Romantyczny dialog dwóch gigantów

26.05.2026

 

Brahms: Ciężar gatunkowy został wprowadzony tylnymi drzwiami, a narracja była prowadzona bardzo wartko.

Franck: Pijarowski wchodzi ze słuchaczami do gęstego lasu, doskonale wiedząc, gdzie zobaczymy jakieś niestandardowe drzewo, a gdzie gigantyczny głaz narzutowy.

W pracy muzyka najbardziej lubię układanie programów, zastanawianie się, w jaki sposób poszczególne utwory będą dialogować ze sobą, czy całość będzie spójna i jaką myśl przewodnią można im nadać. I, faktycznie, jednym ze sposobów na ułożenie takiego programu jest sklejenie ze sobą dwóch gigantycznych (albo przynajmniej bardzo dużych) utworów, z których każdy tworzy jakieś osobne uniwersum, patrzy w inną stronę, chociaż oba mogą opowiadać o podobnych sprawach – choć na różne sposoby.

 

Tak właśnie skonstruowany był program dwóch koncertów w Filharmonii Krakowskiej, 24 i 25 kwietnia, podczas którego jej orkiestra wystąpiła z wrocławskim teamem: Piotrem Alexewiczem i Markiem Pijarowskim, wykonując II koncert fortepianowy Johannesa Brahmsa i symfonię d-moll Cesara Francka. Dwie potężne pozycje w literaturze symfonicznej, powstałe mniej więcej w podobnym czasie, wywołują podobny efekt, choć dochodzą do niego za pomocą zupełnie innych środków.

 

Koncert rozpoczął się od odznaczenia Marka Pijarowskiego Srebrnym Krzyżem Małopolski w uznaniu jego zasług dla Krakowa (w latach 90. XX w. pełnił funkcję I dyrygenta Filharmonii Krakowskiej). Jednocześnie uhonorowano 75. urodziny dyrygenta, bo wypadały akurat w dzień koncertu. Przemowy były ekspresowe, dzięki czemu dosłownie chwilę później mógł zabrzmieć Brahms.


Co mogę powiedzieć na temat samego utworu? Kompozytor miał już na koncie jedno podejście do koncertu fortepianowego. Bardzo udane, zresztą, ale wywołało ono mieszane uczucia publiczności. Tym niemniej, utwór bywał regularnie wykonywany, czy to przez samego Brahmsa, czy przez Clarę Schumann lub innych pianistów. Raczej więc nie w tym umiarkowanym sukcesie upatrywać należy faktu, że drugie podejście nastąpiło dopiero po 22 latach, w 1881 roku, kiedy została zakończona kilkuletnia praca nad drobnym koncertem, jak wyraził się sam kompozytor w liście do swojej wspomnianej już przyjaciółki Clary.

 

 

 

No tak, drobnym. 50 minut grania, i to takiego wysokooktanowego. Brahms nie jest kompozytorem wirtuozowskim, przynajmniej w romantycznym rozumieniu, i nigdy mu na tym nie zależało – dość powiedzieć, że w Wiedniu zadebiutował jako pianista, grając swoje kwartety fortepianowe. Ale nawet to mało wirtuozowskie granie wymaga od pianisty mnóstwo siły, energii, ale przede wszystkim pomyślunku i kameralnego zmysłu, który każe pilnować, aby nie wysuwać się na pierwszy plan za wszelką cenę. Bo Brahms nie stworzył tu koncertu fortepianowego, jakiego spodziewalibyśmy się po XIX-wiecznym kompozytorze. To symfonia koncertująca (co odzwierciedlone jest już w cztero-, a nie trzyczęściowym układzie, zupełnie jak w symfonii), w której fortepian musi dopasować się do brzmienia orkiestry. Dlatego też napisałem o literaturze symfonicznej, a nie fortepianowej. 

