Piazzolla intymnie

11.03.2021
rys. Dorota Pietrzyk

Astora Piazzollę spotkałam raz w życiu – w październiku 1985 r. w Paryżu. Byłam całkowicie świadoma spotkania z geniuszem – był u szczytu sławy, doskonale przyjmowany w całej Europie i obu Amerykach. Znany z rewolucji, której dokonał. Jakąż to rewolucję wywołał ten niewysoki, utykający na prawą nogę leworęczny bandoneonista?
Odważył się zmienić tango!

W Argentynie można zmienić wszystko – religię, ustrój, stu prezydentów, ale nie można zmienić tanga! Tango jest jak religia. Krytycy muzyczni zupełnie nie wiedzieli, jak się ustosunkować do tematu „tanga Piazzolli”. Muzyk stał się w pewnych kręgach tabu – dostawał nawet anonimy, w których grożono mu śmiercią. To co różniło klasyczne tango od tanga nuevo Piazzolli, było połączenie starego z nowym – tradycyjnego tanga z muzyką współczesną i jazzem. Astor, znany żartowniś i kawalarz, wymyślił nawet wzór na tango nuevo: tango + tragedía + comedía + kilombo = tango nuevo (kilombo – dom publiczny). Dlaczego nie dodał jazzu, tej muzyki, z powodu której wybuchła wielka wojna w tangu – nie wiem…

Najciekawszą część dzieciństwa i młodości Astor spędził w Nowym Yorku. Jako dziewięciolatek dostał od ojca kupiony w jakimś lombardzie na Brooklinie bandoneon, czyli niemiecką hybrydę akordeonu i koncertiny, z klawiaturą guzikową dla obu rąk. Ojciec, zwany też pieszczotliwie Nonino, marzył, by syn-jedynak stał się kimś wielkim. Sam słuchał tanga oraz grał na akordeonie i gitarze, głównie na festynach w nowojorskiej Małej Italii (dzielnica włoska). Dlatego pewnie od muzyki zaczął doszkalanie małego łobuza. Tak, łobuza! Astorka wyrzucano zarówno z amerykańskich jak i argentyńskich szkół za bójki! Nie przepuścił nikomu, a od ćwiczenia na bandoneonie wolał ganianie z bandami po Dolnym Manhattanie. Czasami, by zrobić przyjemność tacie, próbował coś zagrać, ale bez entuzjazmu i nieumiejętnie. Rodzice zdecydowali więc, że Astor potrzebuje fachowych lekcji muzyki. Mama, zwana Noniną, załatwiła mu lekcje u syna klientki swojego zakładu kosmetycznego. Niestety nauczyciel nie był solidny. Kolejny też się nie popisał. Zamiast uczyć muzyki, brał chłopaka do kuchni, w której razem pichcili. Astorowi radość z gotowania pozostała do końca życia. Słynne wśród znajomych były jego sznycel „milanesa” i bakłażany gotowane w białym winie. Doskonale przyrządzał ryby. Uwielbiał tworzyć potrawy dla gości, dobierać wina i żartować. Większość ludzi wyrasta z psot i psikusów, ale nie Piazzolla! Najsłynniejszy z jego żartów to poranna wizyta po nocnej imprezie (w latach 70.) w paryskiej Notre Dame. Wraz z kolegą zakradli się do organów, na których Astor zaczął wygrywać jakieś własne, smętno-religijne melodie. Kolega przestrzegał go, że może trafić za kratki, ale Piazzolla miał to gdzieś. Gdy rozpoczęła się msza, grał aż do jej końca! Wychodząc z katedry, spotkali księdza, który zaproponował Astorowi, by grał na ślubach! „Żeby ludzi ściągnąć do kościoła, trzeba im zaproponować coś nowego, a pan naprawdę świetnie gra!” – powiedział duchowny.


