Kalejdoskop kobiet Pucciniego [„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w Teatrze Wielkim w Łodzi]

03.01.2023
„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w Teatrze Wielkim w Łodzi

Gra w karty, palenie cygara, makaron w metalowych kubłach – na scenie męskie grono, przesiąknięte i zajęte męskimi sprawami. Wśród nich pojawia się Minnie, która potrafi rozstrzygnąć każdy spór i rozkochać w sobie niejednego zatwardziałego osiłka. „Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w reżyserii Karoliny Sofulak to ostatnia premiera zaprezentowana na deskach Teatru Wielkiego w Łodzi w 2022 roku.

Muszę przyznać, że ucieszył mnie tak niepospolity tytuł, który wziął sobie na warsztat Teatr Wielki w Łodzi. Pomyślałam sobie, że w końcu coś z innej beczki – Dziki Zachód i Puccini z nieco innym podejściem do opery i muzyki. Łakomy kąsek dla widza! I rzeczywiście, od samego wejścia było inaczej. Kurtyna w górze, zero niespodzianki – wszystko podane rodem z teatru dramatycznego. Scenografia autorstwa Kamila Lendy pozwoliła widzom natychmiastowo wejść w klimat. Drewniane podłogi, walcowate kolumny symbolizujące góry, które dawały możliwość wielu interpretacji. Nieszczególnie zaskakujące były jednak kostiumy Zuzanny Markiewicz, która tym razem postawiła na typowy westernowy klimat. Chociaż nie da się ukryć, że stroje indiańskie dostojnie prezentowały się na małżeństwie – Wowkle (Agnieszka Makówka), Billy Jackrabbit (Arkadiusz Jakus) – podkreślając rdzenny element opery.

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w Teatrze Wielkim w Łodzi

Od pewnego czasu Teatr Wielki w Łodzi, nie wiedzieć czemu, dość często angażuje w swoje spektakle zwierzęta. Tym razem Jack Wallace wchodzi z dość sporym psem, który wprowadza atmosferę dzikiej natury. W tle wybrzmiewa piękna pieśń, pod którą pewnie i pies by się podpisał: „Mój daleki domu nad rzeką, kto zobaczy cię znów”. Pupil na scenie wprowadził wiele niespodziewanych reakcji – zarówno wśród artystów, jak i widzów. Muszę przyznać, że po raz kolejny Teatr Wielki w Łodzi ucieka się do tego typu metod wzbudzenia emocji „żywą atrakcją”, która z całą pewnością nie czuje się na scenie jak ryba w wodzie, a już na pewno nie jak diva operowa. Czy to działa? Tak, wzbudza poruszenie, może nawet co u poniektórych zachwyt. Ale czy jest w stanie przyćmić niedoskonałości wykonawcze?

 

Orkiestra Teatru Wielkiego zdaje się być w dobrej formie, jednak momentami miałam wrażenie, że niestety między sceną a kanałem orkiestrowym nie ma współpracy. W zamian za to publiczność była świadkami zaciętej rywalizacji o słyszalność dwóch zespołów. Kto wygrał? Z pewnością orkiestra pod batutą Wojciecha Rodka. Jednak moim zdaniem prawdziwym triumfatorem wieczoru był, nie raz już przeze mnie doceniany, Dominik Sutowicz, który z pewnością wciąż trzyma wysoki poziom zarówno wokalny, jak i aktorski. Tym razem publiczność mogła podziwiać artystę w roli Dicka Johnsona (Ramerreza) – urokliwego kochanka-bandyty.

