Dziś jeszcze jestem

01.11.2021

Jeżeli jest coś stuprocentowo pewne w naszym świecie, z pewnością na miano to zasługuje śmierć. Spotka każdego. Każdy żywy organizm na tej planecie. Człowieka, zwierzę, roślinę.

Nic nie wskazuje na to, by istniały byty zdolne żyć wiecznie. Nauka też nieprędko znajdzie na to patent. Ba, nie ma też nieśmiertelnych budynków, miast i cywilizacji. Wszystko prędzej czy później spotyka ten sam los. Niebyt. A jednak lubimy myśleć o naszym życiu jako czymś oczywistym, co trwa dziś i trwać będzie jutro. Choć przykłady z najbliższego otoczenia, filmy, książki stale dostarczają nam przykłady nagle zakończonego istnienia, odpychamy od siebie świadomość, że i nam może się to przytrafić. Czy to strach? A może lenistwo i brak czasu, by przemyśleć i taką opcję – co będzie, gdy nie będzie mnie? Albo innych ważnych dla mnie osób?

Nawet o tym nie myśl

Jest w nas jakiś zabobonny lęk przed choćby tylko mówieniem o śmierci. Jeśli ktoś porusza ten temat w sytuacjach towarzyskich, przyznaje, że myśli o tym, kiedy i w jakich okolicznościach umrze, co nastąpi dalej – może być uznany za dziwaka. Albo człowieka w depresji. Mało kto dostrzeże w nim osobę rozważną, pogodzoną z losem i gotową na początek nowego rozdziału w każdej chwili. Poniekąd to zrozumiałe. Pożegnania wiążą się ze smutkiem, pustką, tęsknotą. Nie chcemy o tym myśleć, jeśli nie musimy. Robimy wyjątek, spisując testament. Czasem w obliczu ciężkiej choroby nachodzi nas potrzeba rachunku sumienia, pogodzenia się z nieprzyjaciółmi, przypomnienia bliskim, że ich kochamy. Jednak przeciętny zdrowy człowiek w sile wieku raczej nie zawraca sobie tym głowy. Jest tyle ważniejszych spraw, ckliwe wyznania mogą poczekać… Niektórzy wykupują ubezpieczenie na życie, by zabezpieczyć materialnie bliskich. Czy nie jest jednak równie ważne, by zatroszczyć się o ich emocjonalną przyszłość, dać im poczucie, że byli dla nas ważni?

A jeśli?

W naszej kulturze pielęgnuje się przywiązanie do życia, nadaje mu się generalnie wysoką wartość. Każdy z nas, jako jednostka, pełniąc określone role społeczne, czuje się ważny i potrzebny, choćby tylko w gronie kilku najbliższych osób. To nadaje życiu sens, ale utrudnia pogodzenie się ze śmiercią. Nie tylko jest nam żal wszystkiego, co mogłoby się wydarzyć. Myślimy o bliskich – jak oni sobie beze mnie poradzą? Ci, którzy mają nadmierną potrzebę kontroli i postrzegają siebie jako osoby nie do zastąpienia, mają najgorzej. Może nie warto w to wierzyć? Wielu ludzi, szczególnie młodych, ma jednak inny problem. Nie czują się potrzebni, nie mają poczucia, że ich obecność cokolwiek zmienia w życiu innych. Łatwo wtedy wpaść w drugą skrajność, myślenie o śmierci, która ma wyzwolić z bezsensu egzystencji. Nawet jeśli taki człowiek nie prowokuje losu, nie planuje samobójstwa, to podświadomie czeka już na koniec, nie podejmuje działań, które mogłyby nadać sens życiu i zburzyć stabilny obraz sytuacji. Gdzieś pośrodku jest postawa stoickiego spokoju wobec tego, co nieuchronne. Skoro wiem, że umrę, że może się to zdarzyć już dziś po południu, staram się tak organizować swoje życie, by nikt nie miał przeze mnie zbyt wielu kłopotów. Nie mam długów, wiem, kto zajmie się moim kotem, napisze pożegnalną notę na moim Facebooku i gdzie będę pochowany. Brzmi… zbyt pięknie, by mogło to być prawdziwe. Znakomita większość z nas żyje z dnia na dzień, nie planuje dokładnie życia, a co dopiero śmierci. Nie jesteśmy królową angielską. Jednak warto uświadomić sobie jedną rzecz. Zawsze „jakoś to będzie”. Dosłownie. Nawet jeśli nie wydamy szczegółowych dyspozycji, ostatecznie świat będzie się dalej toczył bez nas. Nie zatrzyma się w rozpaczy. Na nasze miejsce przyjdą inni. A może już nie, ale i z taką luką życie tych, dla których coś znaczyliśmy, nadal będzie płynąć. Może smutniej, może trudniej, a może tylko inaczej.

Nareszcie

Bywa i tak, że odejście człowieka, mimo że powoduje smutek, tak naprawdę jest uwolnieniem. Chorego od cierpienia, jego bliskich od uciążliwej opieki. Zdarza się, że ktoś, kto intensywnie poświęcił się pielęgnowaniu innej osoby, krótko po jej śmierci odkrywa u siebie chorobę – nareszcie ma czas, by przyjrzeć się sobie. Nadmiar wolnego czasu początkowo przytłacza, wychodzą na wierzch problemy w relacjach z innymi członkami rodziny, do tej pory spychane na margines. Śmierć jest po prostu zmianą. I, jak każda nowa sytuacja, powoduje stres adaptacyjny. Ktoś, kto latami tkwił w jakimś schemacie, nawet toksycznym i niszczącym, nagle go pozbawiony może potrzebować czasu, by się przystosować.

