Kiedy koncert nie uzdrawia

Zdjęcie z archiwum Małgorzaty Grzaślewicz-Grell

Koncert relaksacyjny z założenia ma koić, regenerować i wzmacniać w nas obszary potrzebujące uzdrowienia. Albo chociaż pomóc rozładować nagromadzone napięcie. Jednak co jeśli z takiego koncertu wyjdziemy osłabieni i rozdygotani, czy to jeszcze część terapeutycznego procesu? Gdzie upatrywać przyczyn takiej reakcji naszego organizmu i czy są tu jacyś „winni”?

Oczywiście szukanie winnych z reguły donikąd nie prowadzi. Wprawdzie warto sobie otwarcie powiedzieć, co się przyczyniło do aktualnego stanu rzeczy i w tym celu zbadać problem u źródła, oraz – na ile potrafimy – zweryfikować zebrane od „ekspertów” informacje, jednak samemu sobie również należy zadać kilka istotnych pytań.

Bo to właśnie nagromadzone w nas i wymagające oczyszczenia emocje wpływają bezpośrednio na efekt naszej relaksacji. Z tą różnicą, że jeśli jesteś jej uczestnikiem, to naturalnie masz prawo oczekiwać, że prowadzący pomoże Ci w tym procesie lub przynajmniej w nim ukierunkuje. Dlatego ktoś, kto zaprasza Cię na koncert relaksacyjny, przede wszystkim sam powinien mieć w sobie spokój, a w każdym razie umieć profesjonalnie tworzyć odpowiednią do osiągnięcia harmonii – tak w jednostce, jak i w zbiorowości – atmosferę.

Co nosisz w sobie?

Niektórzy specjaliści podkreślają, że ważne jest, aby uczestnik relaksacji dźwiękowej w pełni świadomie się na nią decydował, ponieważ przy pracy z dużą grupą słuchaczy prowadzący nie może mieć wpływu na wszystko – może np. nie wiedzieć, że dwudziesta dziewiąta osoba, która właśnie przyszła na koncert relaksacyjny, choruje na serce. Iwona Jędruch, skrzypaczka i multiinstrumentalistka z wieloletnim stażem m.in. w grze na gongach i misach dźwiękowych, przyznaje, że przed wielu laty zdarzyło się na jednym z jej koncertów relaksacyjnych, że ludzie zmieniali pozycję z leżącej na siedzącą. A to dlatego, że miała akurat za sobą denerwującą sytuację i od razu można było wyczuć brak wewnętrznej koncentracji, co się przeniosło na słuchaczy. – Mniej istotne jest, na jakich instrumentach grasz i jakie dźwięki, za to ma znaczenie, czy czujesz w sobie spokój i otwierasz swoje serce na przestrzeń, którą dzielisz z innymi. Dobra technika gry na instrumentach natomiast umożliwia muzykowi wydobywanie pięknych dźwięków i przeciwdziała ewentualnym skutkom tremy. Poza tym im mniej rozpraszających bodźców zewnętrznych, jak chociażby zwracający uwagę strój wykonawcy, tym lepiej – tłumaczy.

„Niewłaściwie dobrane instrumenty też mogą mieć niekoniecznie dobry wpływ na uczestników – przekonuje z kolei kompozytor, realizator dźwięku, gitarzysta i zarazem gongista w jednej z warszawskich szkół jogi Przemek Daniłowicz. – Czasem może się wydawać, że gra na gongach i misach itp. nie wymaga wiedzy, techniki, warsztatu muzycznego, doświadczenia. Niektórzy z braku umiejętności grają bardzo mocno, ogłuszając i nie oszczędzając słuchacza, i usprawiedliwiają to różnymi wątpliwymi teoriami. Chociaż biorę pod uwagę, że można potrafić „leczyć dźwiękiem”, nie będąc świetnym muzykiem, to najlepiej, gdy idzie to ze sobą w parze, bo jednak wciąż mamy do czynienia z instrumentami muzycznymi – argumentuje.  Ze względu na budowę, zakres częstotliwości i możliwości dynamiczne, czyli natężenie dźwięku, instrumenty można podzielić na takie, które działają na nas bardziej z uwagi na najsilniejsze dudnienia binauralne, wywołując mocne zjawiska psychoakustyczne, jak np. – z racji swojej wielkości i budowy – gongi, ale i w pewnym stopniu misy dźwiękowe, oraz mniej, jak np. wszelkiego rodzaju dzwonki. Dlatego potencjalnie to gongi terapeutycznie działają najmocniej, a ich odbiorcy mogą mieć skrajnie różne doznania, od euforycznych po zwykłe odprężenie, a nawet stany nieco zastanawiające… – Ludzie zwykle noszą w sobie niepokój, który próbują sami przed sobą ukryć – kontynuuje Przemek. – Gdy te wszystkie ukryte emocje wychodzą na wierzch, już ta nowa sytuacja może wywołać lekki lęk. Warto jednak się temu przyjrzeć, nie uciekać i powoli te lęki uwalniać, rozpuszczać, transformować w twórczą energię, ponieważ są one częścią nas i właśnie dzięki rozpuszczeniu i akceptacji aktualnego stanu rzeczy zyskujemy większy wgląd w siebie – dodaje.

