O co tyle krzyku? ["Dziady" w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie]

02.04.2022
 "Dziady" w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Długo zadawałam sobie pytanie – o co chodzi z tymi krakowskimi „Dziadami”? O co tyle krzyku? Żeby się przekonać, nie pozostało mi nic innego, jak po prostu się na nie wybrać. W ostatnim czasie wiele dyskutuje się na temat tego, w jakim stopniu sztuka powinna wypowiadać się na tematy polityczne.

Bardzo wymownym gestem solidarności z Ukrainą był specjalnie dodany początek do scenariusza. Spektakl rozpoczął się słowami Ustępu III części Dziadów „Do przyjaciół Moskali”, które przeczytał Vitalik Havryla, student AST w Krakowie, pochodzenia ukraińskiego. Tym razem słowa Mickiewicza, z którymi wielokrotnie spotykałam się czy to na lekcji języka polskiego, czy przy okazji innych inscenizacji „Dziadów”, nabrały zupełnie innego znaczenia – bardzo żywego. Słowa, które dotąd brzmiały jak echo z przeszłości, przyjęły realny kształt, na który nie można nie zareagować.

 

Spektakl został zespojony klamrą kompozycyjną obrzędu dziadów – tak jak miało to miejsce w 1901 r., gdy Stanisław Wyspiański po raz pierwszy podjął się wystawienia wszystkich części tego dzieła na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Maja Kleczewska wprowadza widza w chaos, który najlepiej opisują słowa „ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie”. To chaos współczesnego świata, który nie potrzebuje już przywoływania duchów, żeby zobaczyć marę i żywego trupa. Na scenie nie pojawiają się widma, które by dawały przestrogi. Zwykły lud, który gromadzi się na obrządku? To cały jarmark osobowości: kibole, narodowcy, aktywista na szpilkach z tęczową flagą, miss – influencerka w sukni z białym orłem, Żydzi, prostytutka, a także przedstawiciele Obrońców Maryi. W przywoływane duchy wcielają się poszczególne postacie. To samo społeczeństwo, które chce pomóc Józiowi i Rózi, chwilę później katuje Złego Pana i gwałci Pasterkę Zosię. Poszukując wyjścia z ciemności i ogłuszenia, sami sobie nawzajem sypią piaskiem w oczy i zagłuszają się krzykiem. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie… Tej scenie przyglądamy się jakby z oddali. W pierwszej chwili trudno było mi utożsamić się z tak jaskrawymi przykładami przedstawicieli społeczeństwa. Jednak mam wrażenie, że Mai Kleczewskiej zależało na tym, żebyśmy na początku myśleli, że nas to nie dotyczy. Z czasem jednak zorientowałam się, że jestem częścią tego spektaklu.

 

Od samego wejścia do sali rzucała się w oczy dodatkowa przestrzeń wygospodarowana w części widowni. Zdemontowane rzędy zostały zastąpione błyszczącą złotą folią, która aż krzyczy – człowieku, spójrz w lustro! Każdy mógł się w niej przejrzeć i w ten sposób być częścią spektaklu. Podział przestrzeni odgrywa tu ważną rolę: scena, kanał, część widowni. Początkowo przyglądamy się obrzędowi z daleka, gdyż odbywa się w głębi sceny. Jednak na bal u Nowosilcowa publiczność zostaje zaproszona. W tańcu wiruje śmierć, krzywda Rollisona i ból jego matki. Przypomina on bardziej tango z dramatu Mrożka niż taniec chocholi z „Wesela” Wyspiańskiego. Wszyscy w obłędzie tańczą klasycznego menueta, któremu przewodzi szaleniec. Maja Kleczewska w tej scenie ukazała jeszcze jedną istotną kwestię. Nie chodzi tu jedynie o doskonale wyuczoną obojętność. W trakcie balu czas jest przeznaczony na wydanie wyroku, skatowanie człowieka i powrót do biesiadowania. W tym świecie krzywda ludzka idzie w parze z zabawą. Czy groteskowa postać Nowosilcowa, doskonale wykreowanego przez Jana Peszka, bawi? Czasem się dziwię, że ludzie śmieją się w momentach, które mnie akurat najbardziej przerażają. I tak zebrani goście podążają za szaleńczym Nowosilcowem, który zakańcza swój popis tańcem solo w rytm zmodyfikowanej IX Symfonii Beethovena.

