona przede wszystkim na korzyść. Jakąkolwiek, ale korzyść. To ma wyglądać fajnie, ładnie, ma być cool. Nie poruszamy drażliwych tematów. Już kilkukrotnie usłyszałem, że aktor nie powinien mówić o polityce, religii itd. Dla wielu osób, a zwłaszcza osób z mojej branży, te sprawy są niewygodne, panicznie boją się, że coś stracą. Ale co stracą? 100, 1000 followersów? No, straszne! Nie czuję też, że to, co robię w social mediach, jest czymś wyjątkowym. Być może są ludzie, dla których tak faktycznie jest. Na pewno wiem, że dla wielu ludzi wyjątkowe jest to, co robię na scenie, i to jest podstawa. Natomiast w social mediach nie będę rysował laurki na własną cześć, wystarczy megalomanów w branży.
A Ty przynajmniej zostaniesz sobą, prawda?
Tak. Chodzi o autentyczność. Jestem niedoskonały, bo jestem człowiekiem z krwi i kości, miewam mnóstwo wątpliwości, popełniam błędy. Wiele razy spotkałem się z opinią, że jestem taki „normalny”, gdy ktoś mnie poznaje. Oczywiście, że tak! Właśnie dlatego, że mówię, co myślę i staram się nie unikać niewygodnych tematów. Dlatego będę mówił o polityce, religii, swoich poglądach. Adrian aktor i Adrian człowiek to ta sama osoba, nie da się tego rozdzielić. Jeśli komuś się to nie podoba, niech spada! Dzisiaj prawie w ogóle nie obserwuję moich kolegów z branży. Nie interesuje mnie za bardzo ich „o, wow, taki koncert grałem, super, czad był, ogień”, nie mówiąc już o mizdrzeniu się i błaganiu o atencję. Nie cierpię obłudy, nie cierpię hipokryzji, a nie cierpię jej jeszcze bardziej dlatego, że ja sam wiele razy byłem hipokrytą i obłudnikiem. Kiedyś dałem się złapać w tę sieć. I powiedziałem sobie – nigdy więcej – bo w lustrze chcę widzieć siebie, a nie obcą osobę.
Na zakończenie: jeżeli miałbyś zaprosić na kolację kogoś, kto jest Tobie kompletnie obcy, kto by to był?
Mogę powiedzieć o pierwszej osobie, która mi przyszła do głowy, ale podkreślam, że jest też masa innych, które prawdopodobnie są na równi z nią. Chodzi mi o króla Wielkiej Brytanii Karola III. Bardzo chciałbym go poznać. Bo nie wierzę w to, że jest takim szatanem, jakim go przedstawiają. Wierzę w to, że jest zajebistym gościem i wiem, że zrobił masę dobrych rzeczy. To otwarty, mądry facet, skrzywdzony przez własną rodzinę, zmuszony do miłości, której tak naprawdę nie było. Widzę to, co teraz robi. Widzę, jak wypowiada się w wielu kwestiach, również w kwestii islamu. Nie wiem, czy wiesz, że podczas ramadanu król osobiście razem z królową pakowali daktyle na iftary (posiłki przerywające całodniowy post)?
Nie miałem pojęcia.
No i właśnie! (uśmiech) Czuję, że to świetny gość, właśnie dlatego, że przez całe jego książęce życie obce było mu jakiekolwiek udawanie.