Również terapeutka Wioletta Cichocka, która prowadzi swoich pacjentów terapią dźwiękiem od lat, zauważa, jak ważne jest to, aby każde kolejne doświadczenie potraktować jako istotną informację o samym sobie, chociaż pewny prowadzący odgrywa tu niebagatelną rolę. – Często różne osoby kończą kilkudniowe kursy i już chcą uzdrawiać innych, a to przecież wielka odpowiedzialność – podkreśla Wiola.

Szczególnie że konieczne jest tu zrozumienie zastosowania wibracji zarówno gongów, jak i mis himalajskich („tybetańskich”, dźwiękowych) na gruncie europejskim. – Kiedyś grałam dla zaproszonych do Polski tybetańskich mnichów – opowiada Iwona Jędruch. – Cichymi i rytmicznymi uderzeniami w gong towarzyszyłam odmawianej przez nich mantrze. Po wszystkim podeszli do mnie i nisko się skłonili. Niektórzy z uczestników tego niezwykłego spotkania przyznali, że w Tybecie gra się z całych sił, aby przegonić złe duchy. Ponieważ ja nie uważam, aby takowe przy mnie były, nie miałam potrzeby grania dla uczestników w ten sposób, nie znałam też ich tradycji. Doszłam do wniosku, że ludzie Wschodu są przystosowani do zupełnie innego odbioru dźwięku i w swojej kulturze inaczej postrzegają jego zastosowanie – konkluduje. Dla mnichów w Azji gongi i misy pełnią funkcję sakralną (oprócz czysto użytkowej i leczniczej), w Europie – poza ich udziałem w przedsięwzięciach artystycznych – używa się ich jako narzędzia terapii, czerpiąc z przywiezionej z Nepalu i Tybetu wiedzy oraz z autorskich programów nauczycieli, którzy zarazem często sprowadzają z zagranicy wartościowe instrumenty. Wielu adeptów ma szkoła Petera Hessa, z kolei w polskiej branży bardzo cenieni są Tomasz Czartoryski i Łukasz Mazurek. Ten ostatni, zapytany o potencjalne ryzyko związane z koncertami relaksacyjnymi, odpowiada jednoznacznie: – Gongi to nie misy i zwłaszcza w ich przypadku o krzywdę nietrudno, bo ich mocą można porazić układ nerwowy. Wszystko zależy od tego, kto i jak gra. Duże kulminacje wymagają długiego czasu przygotowującego na ich efekt.

Być może dlatego na skutek czyjegoś nieumiejętnego grania Wioletta Cichocka, wówczas jako jedna z uczestniczek, dwukrotnie doświadczyła uczucia „opuszczenia ciała” podczas koncertu gongowego. Na szczęście, jako osoba na co dzień pracująca z ciałem i energią, umiała sobie z tą sytuacją poradzić.