rys. Dorota Pietrzyk

Gdy Piazzolla z rodzicami powrócił do Mar del Plata (ok. 300 km od Buenos Aires), zrozumiał, że tutaj nie da się lekceważyć muzyki. Rodzice zatrudnili jako nauczycieli Astora braci Líbero, bandoneonistów grających klasyczne tango. W edukacji chłopca pomagał także brat mamy, zamykając go w łazience i podsłuchując, czy ćwiczy. Tak się właściwie zaczęła wielka przygoda argentyńskiego chłopaka z niemieckim bandoneonem. Ćwiczył i grał, grał i ćwiczył, czasem pisząc dla siebie jakiś utwór, gdyż postanowił zostać kompozytorem jak dorośnie. W 1954 r. otrzymał stypendium, by móc w Paryżu uczyć się kompozycji. Wstydził się tanga, niestrudzenie tworząc „dzieła” inspirowane utworami swojego guru muzycznego – Bartóka oraz innych kompozytorów współczesnych.

Jego nauczycielka kompozycji, słynna Nadia Bulanger, czuła, że to, co Astor pisze, nie jest jego muzyką, jego światem. W czasie jednej z lekcji poprosiła, by zagrał to, co naprawdę kocha. Astor wykonał na fortepianie swoje tango „Triunfal”. Zachwycona Nadia kazała mu przy tej muzyce pozostać. Muzyk, powróciwszy do Argentyny, wpadł w wielki wir komponowania tang. Tang Piazzolli! Łączył w nich różne gatunki muzyczne, przede wszystkim tango i jazz. Powstała muzyka pełna dramatyzmu i namiętności, introwertyczna, o melodyce silnie schromatyzowanej, o posmaku niezwykłej melancholii. Tango Piazzolli ma to, co odpowiada swingowi w jazzie. Sam Astor stwierdził: „Swing to rzecz bardzo trudna, swing jest wszystkim, gdy go w muzyce zabraknie, nie pozostaje nic”.

Tango przeżyło wszelkie podróże i próby naginania go do różnych stylów. Było bardzo popularne, ale zapominano o nim, gdy stłumiły je muzyka awangardowa i rock. Piazzolla pozostał mu jednak wierny. Wyniósł je na sceny wielkich sal koncertowych całego świata, przywracając temu gatunkowi świetność. Napisał kilka koncertów na bandoneon oraz wiele utworów na różne instrumenty – z bandoneonem lub bez. Z przyjacielem – poetą Horaciem Ferrerem stworzyli tango-ballady. Napisali ich wiele, niesamowitych nie tylko pod względem muzyki, lecz także tekstu. A jako owoc współpracy z Jorge Luisem Borgesem powstało słynne „Grand tango”. Przez cały czas swojej kariery Piazzolla starał się nadać tangu charakter utworu muzyki poważnej. Udało się mu również przekonać świat, że tango, tak jak jazz czy rock, jest jedną z barw kultury XX w.

Pod koniec życia Piazzolla zakotwiczył na dłużej w Paryżu. Tutaj go poznałam, zaproszona przez przyjaciela na premierę koncertu na bandoneon i gitarę w teatrze Chatelet, przypominającym krakowski teatr im. Słowackiego (złoto i czerwony plusz). Nastrój zlanego deszczem październikowego wieczoru, atmosfera Paryża i wystrój teatru bardzo mi pasowały do „smutnej myśli, którą się tańczy”. Tańca nie było, ale było tango nuevo! Siedząc na widowni, w pluszowym fotelu, patrzyłam, jak ten niewielki człowieczek daje znaki orkiestrze i mojemu przyjacielowi – gitarzyście. Jak układa na prawym kolanie jak miękkiego kota swój kilkukilogramowy bandoneon, jak z wielką wyobraźnią wplata w tradycyjną formę zupełnie nowe struktury harmoniczne, jest skupiony, poważny, jakby nieobecny… Odpłynęłam w marzenia… Po koncercie, czerwona z zażenowania, zostałam przedstawiona Artyście. Potrafiłam tylko wyszeptać „gracías”.