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w Teatrze Wielkim w Łodzi

Opera niesie za sobą przesłanie płynące z Psalmu 51. Dawidowego. „Pokrop mnie hyzopem, a stanę się czysty. Obmyj mnie, a nad śnieg wybieleję i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego”. Co chce powiedzieć autor? Nie ma na ziemi grzesznika, dla którego nie byłoby zbawienia. Inny aspekt, który przewija się dość znacząco w „Dziewczynie z Dzikiego Zachodu”, to problem lęku przed obcym. Wybaczanie i wzajemna akceptacja to problem, który dotyka nas od zawsze i mimo wielkiego kroku w stronę rozwoju wciąż nie potrafimy obyć się bez podziału na lepszych i gorszych – a może czas najwyższy. Ponadto w powietrzu unosi się dym tęsknoty i ciężkiej pracy. Poszukiwanie złota to niekończąca się pułapka, w którą ludzie wpadli nie tylko na Dzikim Zachodzie. Zarówno w pełnej sentymentu muzyce, jak i słowach od początku przeplata się z perypetiami bohaterów jeden ważny temat – tęsknoty za domem i bliskimi. Paradoksalnie bogactwo ziemi ma pomóc w powrocie do domu, ale jest też kajdanami, które nie pozwalają tam dotrzeć. W tej tęsknocie za domem to właśnie Minnie staje się powierniczką tego, co najgłębiej kłuje w sercach poszukiwaczy złota.

 

Mówi się, że bohaterki oper Pucciniego najprawdopodobniej mają wiele wspólnego z kobietami, z którymi spotykał się za życia kompozytor. I nie da się ukryć, że od dłuższego czasu zastanawiałam się, jak jeden mężczyzna może rozumieć tyle kobiet i intencje ich działania. Olga Mykytenko, która wcieliła się w trakcie spektaklu w postać Minnie, dzięki swoim umiejętnościom aktorskim, momentami nawet z zacięciem komediowym, ukazała, jak barwną postacią jest ta dziewczyna z Dzikiego Zachodu. Tak sobie myślę – jak ja bym chciała poznać te źródła inspiracji. W tej operze, na tle męskiej grupy, przyglądamy się właściwie zmaganiom jednej kobiety, nie licząc postaci epizodycznej – Indianki Wowkle. Mimo że na scenie roi się od mężczyzn Minnie kradnie uwagę, jest magnetyczna.

„Dziewczyna z Dzikiego Zachodu” w Teatrze Wielkim w Łodzi

Minnie ma wiele twarzy: matki, powierniczki, przyjaciółki, kochanki, czasem też niewinnej dziewczynki. To istny kalejdoskop kobiet Pucciniego. Górnicy obdarzają ją nieograniczonym szacunkiem i podziwem, co więcej, przychodzą się do niej kształcić. Portret psychologiczny Minnie to bogaty wachlarz emocji silnej i samodzielnej kobiety twardo stąpającej po ziemi. O sobie mówi, że żyje sama, bo tak jej się podoba. Ma również swoją przyjaciółkę – broń, z którą się nie rozstaje. Puccini potrafi pokazać niezależność kobiety i jej siłę. Jedyną słabością Minnie staje się uczucie do mężczyzny. Ta, która trzyma wszystkich w barze krótko, gdy spotyka mężczyznę swojego życia, staje się urocza i nieporadna. Mówi o sobie, że jest prostą, małą dziewczyną, która chciałaby dorównać nowo poznanemu mężczyźnie. Dick śpiewa o ukochanej – niewinna, dobra i twarz anioła. To otwiera kolejne drzwi do serca kobiety. Przez myśl przeszło mi, że Minnie to postać antropomorficzna. Energia, siła i nawet sposób chodzenia oddają męski pierwiastek tej postaci. Wszystko, co intrygujące w mężczyźnie i kobiecie, spotyka się w tej jednej osobie. Przy mężczyznach z wioski jest kobieca i pewna siebie. Przy Dicku uczy się swojej kobiecości na nowo. Zrzuca pancerz, który pozwala jej przetrwać i obronić się przed końskimi zalotami chociażby samego szeryfa (Łukasz Motkowicz). Znakomicie strzeże złota, włada bronią i przywołuje mężczyzn do porządku. Na oczach widzów przemienia się z początkowo bojącej się uczucia dziewczyny w kobietę, która wie, że w walce o miłość nie ma miejsca na przypadek. Jak nikt zna mechanizm męskiego umysłu, zatem zaprasza szeryfa do pokera. Kobieta nie waha się nawet przez chwilę, by oszukać w ostatecznej rozgrywce swojego przeciwnika. Wygrywa nie tylko życie ukochanego, ale przede wszystkim swoje. Triumfalnie wyśpiewując „On jest mój!”.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.