 

Jak to się udało? Dobrze, co do zasady. Jak już wspomniałem, ważniejsza w tym utworze jest, mimo wszystko, orkiestra. Maestro Pijarowskiemu udało się bardzo dobrze wyczuć i przedstawić charakter tego koncertu. Brzmienie było ciężkie i masywne, ale jednocześnie nie brakowało mu pewnej strzelistości, a nawet w największych momentach kulminacyjnych, jak domknięcia pierwszej i drugiej części, plany dźwiękowe były poprowadzone bardzo zrozumiale i klarownie. 

 

Zatem słów kilka o soliście. Było parę rzeczy, którymi byłem zachwycony (właśnie tak!), ale było też parę drobiazgów, które nie dawały mi spokoju przez cały koncert. Przede wszystkim: dźwięk. Alexewicz dysponuje nieprawdopodobnie silnym brzmieniem. Gdy spotykałem się z różnymi wypowiedziami, które porównywały go z Wielkimi Przedwiecznymi XX-wiecznej pianistyki, niejednokrotnie wywróciłem oczami. Ale – to prawda. Nie usłyszałem ani jednego momentu, w którym brzmienie byłoby jakkolwiek przeforsowane czy siłowe, a jednak wiele razy Brahms wymaga od solisty, aby przekrzykiwał orkiestrę. 

 

Wykonawcy bardzo zgrabnie ujęli formę utworu. Mimo że mamy tu do czynienia z prawie godzinną kobyłą, pełną nasyconych brzmień i masywnych kulminacji, nie czuło się tego, ciężar gatunkowy został wprowadzony tylnymi drzwiami, a narracja była prowadzona bardzo wartko. Momentami może nawet zbyt wartko: Alexewicz parokrotnie wyprzedzał orkiestrę we wspólnych pionach, trochę zbyt często, żeby móc uznać to za niedoskonałość, wynikającą z charakteru wykonania na żywo. Brzmiało to raczej tak, jakby próbował pospieszyć zespół.

 

I to, tak naprawdę, jest mój największy zarzut do tego, skądinąd bardzo udanego, wykonania. Brahms potrzebuje czasu. Z moich doświadczeń w graniu go wyciągnąłem wniosek, że jest to jeden z niewielu kompozytorów, których muzyka nie traci na tym, że zawieszenia czy nawet zatrzymania frazy zastosuje się trochę częściej, niż wynikałoby to z romantycznej praktyki wykonawczej. Dzięki temu ta muzyka zyskuje na gravitas, tak ważnej zwłaszcza w środkowym i późnym okresie jego twórczości. Wtedy dramatyczna druga część przestaje być rozdrażnioną skargą, a staje się prawdziwym lamentem. Przez przykrótki oddech też trochę ucierpiała elegijna trzecia część z wyjątkową solową partią wiolonczeli, zagraną przez fenomenalnego Franciszka Palla (byłbym za tym, aby wykonawcy takich partii byli też wymieniani w programach!), tutaj mógłbym jeszcze się przyczepić do mało kameralnego potraktowania fortepianu, który czasami zamiast mieszać się z orkiestrą, wychodził na pierwszy plan. To są jednak pewne drobne mankamenty, które, jak wierzę, z czasem i większym obyciem pianisty wyszlachetnią się i będą działały na jego korzyść. Tym bardziej, że skrajne części, wymagające dużej wytrzymałości i szwungu, wybrzmiały z elegancją i odwagą.

 

 

 

Po (zasłużonej!) owacji na stojąco Alexewicz uraczył publiczność bisem dość zaskakującym i odmiennym stylistycznie, bo Nokturnem z cyklu Sześciu utworów na fortepian Ottorino Respighiego. O ile samą impresjonizującą miniaturę trudno nazwać arcydziełem, to poziom kontroli pianisty nad instrumentem i kultura dźwięku były naprawdę imponujące.