Kilka dni później natomiast zostałam zaproszona przez Astora wraz z grupą jego przyjaciół do słynnej argentyńskiej restauracji „El Palenque”. Niebywałe, ile Argentyńczycy potrafią zjeść mięsa! Na deskach-talerzach podano nam nie tylko słynne argentyńskie befsztyki, lecz także mnóstwo innych mięs, których nazw ani pochodzenia nie znałam. Wymiękłam po dwóch kawałkach, a pozostali goście jedli i jedli. Także pili! Czerwone wino. I nie przestawali żartować! Prym wiódł oczywiście Astor. Starali się mówić po francusku, gdyż ten język znałam lepiej niż hiszpański. Co chwilę przechodzili jednak na hiszpański, a zwłaszcza na dialekt lunfardo i vesre (wszyscy oprócz mnie byli z Buenos Aires!), tłumacząc mi, że takich świństw nie ma we francuskim ani w angielskim! Pomagaliśmy sobie w tłumaczeniach nieprzyzwoitymi rysunkami na serwetkach. Astor uwielbiał przeklinać i robić niewybredne uwagi. Na jednej z prób powiedział do źle grającej wiolonczelistki: „Jeśli pani kocha się tak, jak gra, to nie chciałbym być pani mężem!”. Podobno to nie były najgorsze słowa wypowiadane przez tego „boga na scenie, a w życiu prawdziwego s…syna”, jak określił go jeden z krytyków. W czasie naszego spotkania, o swojej partnerce Amelicie Baltar, która śpiewała „Maríę de Buenos Aires” powiedział: „Miłość nie tylko jest ślepa, lecz także głucha” i „A w ogóle to zakochałem się nie w niej, lecz w jej nogach”. Po paru kieliszkach wina każdemu z nas wymyślił jakieś przezwisko. Roberto był „Flaco” (chudzielec), jego żona Delia, osoba niezwykle energiczna, „Pelusa” (kurz), bandoneonista Juan José Mosalini „Pife” (facet), jego żona Violetta – „Viola” (gitara) a ja „Papusa” (lalka). W tym czasie Astor dużo koncertował z włoską śpiewaczką Milvą. Koledzy z kwintetu dokuczali jej (nie znała dobrze hiszpańskiego): „Milvo, zaśpiewasz nam dzisiaj »Pájaros podridos« („Zgniłe ptaki”)?”. Astor cieszył się razem z kumplami, bo poprawna nazwa to „Pájaros perdidos” („Zagubione ptaki”). Szybko jednak zaczęło go to złościć, gdyż darzył piękną Milvę wielką estymą.

Piazzolla był oczytany, mówił biegle czterema językami, znał się na sztuce, uwielbiał Picassa. Wiedział, że należy do największych, ale podchodził do tego z niezwykłą naturalnością. Był niezłomny w sprawach muzycznych, ale całkowicie bezradny, jeśli chodziło o interesy. „Wielkim sukcesem było samo nakłonienie Astora do rozmowy o sprawach finansowych” – wspominał jego impresario. Nużyły go wszelkie szczegóły kontraktów, co powodowało konflikty z wydawcami płyt (nagrał ich ok. 70!) i dyrektorami sal koncertowych. Jego charakter wręcz zachęcał do oszustw i kantów. Poza tym miał pecha – ciągle źle dobierał menedżerów i doradców.