 "Dziady" w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Kanał, zapadnia to przestrzeń należąca do zła – to stąd wychodzą diabły, pięknie ubrane we fraki. Kanał to też miejsce symbolizujące więzienie, w którym tym razem spotykamy skatowane kobiety. To czytelne i jak najbardziej aktualne nawiązanie do Strajku Kobiet. Podczas Wielkiej Improwizacji Konrad staje nad krawędzią więzienia. Brak jakichkolwiek dodatkowych elementów scenograficznych pozwala dostrzec niezwykle przejmującą twarz Konrada. W postać głównego bohatera wcieliła się znakomita Dominika Bednarczyk, która pokazała, że Konrad dzisiejszych czasów to przedstawiciel każdego, kto czuje się samotny, niezrozumiany i nosi swoje kule – czyli trudności, które sprawiają, że człowiek odczuwa bezsilność. Zastanawiałam się, co wniesie zabieg ukazania Konrada pod postacią kobiety, jednak reżyserka pozbawiła tę postać atrybutów kobiecości (długie włosy, kobiece kształty), na skutek czego można było dostrzec, że Konrad to po prostu człowiek, który przygląda się bójkom, gwałtom, brakowi akceptacji i pragnie się przeciwko temu wszystkiemu zbuntować. Konrad nie jest wyniosły i pełen pogardy do zaistniałego chaosu. Ma on w sobie niezliczone ładunki gniewu i żalu, ale w tym wszystkim wyczuwalna jest jego bezradność. Ciekawym zabiegiem było wprowadzenie tańczącego ducha Konrada (Kaya Kołodziejczyk), którego ruchy można interpretować jako choreografię nadziei. Kule, za pomocą których porusza się Konrad, nie są symbolem przypominającym o jakiegoś rodzaju trudności, ale znakiem pomocy, oparcia i przedłużenia kończyn, dzięki którym może jeszcze coś zdziałać.

 

Z pewnością kontrowersyjna jest wizja reżyserki na temat postaci Księdza Piotra, który zostaje ukazany jako osoba o dwóch twarzach. Z jednej strony to wielki mistyk, a z drugiej potwór molestujący Ewę i katujący kobietę na ołtarzu. Ostatnio zauważyłam, że reżyserzy ulegają pewnego rodzaju modzie na doszukiwanie się w dramacie miejsca na ukazanie problemu wykorzystywania seksualnego w Kościele. Temat ważny i godny uwagi, ale gdy zaczyna bywać wszędzie, a szczególnie tam, gdzie założenie twórcy było zupełnie odmienne, pojawia się w mojej głowie znak zapytania – czy to nie jest nadinterpretacja.

 

Mocną stroną spektaklu jest muzyka, za którą odpowiada Cezary Duchnowski. Kompozytor w doskonały sposób komentuje akcję dramatu, a także obrazuje poszczególne cechy polskiego narodu. Niczego nowego nie powiem, jeśli wyrażę swój zachwyt nad zespołem aktorskim. Szczególnie mocnym momentem spektaklu były fragmenty wokalne, wykonywane przez część żeńską obsady. Ogromna siła głosu! Scenografia Katarzyny Borkowskiej z jednej strony zachwyca swoją monumentalnością – w tle pojawia się tryptyk z ołtarza Wita Stwosza z kościoła Mariackiego – a z drugiej prostotą wykorzystywanych środków: tak jak w przypadku sceny Wielkiej Improwizacji, operowano jedynie światłem. Ponadto każda przestrzeń – np. kościół, więzienie zostały dodatkowo zarysowane efektami akustycznymi. Często pojawiają się stoły, które nie są już symbolem tego, co łączy ludzi. To mebel służący obżarstwu i kłótniom, na którym można podpisać dokumenty niszczące czyjeś życie.

 

Spektakl powstał z okazji 120. rocznicy wystawienia pierwszych „Dziadów” na deskach tego teatru. Wyspiański, mimo ogromnej krytyki, otworzył nową oś historyczną inscenizacji „Dziadów”, której linię rysowały takie postacie, jak Schiller, Dejmek, Swinarski czy Zadara. Każde czasy mają swoje „Dziady”. Myślę, że ta oś czasu ma kolejnych rysowników. Zatem o co tyle krzyku? A może najgłośniej krzyczą właśnie ci, którzy chcą coś zagłuszyć…

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.