Paweł Przytocki: Podajmy rękę młodym ludziom

15.06.2021

O działaniu w nieprzewidywalnych warunkach, Mistrzowskich Warsztatach Dyrygenckich, współpracy pokoleń i potrzebie relacji uczeń-mistrz z dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej Pawłem Przytockim rozmawia Maria Krawczyk.

 

Maria Krawczyk: Zbliża się koniec kolejnego sezonu artystycznego, a więc przychodzi czas na podsumowania. Rok nie był łatwy, a mimo to Filharmonia Łódzka prężnie pracowała. Jaki był ten sezon?

 

Paweł Przytocki: Sezon nie był łatwy, nie mógł być łatwy z uwagi na to, co się działo. Dla mnie największym utrudnieniem była nieprzewidywalność wszystkiego – chociażby ta ostatnia decyzja, która dotyczyła odmrożenia w kulturze. Pod koniec kwietnia wszyscy spodziewaliśmy się, że od 10 maja będziemy mogli znów ruszyć z działalnością koncertową, a tu się okazało, że jednak do 29 maja byliśmy zamknięci. A potem nagle dostaliśmy pozwolenie na otwarcie się tydzień wcześniej. Wiadomo, że filharmonia to nie miejsce, w którym można zaplanować coś „na kolanie”. To są skomplikowane sprawy, które dotyczą: sprzedaży biletów, opracowania programu, repertuaru. To czynności, których nie można zrobić na zawołanie, żeby za wszelką cenę pokazać światu, że się otwieramy. Mówiąc wprost, brakowało ze strony osób decyzyjnych sygnału, który dawałby nam możliwość perspektywicznego myślenia. Nagłość decyzji nie sprzyja prowadzeniu instytucji kultury, a nawet zdecydowanie utrudnia. Na samym początku sezonu, czyli we wrześniu ubiegłego roku, przygotowaliśmy koncerty w systemie piątek-sobota, czyli dwa różne programy w tygodniu koncertowym. Chciałem, żeby połowa zespołu realizowała projekty piątkowe, a druga część żeby nie siedziała w domu, tylko grała dla melomanów, którzy bardzo chętnie przychodzili w sobotę. Udawało się nam realizować ten pomysł do momentu, gdy nastąpiło kolejne zamknięcie, które spowodowało, że nagle musieliśmy się jednoznacznie określić i przejść do sieci. Żeby jednak takie transmisje się udały, trzeba mieć odpowiednio wcześnie przygotowane: dobrą ekipę, dobry sprzęt, solidne kamery, realizatorów, którzy zapewnią jakość temu przedsięwzięciu. Pomimo wielu obiektywnych przeszkód starałem się o dobrą jakość transmisji w sieci, bo uważałem, że było to, w tamtym czasie, jedyne okienko na świat dla Filharmonii i od tego zależał wizerunek instytucji.

 

Tak, w przypadku Filharmonii Łódzkiej koncerty w sieci spotkały się z ogromną sympatią słuchaczy. Widać było, że publiczność chciała zaznaczyć swoją obecność, że są. W związku z tym pisali komentarze, przekazywali gratulacje, brawa. Ale jak to jest, kiedy właśnie stoi się na scenie, a na widowni nie ma nikogo i nie ma braw?

