Kultura to nie koszt. Kultura to inwestycja...
W tym temacie nie wolno milczeć. Szczególnie teraz.
Rafał Kłoczko, dyrektor Teatru Wielkiego w Łodzi, dyrygent
Od pewnego czasu wraca temat wsparcia dla artystów i muszę przyznać, że bardzo trudno jest mi przejść obok tej dyskusji obojętnie. Nie dlatego, że uważam, że nie wolno pytać o publiczne pieniądze. Przeciwnie, trzeba pytać o zasady, kryteria, przejrzystość i odpowiedzialność. Sam od lat zarządzam instytucją kultury i wiem, że każda złotówka publiczna musi być traktowana poważnie. Ale czym innym jest rozmowa o systemie, a czym innym rzucanie w ludzi słowami, które odbierają im godność. Kiedy czytam, że artyści to „darmozjady”, że „niech ich rynek zweryfikuje”, że „skoro nie zarabiają, to widocznie nikt ich nie potrzebuje”, to mam poczucie, że przestajemy rozmawiać o kulturze, a zaczynamy mówić językiem zwykłej pogardy.
Piszę to z bardzo konkretnego miejsca. Mam dziś ogromne szczęście pracować na etacie, z jednej strony jako osoba kierująca instytucją, ale z drugiej przecież nadal jako czynny artysta. Znam ten świat od środka. Wiem, jak wygląda instytucja, ale wiem też, jak wygląda życie freelancera. Jeszcze sześć lat temu sam nim byłem. Miałem wiele zleceń i współprac, działałem szeroko: dyrygowanie, kompozycja, aranżacje, nauczanie... Można było powiedzieć, że zawodowo dużo się dzieje. A potem przyszła pandemia i z dnia na dzień wszystko się zatrzymało. Koncerty, próby, wyjazdy, projekty, plany – po prostu zniknęły. Oszczędności zaczęły topnieć w oczach, a każdą złotówkę liczyło się dwa razy. Nagle człowiek, który przez całe życie uczył się jednego zawodu, zaczynał się naprawdę zastanawiać, czy nie będzie musiał zrezygnować z marzeń i szukać pracy zupełnie gdzie indziej.
Dlatego tak trudno mi słuchać prostych rad, że artysta „zawsze może się przebranżowić”. Oczywiście, że może. Każdy może. Tylko warto najpierw uczciwie powiedzieć, o czym mówimy. O człowieku, który często od dziecka ćwiczył po kilka godzin dziennie, przeszedł przez szkoły muzyczne, egzaminy, konkursy, studia, kursy mistrzowskie, tysiące godzin samotnej pracy, stres, kontuzje, choroby zawodowe i niepewność. O kimś, kto zainwestował w swój zawód całe życie, zanim w ogóle dostał szansę (!), by stanąć na scenie. Publiczność widzi uśmiech, kwiaty, brawa. Oczywiście, że się tym „żywimy”! Ale za tym wszystkim jest bardzo ciężka, codzienna praca. Czasem piękna i dająca ogromną satysfakcję, ale jednak praca – fizyczna, psychiczna, emocjonalna i często bardzo samotna.
Tym bardziej że ogromna część artystów w Polsce nie ma stabilności, którą wiele osób uznaje za oczywistą. Z badań środowiska artystycznego wynika, że tylko niewielki odsetek twórców pracuje na etacie – ok. 8%. Reszta funkcjonuje głównie na umowach o dzieło, zleceniach, samozatrudnieniu, a część niestety także bez żadnych umów. To oznacza życie w nieustannym wahaniu: są miesiące tłuste i są miesiące skrajnie chude. Czasem honorarium za koncert wygląda dobrze, jeśli wyrwie się je z kontekstu, ale nikt nie liczy tygodni przygotowań, niepłatnych prób, kosztów instrumentu, nut, dojazdów, hoteli, utrzymywania życia trochę „na dwa domy” – tam, gdzie człowiek trzyma zimowe rzeczy i tam, gdzie akurat pracuje. Do tego dochodzi fakt, że freelancerzy są dla banków klientami podejrzanymi. Możesz mieć niezłe dochody, ale jeśli są nieregularne, rozproszone, oparte na wielu umowach, to nagle okazuje się, że w oczach systemu jesteś kimś niestabilnym i ryzykownym.