Zbyt szybkie życie w nieustającej podróży i olbrzymia liczba koncertów sprawiły, że Piazzolla (już po zawale) był coraz bardziej zmęczony. Znajomi wyczuwali, że dzieje się z nim coś dziwnego. Artysta marzył o wyjeździe do Urugwaju, gdzie w Punta del Este od pewnego dyplomaty kupił piękny dom. Tam było jego miejsce, w którym, patrząc na ocean, grał i komponował. Miał też w Punta przyjaciela – Dantego, z którym wyprawiał się w morze na połów rekinów. „Wszystkie złości, które w sobie noszę, wyładowuję na rekinach” – mówił. Morze było jego psychoanalitykiem. Był silny i szybki. Kochał Laurę, ale także swoje dzieci i psy, a zwłaszcza ostatniego – yorka Florę. Obie panie – żonę i suczkę – nazywał „Mumuki”. Ciekawe, czy utwór o tym tytule napisał dla żony czy dla psa? Najpiękniejszą (tak sam twierdził) jego kompozycją jest „Adiós Nonino”, napisaną dla taty tuż po jego śmierci. Krewni opowiadali, że Astor zamknął się w pokoju i długo płakał. Po jakimś czasie płacz ustał i zabrzmiała niezwykle piękna muzyka. To było „Adiós Nonino”. Muzyk twierdził, że „poczuł się tak, jakby otoczyły go anioły”…

Dużo pracował, dużo grał. Przygotowywał operę napisaną przez Gardela, wielkiego śpiewaka tanga. Planował współpracę z Michelem Pertuccianim, z Chickiem Coreą. Tu przytoczę jego słynne stwierdzenie: „Ja potrafię zagrać jak Corea, ciekawe czy Corea potrafi zagrać jak Piazzolla”. Bardzo chciał ograniczyć koncerty do 100 rocznie (!). Gitarowemu duetowi – braciom Assadom obiecał nowy utwór, tak jak i wiolonczeliście Mścisławowi Rostropowiczowi. Czekał na niego Al di Meola, który twierdził, że „spotkanie z Piazzollą to jak spotkanie z Bachem”.

Nikt się nie spodziewał, że kariera wielkiego mistrza bandoneonu zakończy się w Paryżu, w niedzielny poranek 5 sierpnia 1990 r. Przygotowując się do wyjścia na mszę w katedrze Notre Dame, nagle przewrócił się w łazience. Wylew całkowicie sparaliżował mu prawą stronę ciała. Takiego losu bał się najbardziej. Synowi często powtarzał: „Gdyby mnie kiedyś dopadł paraliż, zabij mnie, proszę”. Gdy lekarz obejrzał zdjęcia mózgu Astora, stwierdził, że byłoby dla niego najlepiej, gdyby jak najszybciej umarł. Laura, żona artysty, postanowiła wywieźć męża do Argentyny, by mógł umrzeć w swojej ojczyźnie. Ówczesny prezydent tego kraju Carlos Menem zorganizował przelot Piazzolli do domu. Parę tygodni później muzyk wyszedł z komy i syn oznajmił prasie, że zdarzył się cud – tata wraca do zdrowia. Nie wrócił. Przeżył 23 miesiące potwornej męki. Zatracił całkowicie umiejętność czytania i rozumienia tekstu. Istniała szansa, że zacznie komponować. Niestety nie potrafił. Gdy puszczano mu jego muzykę, nie chciał jej słuchać. Bacha, Bartóka czy Strawińskiego słuchał chętnie. Oglądał telewizję. Zastanawiano się, co w niej widzi… Piazzolla powoli odchodził. Bardzo schudł. Syn stwierdził, że Astor wygląda jak Gandhi. Czwartego lipca 1992 r., wymęczony chorobą, otrzymał sakrament chorych i świecki sposób na ułatwienie odejścia: morfinę. Laura zamknęła mu oczy o godz. 23.15. Dorosłe dzieci muzyka – Diana i Daniel – także czuwały przy ojcu.

Astor bardzo lubił swoją kompozycję z pięknym tekstem Ferrera „Ballada para mi muerte” („Ballada na moją śmierć”), w której bohater (alter ego obu autorów) miał pozostawić… „niedopitą szklaneczkę whisky, tytoń i garść smutku”. I… „umrzeć w Buenos Aires o świcie, gdy wybije godzina szósta…”.

W Warszawie miał zaplanowany koncert na początek 1992 r. Nie przyjechał…

Dorota Pietrzyk

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Dodaj komentarz