Powiem szczerze, że dla mnie to nie było aż taką przeszkodą. Czułem, że po drugiej stronie, za ekranami znajduje się mnóstwo życzliwych serc i mnóstwo życzliwych myśli. To było dla mnie ważniejsze. Nie potrzebuję wielkiego blasku świateł i „sztucznych ogni”, ale ważna jest dla mnie sama intencja. Pozytywne reakcje, dobre myśli wysyłane przez odbiorców są potwierdzeniem i wyrazem akceptacji tego, co robimy na estradzie. To oczywiście jest zupełnie inne granie. Na koncercie transmitowanym, bez publiczności, mamy zupełnie inną koncentrację muzyków i inny rodzaj napięcia. Muszę przyznać, że z tych transmisji zrodziło się bardzo wiele dobrego. Do tej pory dochodzą do mnie głosy od różnych osób, nawet z zagranicy, które to doceniły, zauważyły i mówią o wyjątkowości tego zjawiska w naszym wydaniu, mówią o marce Łódzkiej Filharmonii. Na poziomie programowym było to barwne i różnorodne. Z drugiej strony zapewniło aktywność całego zespołu. Dla mnie to był priorytet, żeby cały zespół był aktywny, żeby nie było kilkutygodniowych przestojów. Myślę, że udało się to w dużym stopniu zrealizować. Oczywiście nie zawsze mogliśmy wejść na scenę w większym składzie, który przekraczałby sześćdziesiąt osób na estradzie. Dlatego część grup, np. instrumenty dęte blaszane czy część instrumentów perkusyjnych, nie mogła intensywnie w tym uczestniczyć. A jednak mimo wszystko musieliśmy zmodyfikować zespół, tak, żeby bez uszczerbku od strony artystycznej wykonać utwory w znacznie okrojonym składzie. Pamiętam wykonanie III symfonii Beethovena zaledwie z ośmioma pierwszymi skrzypkami, a w normalnych warunkach gra dwunastu, czternastu skrzypków. Takie modyfikacje miały miejsce. Z perspektywy całego roku myślę, że przełożyło się to na jakość zespołu, gdyż kameralistyka bardzo dobrze wpływa na brzmienie zespołu, na artykulację oraz przejrzystość brzmienia. Jestem przekonany, że ten rok, z tego punktu widzenia nie był stracony. Pojawiło się wiele utworów, które w normalnych warunkach nie byłyby wykonane na estradzie, gdyż zazwyczaj gramy je w dużych składach. Muzyki kameralnej Bacha, Mozarta, Schuberta, Zemlinsky'ego czy symfonii Mahlera w kameralnej wersji i symfonii Haydna, których w ciągu sezonu nie ma zbyt wiele – w tym roku były w obfitości. To cieszy!

Paweł Przytocki: Rok Beethovena się nie kończy

O działalności filharmonii w czasie epidemii, przywileju koncertowania oraz o tym, dlaczego dzisiaj szczególnie potrzebujemy Beethovena, z dyrygentem i dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej Pawłem Przytockim rozmawia Maria Nowrot.
fot. Ireneusz Skąpski

W Filharmonii Łódzkiej zorganizowano Mistrzowskie Warsztaty Dyrygenckie. Skąd się wzięła ta inicjatywa?

Dla mnie największą radością była możliwość zorganizowania warsztatów dla młodych adeptów dyrygentury w drugiej połowie maja, kiedy to dostaliśmy nagły prezent w postaci szybszego otwarcia. Postanowiłem ten czas wykorzystać i udało się to w pełni. Zaprosiłem do współpracy George'a Tchitchinadze – dyrektora artystycznego Filharmonii Bałtyckiej. Wyłoniliśmy ósemkę dyrygentów z całej Polski, spośród dwudziestu sześciu podań, które napłynęły w ciągu tygodnia. Z tymi ludźmi pracowaliśmy bardzo intensywnie przez dwa tygodnie. To był chyba od 25 lat jedyny taki kurs w Polsce, trwający więcej niż tydzień, który dałby intensywny czas ćwiczeń wszystkim uczestnikom kursu. Początkowo, z pewną dozą nieśmiałości, zaproponowałem zespołowi uczestnictwo w tych działaniach, nie licząc na jakiś wielki aplauz. Jednak po tych dwóch tygodniach okazało się, że zespół potrzebował takiej współpracy z młodymi dyrygentami, a młodzi dyrygenci potrzebowali kontaktu z zawodową orkiestrą, który była dla nich przez cztery godziny w ciągu dnia niesłychanie pomocna i życzliwa. Na pewno wpłynęło to na rozwój artystyczny tych młodych ludzi. Uczestnikami kursu byli absolwenci oraz studenci polskich akademii muzycznych, którzy w moim przekonaniu mają obecnie bardzo trudną sytuację. Zajęcia z dyrygentury w sieci, sporadyczna możliwość pracy w klasach, brak kontaktu z orkiestrami – to powoduje, że ludzie się zniechęcają do tego zawodu. A te dwa tygodnie udowodniły, że mamy w Polsce wspaniałych, zdolnych, młodych dyrygentów, którzy czekają cierpliwie na swoją szansę. Myślę, że ten czas pomógł im w zrozumieniu istoty tego zawodu i pomógł uwierzyć, że będą oni w przyszłości potrzebni w życiu kulturalnym Polski.


Co powinien mieć w sobie początkujący dyrygent?