I właśnie dlatego nie rozumiem, dlaczego w tak wielu obszarach życia społecznego potrafimy uznać, że ludzie w trudnym momencie mogą potrzebować wsparcia, a kiedy mowa o kulturze, natychmiast pojawia się ton moralnego oburzenia. Artyści też pracują. Też płacą rachunki. Też chorują. Też mają rodziny, czynsze, kredyty, zobowiązania. Też bywają w sytuacjach, w których jedno odwołane wydarzenie, jedna kontuzja, jedna choroba albo jeden kryzys potrafi wywrócić wszystko. A przecież to właśnie oni wykonują pracę, z której korzystamy wszyscy – nawet jeśli nie zawsze umiemy to nazwać.
Bo kultura nie jest dodatkiem do życia. Nie jest luksusem na dobre czasy. Nie jest ozdobnikiem, który można sobie odciąć, kiedy trzeba „racjonalizować koszty”. Kultura mówi nam, kim jesteśmy. Daje nam język, pamięć, wspólne symbole, rytuały, wzruszenia i poczucie przynależności. Dzięki niej wiemy, skąd przychodzimy, co nas łączy, co warto ocalić i czego chcemy uczyć przyszłe pokolenia. To ona pomaga nam rozumieć przeszłość nie po to, żeby w niej utknąć, ale po to, żeby mądrzej budować przyszłość. Bez niej zostaje trochę rozrywki, trochę konsumpcji, trochę bodźców, ale coraz mniej sensu.
Nie każdy musi kochać operę, filharmonię, teatr, muzykę współczesną czy poezję. To oczywiste. Ale naprawdę warto rozumieć, że społeczeństwo bez sztuki staje się uboższe, bardziej samotne, bardziej wykorzenione i bardziej podatne na bylejakość. Jeśli chcemy mieć kraj, w którym ludzie czują, że mają wspólną historię, wspólną pamięć i coś, o co warto dbać, musimy dbać także o tych, którzy tę pamięć niosą dalej. Artysta nie prosi o litość. Prosi o elementarny szacunek dla pracy, która bardzo często nie mieści się w prostych tabelkach, etatach i miesięcznych paskach wynagrodzeń.
Można i trzeba rozmawiać o tym, jak powinien wyglądać system wsparcia. Można pytać, kto, na jakich zasadach i w jakiej sytuacji powinien z niego korzystać. Ale nie zaczynajmy tej rozmowy od pogardy. Bo za słowem „artysta” nie stoi abstrakcja ani stereotyp. Stoi człowiek, który przez lata pracował na to, by inni mogli doświadczyć piękna, wzruszenia, refleksji, wspólnoty albo choćby chwili oddechu od codzienności. I ja, mając dziś więcej stabilności niż wielu moich przyjaciół i znajomych, czuję tym większy obowiązek, żeby o tym mówić. Bo pamiętam, jak to jest, kiedy z dnia na dzień znika wszystko. I wiem, ile prawdziwej pracy kryje się za tym jednym momentem, w którym na scenie pojawia się uśmiech, światło i brawa.
Nie pogardzajmy własną kulturą. Bo jeśli zaczniemy głodzić ją w imię pozornych oszczędności, możemy któregoś dnia obudzić się w kraju, który ma może więcej porządku w Excelu, ale znacznie mniej duszy.
Od redakcji: Tekst został pierwotnie udostępniony przez Rafała Kłoczko na platformie Facebook. Publikujemy w całości i bez zmian, za zgodą autora. Tytuł, inspirowany tekstem, pochodzi od redakcji.