fot. Małgorzata Grzaślewicz-Grell

Zadbaj o swój dobrostan

Skutki koncertów relaksacyjnych, gongowych czy misowych, nie muszą być na szczęście aż tak poważne. – Co więcej, ból głowy, brzucha czy nudności powstałe w wyniku terapeutyzacji dźwiękiem, medycyna Wschodu traktuje jako sygnał, że choroba próbuje się wydostać z ciała leczonego… – wyjaśnia nam muzyk, gongista i budowniczy gongów Paweł Nowicki. – Wibracje docierają tam, gdzie są w ciele blokady – potwierdza Kris Krysiak (Przewodnik Spokoju), absolwent kursów terapeutyzacji wibracjami mis himalajskich według tradycyjnego przekazu tybetańsko-nepalskiego u Łukasza Mazurka. Jednocześnie nie wszyscy uważają, że granie koncertów relaksacyjnych musi być już równoznaczne z formą terapii, bo wiele zależy od gotowości uczestnika. – Nie musimy być terapeutami, my tylko tworzymy warunki i przestrzeń do zwiększenia dobrostanu – argumentuje inny absolwent Łukasza Mazurka, zarazem adept Tomasza Czartoryskiego i Petera Hessa, Michał Ożarowski.

Mimo to warto posiąść głęboką wiedzę i systematycznie ją uzupełniać, nim taki koncert dla kogoś zagramy, podobnie jak osoby wykonujące indywidualne masaże dźwiękowe muszą np. wiedzieć, że nie należy stawiać misy dźwiękowej na sercu (grozi to zawałem w przypadku osób obciążonych kardiologicznie) czy bezpośrednio na miejscu bolącym lub ze stanem zapalnym (ponoć w przypadku zapalenia oskrzeli może to wzmocnić nie tylko oskrzela, lecz także bakterie…). Dlatego trzeba mieć świadomość, że każdy narząd w organizmie wibruje w określonej częstotliwości mierzonej w hercach (Hz) – uważa się, że organy mające w tym zakresie energetyczne niedobory, uzupełniają je podczas relaksacji dźwiękowej. Warto też obserwować uczestnika, ale nic mu nie sugerować, pozwolić po prostu doświadczać siebie, a przede wszystkim nie wprowadzać go w fale mózgowe delta na poziomie 4 Hz bądź mniej, gdyż jest to już dość ryzykowny poziom śnienia. Optymalne wydają się fale alfa (9–12 Hz, pomiędzy snem a jawą) i theta (poniżej 9 Hz, sprzyjające wejściu w trans). Ciekawostką wyda się też fakt, że – jak mówi Iwona Jędruch – kobiety częściej źle znoszą niskie częstotliwości dźwięków gongu niż mężczyźni, a to dlatego że wskutek urazów z dzieciństwa mają zaciśnięte przestrzenie ciała powiązane z dolnymi czakramami (czakramów w sumie jest siedem i, jak pisze m.in. Ewa Kania w książce „Misy tybetańskie: masaż, terapia dźwiękiem, medytacja”, pozycjonuje się je na poziomie: splotu krzyżowego, splotu lędźwiowego, splotu słonecznego, splotu sercowego, splotu szyjnego, splotu szyjno-tętniczego i mózgu).

– Aczkolwiek sprawa nie wygląda tak prosto, że jak gramy głośniej, to od razu coś działa intensywniej, należy jeszcze uwzględnić tzw. krzywe Fletchera-Munsona, czyli sposób, w jaki ludzkie ucho rejestruje dźwięk – uzupełnia Przemek Daniłowicz. – Najbardziej słyszalne są dźwięki z zakresu 1 kHz do 4 kHz, czyli częstotliwości mowy ludzkiej, to na nie jesteśmy najbardziej wrażliwi. Instrumenty grające w tym rejestrze wymagają od grającego, poza umiejętnościami, dużej wrażliwości, bo zbyt duże natężenie dźwięku w tym zakresie może nie być dla słuchacza zbyt przyjemne. I tak gong czy bęben szamański grający ok. 50 kHz z dużą głośnością będzie lepiej odbierany przez ludzkie ucho niż np. wysoki dźwięk misy grany z głośnością ok. 1 kHz. Upraszczając, szczególną uwagę trzeba zwrócić na wysokie częstotliwości. To dlatego, jak ktoś świetnie gra na skrzypcach, to słucha się go z przyjemnością, natomiast niekiedy z trudem znosimy słuchanie gry początkującego – stwierdza. W przypadku coraz bardziej popularnego „leczenia dźwiękiem” (choć „leczenie” to oczywiście słowo nieco na wyrost), istotne jest też to, że wspomniane wcześniej dudnienia binauralne oddziałują na nas prozdrowotnie w paśmie, które przy odpowiednim skupieniu jesteśmy w stanie odczuć fizycznie i psychicznie, ale już niekoniecznie usłyszeć z uwagi na ograniczenia zakresu, w którym odbieramy dźwięki (od ok. 20 Hz do 20 000 Hz). Ponieważ znajdują się one poza pasmem akustycznym, nazywamy je infra- i ultradźwiękami. „Ale to, czy wpłyną na nas korzystnie, wiąże się z właściwym doborem instrumentów i świadomością częstotliwości, jakimi operujemy – dodaje Przemek.