Początkujący dyrygent obowiązkowo musi posiadać: warsztat, wiedzę, pracowitość, talent – to musi mieć, bez tego nie ma mowy o pracy w tym zawodzie. Samo się nic nie zrobi! Trzeba ciężko pracować, bo sam talent nie wystarczy. Wydaje mi się, że obecnie, w XXI w., to, co jest potrzebne młodym dyrygentom, to determinacja. Czasy są trudne i będą coraz trudniejsze pod każdym względem, nie tylko pandemicznym, lecz także pod względem ogólnych relacji wśród społeczeństwa, a także takiego dramatycznego procesu wyjałowienia w życiu kulturalnym, który nieustannie trwa. A oprócz determinacji ci młodzi ludzie muszą mieć ten błysk szaleństwa w oku. Mam nadzieję, że oni to wszystko przez te dwa tygodnie zrozumieli. Mnie ten czas dał do myślenia. Na konferencji prasowej padły takie słowa, że ta inicjatywa może być początkiem czegoś nowego, czego brakuje na rynku w Polsce. Proszę zwrócić uwagę, w programie „Dyrygent – rezydent” nie uczestniczą polskie czołowe filharmonie. To jest bardzo silna potrzeba, żeby młodym ludziom dać możliwość pracy z dobrymi zespołami, które brzmią jak dobrze nastrojony steinway.


19 czerwca zabrzmi koncert „Voice of hope”. Tytuł odnosi się do płyty wiolonczelistki Camille Thomas, ale czy coś jeszcze się za nim kryje?

Z Camille poznaliśmy się w październiku zeszłego roku, kiedy to graliśmy w Gdańsku wspólny koncert. Wiedziałem o jej działalności w czasie pandemii. Camille Thomas prowadziła bardzo niekonwencjonalną działalność – gdy wszystko było zamknięte, ona grała w muzeach paryskich. Wtedy, w kwietniu, nagrała płytę dla Deutsche Grammophon, która nosi tytuł „Voice of hope”. Przesłanie zawarte jest już w samym tytule. To konkretna i wyrazista idea. Świat po pandemii musi istnieć, kultura po pandemii musi trwać i się rozwijać. Ta płyta, którą zaprezentowała, była właśnie głosem nadziei w bardzo trudnym momencie. Kluczowym utworem jest oczywiście koncert wiolonczelowy Fazila Saya, ale oprócz niego na płycie znajduje się mnóstwo pięknych miniatur, np. Ravela, Brucha, Dvořáka, a także transkrypcje najpiękniejszych arii operowych. To jest przepiękna i wzruszająca płyta. Po koncercie zapytałem, czy nie chciałaby zostać artystą rezydentem FŁ. To niezwykle silna osobowość i ocean wrażliwości, który w takich trudnych czasach jest bardzo potrzebny dla nas, artystów, i publiczności. Ktoś, kto emanuje wrażliwością, opowiada pewną historię pełną nadziei i optymizmu, a jednocześnie niesie ze sobą, w swojej grze i ekspresji pewną dozę ukojenia. Otwiera nasze wnętrza i serca. Stąd moje zaproszenie do artystycznej rezydencji. Może nietypowo – koniec sezonu jest otwarciem rezydencji, ale to pomyślane „z premedytacją”, po to, żeby melomani przez okres wakacji mieli ten „voice of hope” na następny sezon.


Czy to oznacza, że melomani będą mogli częściej podziwiać tę artystkę?

Zaplanowaliśmy z Camille Thomas pięć koncertów, począwszy od 19 czerwca. To bardzo ciekawy projekt, który moim zdaniem będzie miał ogromne znaczenie dla pozycji Filharmonii Łódzkiej w świecie muzyki.

Voice of Hope [koncert wiolonczelistki Camille Thomas w Filharmonii Łódzkiej]

Na zakończenie trudnego, pandemicznego sezonu artystycznego w Filharmonii Łódzkiej zabrzmi „Głos nadziei” – tak właśnie zatytułowała swoją płytę francusko-belgijska wiolonczelistka Camille Thomas. Wybrane utwory z tego albumu wykona 19 czerwca z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Łódzkiej pod batutą Pawła Przytockiego.

Rezydencje, warsztaty, kursy… Czy Filharmonia Łódzka stawia na to, by łączyć pokolenia muzyków doświadczonych i tych, którzy stoją na początku drogi swojej kariery?