 

W drugiej części wieczoru scenę przejęła orkiestra i jubilat, wykonując symfonię d-moll Césara Francka. Ostatnimi czasy kompozytor został zepchnięty do programów koncertów organowych bądź chóralnych, a więc do środowiska z wysokim progiem wejścia w tej części świata. Ewentualnie funkcjonuje jako one hit wonder z przepiękną i niezatapialną (ale i diabelnie trudną, o czym wiem, bo zacząłem ją przygotowywać – biada mi) sonatą A-dur na skrzypce i fortepian. Ale utwory orkiestrowe czy Wariacje symfoniczne z fortepianem, kiedyś grywane nawet jeśli nie często, to regularnie, nie pojawiają się zbyt często w filharmonicznej przestrzeni. Prawdę powiedziawszy, nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałem jakiś jego utwór na żywo. 

 

Co możemy winić za ten stan rzeczy? Trudność w odbiorze, to na pewno. Kiedy publiczność idzie na muzykę francuską, chce zazwyczaj słuchać bajkopisarza Ravela, eterycznego Debussy’ego, wiekuiście rozmarzonego Faurégo. U Francka trudno wysłyszeć stereotypowo francuskie cechy (mało tego, urodził się nawet w Liège, które dzisiaj leży w Belgii). Słuchacz dostaje za to bardzo skondensowane brzmienia, gęste akordy, wyjęte z faktury organowej i przełożone na język orkiestry lub fortepianu i zdyscyplinowaną budowę formalną, nawet jeśli kompozytor pozwala sobie na eksperymenty. Brzmi bardziej jak niemiecki romantyzm, prawda?

 

I rzeczywiście, symfonia Francka doskonale pod tym względem koresponduje z koncertem Brahmsa, stylistycznie to są dwie strony tego samego medalu. Zmierzając na swoje miejsce, po wysłuchaniu pierwszej części programu, wiedziałem, że nie będę zawiedziony, bo Pijarowski w romantycznym repertuarze czuje się doskonale. W jego odczytaniu partytury był duży rozmach, który można by nawet nazwać brawurą, znaczne kontrasty i duże przywiązanie do detali i zblendowania barw poszczególnych instrumentów. No i to fantastyczne solo rożka angielskiego (Anna Michałek-Nowak, brawa!) – zresztą wszystkie solowe wejścia odpaliły idealnie. Co ważne, mimo niebagatelnej objętości dzieła, choć tylko trzyczęściowego, i ogólnego bogactwa wszystkiego, wykonanie w żadnym momencie nie było przytłaczające, a ja w żadnym momencie nie musiałem się zastanawiać, w którym miejscu w utworze się znajdujemy. Oczywiście, mówię tu nie o miejscu w partyturze, a o etapie narracyjnym. 

 

Pijarowski wchodzi tutaj ze słuchaczami do gęstego lasu, doskonale wiedząc, gdzie zobaczymy jakieś niestandardowe drzewo, a gdzie gigantyczny głaz narzutowy. I o ile Franck niekoniecznie jest kompozytorem, którego mógłbym słuchać na okrągło, takie poprowadzenie orkiestry byłoby w stanie przekonać nawet dość niechętnych romantycznej symfonice. I jakaś bezpretensjonalność z tego wszystkiego biła, nie czułem, że ktokolwiek się tutaj próbuje spalać na ołtarzu sztuki. 

 

Zakończę tylko drobnym apelem: na litość boską, ludzie, wyłączajcie te telefony! Ja mam wyciszony od 2008 roku i jakoś żyję. A skoro już nawet Filharmonia nas prosi o ich wyłączenie (i to w dwóch językach, bo nagranie jest jeszcze w phony Bri’ish accent), to ja bym się zastosował, bo równoległe słuchanie dźwięków ze sceny i sygnału, że dzwoni „Sławek Kafelki Prywatny” sprawia, że umieram z przebodźcowania i wstydu.

 

Piotr Paruzel 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji:

Teresa Wysocka , teresa.wysocka [at] prestoportal.pl +48 579 667 678

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.