 

Lenistwo niewybaczalne?

Czy z powyższych rozważań można wysnuć jakieś wskazówki? Jak postępować, by w obliczu śmierci nie żałować niczego? A może jak żyć, by odpędzić lęk przed tym, co nieuchronne? Nie takie to proste. Zarówno bowiem myśl „trzeba żyć pełną parą, póki czas”, jak i „do niczego nie warto się przywiązywać”, to zbytnie uproszczenie. Zadziwia jedna rzecz. Mimo coraz większej popularności idei slow life (powolnego życia), powszechnego zainteresowania zdrowiem, psychologią związków i relacji, mimo coraz większej świadomości wpływu stresu na nasze życie – do jednej rzeczy trudno nam się przekonać. Nie chcemy wybaczyć sobie, ani innym, niewielkiego lub umiarkowanego zainteresowania gromadzeniem dóbr doczesnych, prestiżem i pozycją. Dopóki ktoś jest zdrowy i silny, ma pracować, żyć w nieustannym pędzie, nie tracić czasu na głupoty. Ludzie utalentowani, wyróżniający się zdolnościami w jakiejś dziedzinie, żyją pod dodatkową presją pozostawienia po sobie czegoś wartościowego. Talentu marnować nie wolno, społeczeństwu służyć trzeba, a wyśpimy się… po śmierci.

Zmądrzeć na czas

Co ciekawe, tak surowi dla siebie i innych, całkowicie zmieniamy poglądy, gdy na drodze stanie ciężka choroba, wypadek lub nawet doświadczenie śmierci klinicznej. Wtedy oczy nagle nam się otwierają. Już nie mówimy, że najważniejsza jest praca – ale miłość, rodzina, radość z niewielkich przyjemności, obcowanie z pięknem natury. Czy potrzeba dopiero wstrząsu, by to zauważyć? Nie można być mądrym przed szkodą? Ile chorób, wypadków, śmierci udałoby się uniknąć, gdyby pomyśleć zawczasu o konsekwencjach przepracowania. Porzucić w porę życie w okowach przymusu pożytecznego działania. O ile szczęśliwiej można przeżyć „swoje pięć minut” na tym świecie, koncentrując się na rzeczach ważnych, ale tych, które dają nam radość. Czy bycie mamą, żoną, babcią, dziadkiem, mężem – to za mało? Czy koniecznie musimy zostawić po sobie doktorat, zwiększone słupki sprzedaży, dom obarczony trzydziestoletnim kredytem? Czy w każdej pracy mamy marzyć o awansie? Odkładając cieszenie się życiem na później, kiedy już dorobimy się wszystkiego, co nam niezbędne, sporo ryzykujemy. Nie tylko dlatego że możemy w ogóle nie zdążyć. Pewne rzeczy mają po prostu swój czas; co sprawia przyjemność młodemu, niekoniecznie już ucieszy starego.

 

Historia trzech kotów

Zadajmy sobie dziś pytanie – czy jesteśmy zadowoleni z naszego tu i teraz? Czy wiedząc, że jutro nas nie będzie, chcielibyśmy coś zmienić? Chcemy być zapamiętani jako idealni pracownicy, wybitni artyści, naukowcy, specjaliści? A może bardziej zależy nam na pamięci naszych najbliższych, choćby miała ona zgasnąć razem z nimi i nikt już nas nie wspomni, ani encyklopedia, ani dzieci w szkołach? Dla niektórych spełnieniem życiowych aspiracji będzie obdarowanie swoją uwagą wielu osób, zostanie nauczycielem, działaczem społecznym, misjonarzem. Inni poczują pełnię życia podczas samotnych podróży. Jedni chcą zmienić świat, drudzy przekonywać ludzkość o doskonałości tego, który został nam dany. Jeśli uda się nam pogodzić realizację wszystkich pragnień, prawdopodobnie będziemy w mniejszości wybrańców losu. Choć nikt nie powiedział, że to niemożliwe.

 

Cokolwiek wybierzemy, niech ten wybór będzie nasz. Świadomy. Zgodny z naszym charakterem, systemem wartości. Niech w ogóle będzie wyborem, a nie bezwolnym poddaniem się porywom losu. Na miarę naszych sił witalnych i intelektualnych. Nie dajmy sobie wmówić, że tylko w pracy zawodowej możemy osiągnąć spełnienie. Niech nikt nie przekonuje nas, że nie mając dzieci, ale opiekując się trójką kotów, zasługujemy na pogardę społeczeństwa. Że będąc „tylko” gospodynią domową albo przeciętnie zarabiającym dobrym ojcem powinniśmy się wstydzić braku ambicji. Życie mamy jedno. Oczywiście, możemy rozważać, czy warto jeszcze coś zmieniać. Dziś jeszcze jesteśmy, jutro może być po wszystkim. Ale życie lubi zaskakiwać, statystyki to tylko średnia, a stulatkowie naprawdę chodzą po naszej planecie. A jeśli to nam spełnią się życzenia z najpopularniejszej urodzinowej pieśni? Ten wariant również warto wziąć pod uwagę. Niech więc na kartach naszej osobistej księgi spisana będzie po prostu ciekawa historia o dobrym człowieku. Czy nie takie lubimy czytać?

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.