Choć znajdą się i tacy grający, którzy uważają, że właściwie nie może być mowy o złym odbiorze muzyki relaksacyjnej sensu stricto – Małgorzata Grzaślewicz-Grell, która wcześniej jako pielęgniarka ponad 20 lat działała w służbie zdrowia, jest przekonana, że niedobre samopoczucie podczas relaksacji dźwiękowej może mieć jedynie ktoś po przeszczepie, z rozrusznikiem, w zaawansowanej ciąży, z padaczką lub… chory na schizofrenię.

– Tak naprawdę na każdym instrumencie można zagrać pięknie, wywołując zachwyt, lub wprost przeciwnie – doprowadzić słuchacza do stanu „rozstrojenia” – komentuje Daniłowicz i od razu wyjaśnia: – Grając, tworzymy wibrację, którą się dzielimy i z którą słuchacze mogą (bądź nie) się zsynchronizować.

Doświadczaj, kontempluj, odpoczywaj

Koniec końców, mimo wszystko koncerty relaksacyjne wciąż mają więcej plusów niż minusów, o czym przekonuje Maria Wilkirska, która przed pandemią regularnie grała relaksacje dźwiękowe na dzwonkach koshi w warszawskiej Vedze: – Koncerty relaksacyjne odczuwam jako formę masażu. Myśli zwalniają, umysł się uspokaja, koncentracja ogniskuje się na oddechu i odczuciach w ciele, w którym jeszcze przez kilka godzin po potrafię czuć rozluźnienie i rozwibrowanie, a pozytywny nastrój utrzymuje się znacznie dłużej. To także doświadczenie medytacyjne, zwiększające uważność, umiejętność bycia „tu i teraz”, zdolność obserwacji bez zagłębiania się w sens czy znaczenie, nazywam to po prostu byciem w „przepływie”.

Co ciekawe, odczucia mogą być podobne zarówno kiedy uczestniczy się w koncertach relaksacyjnych, jak i gdy się je prowadzi: – Był czas, gdy doświadczałam skrajnie różnych stanów emocjonalnych, związanych z sytuacjami z życia osobistego. Zdarzało się, że gdyby nie zaplanowana sesja, prawdopodobnie nie wstałabym danego dnia z łóżka, nie mówiąc już o wyjściu z domu, i za każdym razem byłam zaskoczona tym, jak bardzo ulega zmianie moje samopoczucie po godzinie grania na dzwonkach koshi. Jakby opadała jakaś mgła, która mnie wcześniej otaczała, świat nagle nabierał kolorów i ostrości, a życie sensu. Pojawiał się dystans do wszystkiego, co przeżywam i co się wydarza – opowiada. Choć Maria na co dzień gra również na bębnach, to z natury w celach relaksacyjnych wybiera brzmienia subtelne – również gdy decyduje się na udział w koncercie relaksacyjnym jako słuchaczka: – Jako osobę sensytywnie wrażliwą, zbyt duża ilość instrumentów, dźwięków – w ogóle bodźców – czasem mnie przytłaczała. Na ogół bywały to dla mnie na tyle intensywne przeżycia, że często po całym dniu nie miałam pojemności, by je sobie jeszcze fundować, bo przecież wszystkie bodźce to informacje, które ciało musi przetworzyć. Dlatego – jako że sama nie jestem fanką nadmiaru – jako prowadząca najczęściej wybieram dzwonki koshi. Podczas cotygodniowych spotkań Maria zauważyła ich dobroczynny wpływ na jej kondycję psychoenergetyczną, objawiającą się wysokim poziomem satysfakcji i spełnienia w życiu codziennym. Nawet jeśli pomiędzy jednym koncertem a drugim wydarzyło się coś trudnego, to za chwilę następowało rozpuszczenie napięcia podczas kąpieli w dźwiękach. – Również niesamowicie było obserwować osoby biorące regularnie udział w koncertach relaksacyjnych, a także te, które przyszły tylko raz, lecz za to wyszły wyraźnie zafascynowane – cieszy się nasza rozmówczyni. – Było to dla mnie potwierdzenie tego, że dzwonki koshi nie tylko mi przynoszą ulgę, radość i uczucie lekkości, ale że w ogóle potrzebujemy takich doświadczeń! – dodaje.