Po warsztatach zrodziła się w mojej głowie myśl, aby kontynuować współpracę z młodymi dyrygentami, którzy pojawili się na warsztatach. Oczywiście nie ze wszystkimi, bo nie jesteśmy w stanie, ale myślę, że konsekwencją tych warsztatów będzie próba skonstruowania pewnego modelu współpracy, która dotyczyłaby zarówno asystowania podczas koncertów, jak i dyrygowania orkiestrą. To najwłaściwszy moment. Gdy przeglądam oferty, w których młody dyrygent podaje zestaw kursów, konkursów i nagród, wiem, że dopóki go nie zobaczę, nie uścisnę jego dłoni, to ja o nim nic nie wiem. Film nie oddaje pełni wnętrza dyrygenta, jest refleksją i ogólnym obrazem. W trakcie warsztatów mogłem zobaczyć, jak wygląda ich współpraca z orkiestrą. Po takich warsztatach należałoby pójść o krok dalej i otoczyć tych młodych dyrygentów opieką artystyczną. To jest mój cel. Czasy, które teraz mamy, gdy wszyscy bardzo szybko biegną po torach własnej kariery, nie służą temu, żeby komukolwiek podawać rękę, wręcz przeciwnie – łatwiej rzuca się kłody pod nogi, niż podaje ręce. Moim zamiarem jest podawanie ręki młodym ludziom, którzy do tej pory tych szans nie mieli, a jednocześnie myślę, że jest to okazja, by wrócić do tego, co było kiedyś modelem wzorcowym: relacji uczeń: mistrz. To dawało możliwość rozwoju artystycznego i było czymś, co służyło budowaniu pewnej ciągłości pokoleniowej. Każdy młody człowiek po studiach zostaje sam. Jeśli nie ma wzorca, oparcia, wsparcia – może zaginąć w tym gąszczu. Człowiek na początku swojej kariery musi mieć możliwość zapytania starszego, co by zrobił, jak by zadyrygował. Młodzi ludzie poruszają się tak jak statek bez busoli. Łapią się każdego kierunku, próbują swoich sił na wszystkich możliwych kursach, w większości dość drogich, ale bez realnego wsparcia pozostają osamotnieni.


Co będzie się działo w kolejnym sezonie artystycznym? Z nadzieją patrzymy w przyszłość?

Patrzymy w przyszłość z nadzieją. Przygotowałem cały program na kolejny sezon i ułożyłem go w taki sposób, żeby był bazą, która może ulec modyfikacjom. Każdy koncert, który jest zaplanowany na jesień, może być wykonany w formule z publicznością, ale także może być zmodyfikowany do tzw. formy covidowej. Patrząc na statystyki, trzeba brać pod uwagę liczbę osób realnie zaszczepionych i trzeba być gotowym na to, że jesienią obostrzenia mogą się powtórzyć. Powiem szczerze, że w chwili obecnej formuła grania w sieci, dla mnie, się już wyczerpała. Teraz, gdybym miał robić w czerwcu koncerty w sieci, to wolałbym zbudować estradę na wolnym powietrzu i zrobić melomanom piknik muzyczny, niż pakować się znów do sieci. Jeśli trzeba będzie do tego wrócić jesienią, trudno mi sobie to wyobrazić… Pod tym względem doszliśmy do sufitu i mamy tego dość! Nie tylko artyści, lecz także młodzież, która uczy się przez komputery. Mam nadzieję, że uda się nam występować, w obojętnie jakich składach. Ważne, żeby grać, grać, grać dla publiczności. To zawsze lepiej, gdy utrzymuje się bezpośredni kontakt z melomanami, niż trwać w sieci w nieskończoność. Tak jak wspominałem, sezon mam już ułożony. Dotyczy to występów naszej rezydentki Camille Thomas, ale także zaplanowany jest występ Julii Kociuban, Bomsori Kim, Zygmunta Krauzego w roli pianisty i kompozytora w III koncercie fortepianowym własnego autorstwa. Są zaplanowane koncerty oratoryjne przeniesione z poprzedniego sezonu – Missa Solemnis Beethovena, którą poprowadzi Jorg Peter Weigle, Oratorium Paulus Mendelsohna. Po śmierci Krzysztofa Pendereckiego zamierzaliśmy zagrać VIII symfonię „Pieśni przemijania”, we wrześniu 2020 r. Teraz przenoszę to dzieło na listopad 2021 r. Też nie wiadomo, czy je wykonamy… Będę próbował zachować tematycznie koncerty w takiej formie, jak zaplanowałem, ale modyfikacje w ramach danego tematu mogą być konieczne. Liczę na to, że komunikaty na konferencjach prasowych będą zawierały więcej wiadomości perspektywicznych niż tych nagłych i nieprzewidywalnych. Gdybym zamiast filharmonii prowadził teatr jednego aktora, sprawa byłaby łatwa. Jednak w przypadku filharmonii to nie jest takie łatwe, żeby z tygodnia na tydzień, ciągle w ostatniej chwili coś zmieniać, coś „odmrażać”, coś „odgrzewać”. Ale jak na razie jestem dobrej myśli!

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz