Święto Mozarta w Würzburgu
Kiedy festiwal muzyczny ma za sobą ponad stulecie historii, łatwo popaść w rytuał i celebrację samej instytucji. Mozartfest Würzburg, którego początki sięgają roku 1921, zdaje się jednak wymykać temu niebezpieczeństwu. Wyrósł z mozartowskiego tygodnia lat dwudziestych, a dziś pozostaje nie tylko jednym z najstarszych tego typu przedsięwzięć w Niemczech, lecz także żywym laboratorium pytań o to, jak słuchać Mozarta tu i teraz.
Tegoroczna edycja, odbywająca się od 29 maja do 28 czerwca pod hasłem „Beschworene Schönheit: Idol Mozart”, proponuje nie muzealny kult klasyka, lecz namysł nad pięknem jako wartością ludzką, społeczną i kulturową. Oficjalny leitmotiv festiwalu stawia Mozarta w centrum refleksji nad pierwszą połową XX wieku — epoką wstrząsów, w której jego muzyka stawała się dla wielu kompozytorów miarą ładu, humanizmu, ale też była symbolem ciągłości tradycji.
Już sam moment inauguracji znakomicie wpisywał się w tę ideę. Koncert inauguracyjny odbył się w Kaisersaal Würzburger Residenz — przestrzeni o niemal teatralnej sile oddziaływania. Barokowy przepych wnętrza stworzył ramę, w której muzyka zyskuje wymiar reprezentacyjny i historyczny. Ale w Würzburgu nie chodzi wyłącznie o splendor. Od pierwszego dnia uderza raczej wrażenie, że festiwal wychodzi z pałacowych sal do całego miasta — i że miasto naprawdę nim żyje. Około dziewięćdziesięciu koncertów w ciągu czterech i pół tygodnia rozgrywa się nie tylko w rezydencji, lecz także w ogrodach, kościołach, piwnicach winnych czy przestrzeniach postindustrialnych. To nie wydarzenie odgrodzone od codzienności, lecz próba budowania wspólnoty słuchania na poziomie całego miejskiego organizmu.
Wrażenie to wzmacniają formaty pomyślane z myślą o otwartości i współuczestnictwie. Mozarttag obejmuje kilkadziesiąt koncertów w centrum miasta, a M PopUp // Studio für Schönheit oferuje warsztaty i otwarte próby. Szczególnie interesujący jest projekt „Eine große Stadtmusik”, zachęcający mieszkańców do organizowania własnych koncertów w prywatnych przestrzeniach. W takich gestach najlepiej ujawnia się siła Mozartfest Würzburg: to nie tylko prezentacja artystycznych elit, lecz także próba uczynienia muzyki praktyką współobecności. Program dodatkowo rozszerza pole stylistyczne — obok klasyki pojawiają się wydarzenia z obszaru world music, jazzu czy folku. Dzięki warsztatom, otwartym próbom, działaniom performatywnym i rozmowom festiwal nie zamyka się w koncercie jako „wydarzeniu dla wtajemniczonych”, lecz rozszerza klasyczne słuchanie na doświadczenie społeczne i miejskie.
Na tle tej szerokiej panoramy koncert inauguracyjny brzmiał jak wyrazisty manifest artystyczny. Na estradzie pojawili się Mozarteumorchester Salzburg, Tianwa Yang i Antonello Manacorda; w programie znalazły się: Le tombeau de Couperin Ravela, II Koncert skrzypcowy Prokofiewa oraz XL Symfonia g-moll Mozarta. Zestaw ten okazał się pomyślany niezwykle inteligentnie — prowadził słuchacza przez różne idiomy i napięcia XX i XVIII wieku, a zarazem spinał wieczór ideą muzyki jako sztuki ruchu i nieustannego odnawiania spojrzenia.
Najmocniej zapadła mi jednak w pamięć interpretacja XL Symfonii g-moll. Jeśli inauguracja festiwalu miała pokazać, że Mozart nie jest figurą przeszłości, lecz artystą zdolnym mówić do współczesnej wrażliwości, Antonello Manacorda osiągnął ten cel w sposób zdumiewający. Była to jedna z najbardziej ekspresyjnych odsłon tej symfonii, jakie słyszałem: pozbawiona zarówno sentymentalnej miękkości, jak i akademickiego „stylu dla stylu”. Zamiast tego pojawiło się napięcie, dramatyczny oddech i poczucie nieuchronności. Taki Mozart nie uspokaja — przeciwnie, odsłania niepokój ukryty pod klasyczną formą.
Ta interpretacja nie była zresztą przypadkiem, lecz czymś głęboko zgodnym z artystyczną osobowością Antonella Manacordy, którego sposób prowadzenia orkiestry odbieram jako połączenie energii, precyzji, wyrazistości rytmicznej i szczególnej troski o przejrzystość faktury; nawet tam, gdzie gest dyrygenta wydaje się nasycony impulsem i wewnętrznym żarem, nie ma w nim efekciarskiej demonstracji, lecz raczej dążenie do uruchomienia wspólnego oddechu zespołu i wydobycia z muzyki jej dynamicznej oraz barwowej różnorodności. Szczególnie uderzyło mnie, że pod jego ręką Mozart nie wydawał się ani „historycznie wystylizowany” w sensie chłodnej rekonstrukcji, ani romantycznie przeciążony; przeciwnie — Symfonia g-moll zabrzmiała dziko, swobodnie, momentami wręcz konfrontacyjnie, a zarazem zachowała kantylenowy oddech i wewnętrzną elegancję. To właśnie ta dwoistość — kontrola i gwałtowność, dyscyplina i żar, klarowność i niepokój — uczyniła to wykonanie tak przekonującym. W tym sensie Manacorda idealnie wpisał się w tegoroczne motto festiwalu, pokazując piękno nie jako gładką powierzchnię, lecz jako napięcie, które domaga się uwagi, namysłu i prawdziwego zaangażowania słuchacza
W II Koncercie skrzypcowym Prokofiewa błyszczała Tianwa Yang — artystka, którą krytycy konsekwentnie opisują jako rzadkie połączenie bezbłędnej techniki i głębokiej muzykalności. Jej gra rzeczywiście potwierdza tę opinię: imponuje nie demonstracyjną wirtuozerią, lecz skupioną intensywnością i umiejętnością budowania frazy. Dźwięk pozostaje czysty i nośny, ale zarazem pełen miękkości i śpiewności; technika nigdy nie staje się celem samym w sobie, lecz podporządkowana jest narracji. W Prokofiewie Yang znalazła idealną równowagę między nerwową motoryką a liryką — jej interpretacja była zarazem precyzyjna i emocjonalnie sugestywna, a przy tym wolna od efekciarstwa. To granie, które nie tyle olśniewa, ile przyciąga i utrzymuje uwagę.
Istotną rolę odegrało także Mozarteumorchester Salzburg. Sam fakt, że to właśnie ten zespół inauguruje festiwal, ma wymiar symboliczny — orkiestra z miasta Mozarta otwiera wydarzenie poświęcone jego żywej obecności. Jednak znaczenie nie ogranicza się do symboliki. Siła wieczoru wynikała z wyraźnej wspólnoty celu między orkiestrą, solistką i dyrygentem: zamiast odtwarzania repertuaru — jego ożywianie tu i teraz.
Dyrektorka festiwalu Evelyn Meining w swojej mowie otwierającej mówiła, że piękno bywa przywoływane właśnie wtedy, gdy świat „wypada z zawiasów”, gdy coś pęka i gdy człowiek szuka punktu orientacyjnego. Nie jest więc ono naiwną dekoracją ani nostalgicznym westchnieniem, lecz „świadomym przywołaniem” czegoś, co może nie tylko zachwycać, ale także stawiać opór rozpadowi i przypominać o humanizmie.
I może właśnie to jest najcenniejsze w Mozartfest Würzburg: że nie proponuje on prostego kultu geniusza, ale zachęca, by słuchać Mozarta w stanie czujności — bez pomnikowości, bez bezpiecznego zachwytu, z gotowością na niepokój i pytania. Festiwal nie oddziela piękna od świata, lecz pyta, jaką siłę może ono mieć w świecie rozedrganym, przeciążonym i pękniętym. Koncert otwarcia dał na to odpowiedź wyjątkowo przekonującą. Pokazał, że Mozart nie musi być uspokajającym klasykiem. Może być doświadczeniem intensywnym, współczesnym i wymagającym. A jeśli tak — to Würzburg znów, jak co roku, staje się nie tyle miejscem celebrowania tradycji, ile przestrzenią, w której tradycja naprawdę żyje.
Jacek Kornak