Niemniej pochodzące z Francji i odpowiadające czterem żywiołom dzwonki koshi, podobnie jak i tzw. zaphiry, rzeczywiście mają zupełnie inne jakości niż wspomniane wcześniej misy himalajskie (dźwiękowe, „tybetańskie”), a już na pewno zgoła odmienne niż gongi. Ich dźwięk jest delikatny niczym kołysankowa melodia w pozytywce dla dzieci, a siła brzmienia mocno ograniczona, na co wpływa wiele wymienionych wcześniej czynników.

Tymczasem tej jesieni po pewnym źle nagłośnionym koncercie gongowym w okolicach Warszawy jedna z uczestniczek w kolejnych dniach zauważyła w swoim organizmie bardzo niepokojącą reakcję – tiki nerwowe, arytmię, napady lęku. Ponieważ nie od razu wiedziała, jak należy z tym pracować, dopiero pomoc wspomnianej wcześniej Wioletty Cichockiej ułatwiła jej powrót do zdrowia. Ta sytuacja może być traktowana zarówno jako ostrzeżenie przed udziałem w nieprofesjonalnie przygotowanych dźwiękowych „relaksacjach” (które z tą ostatnią tak naprawdę nie muszą mieć wiele wspólnego!), jak i sygnał do przyjrzenia się naszej podświadomości, której stan komunikuje nam nasze ciało. I bynajmniej nie chodzi o szukanie „winnego”, ale o wzięcie odpowiedzialności za swoje działania – bez względu na to, czy akurat gramy koncert relaksacyjny, czy tylko w nim uczestniczymy.

Być może pewne rozwiązanie stanowią tu improwizowane koncerty kontemplacyjne, które z powodzeniem wykonuje zarówno wspominana Iwona Jędruch, jak i np. muzyk i plastyk Piotr Dąbrowski, który przekonuje: – Nie lubię podziałów, po prostu gram muzykę. – Podobne podejście ma grający na didgeridoo Rafał „Ruff” Libner, który na swoją działalność zamiennie używa anglojęzycznych i polskich określeń: „soundbreathing”, „electro acoustic soundscape”, „elektroakustyczny chillout/ambient na instrumentach etnicznych”, „didgeridoo bath” czy po prostu „kontemplacyjny trans”. Dźwiękowa kontemplacja, bez względu na to, czy jest grana na gongach, misach dźwiękowych (himalajskich, „tybetańskich”), didgeridoo, kamertonach czy innych instrumentach, również wymaga od prowadzącego profesjonalizmu i czystych intencji, ale nie czyni zeń wszechwiedzącego uzdrowiciela i nie naraża ani muzyka, ani słuchacza na przykre konsekwencje. Ostatecznie obwinianie siebie lub kogokolwiek może jedynie sprzyjać kumulacji negatywnej energii. A wtedy poczujemy się tylko gorzej.

dr Maja [Maya] Baczyńska – koncertujący muzyk, reżyser, autorka tekstów, absolwentka czterostopniowych kursów terapeutyzacji wibracjami mis himalajskich według tradycyjnego przekazu tybetańsko-nepalskiego u Łukasza Mazurka. Zarazem zastępca redaktor naczelnej w magazynie Presto. Muzyka Film Sztuka i redaktor naczelna submagazynu Presto Filmowe.

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)