Czy państwo nadąża za rzeczywistością? [komentarz w sprawie projektu ustawy]
Potężna kampania przeciwko ustawie o zabezpieczeniu społecznym osób wykonujących zawody artystyczne przypomina mi spór, którego byłem świadkiem ponad dwadzieścia lat temu jako student i pracownik Festival d’Art Lyrique w Aix-en-Provence.
Robert Piaskowski, dyrektor Narodowego Centrum Kultury
Kiedy w 2003 roku we Francji wybuchł konflikt wokół systemu zabezpieczenia społecznego dla osób wykonujących zawody artystyczne, wielu obserwatorów uznało go za kolejny spór środowiskowy. Protestowali aktorzy, muzycy, technicy sceniczni i pracownicy produkcji. Odwoływano najważniejsze francuskie festiwale, a media pytały, czy artyści nie bronią przypadkiem własnych przywilejów.
Pracowałem wtedy przy produkcji „Wozzecka” w reżyserii Stéphane’a Braunschweiga pod dyrekcją muzyczną Daniela Hardinga oraz „Uprowadzenia z seraju” w reżyserii Jérôme’a Deschampsa i Machy Makeïeff pod batutą Marka Minkowskiego. Po miesiącach przygotowań, tuż przed premierą, dyrektor festiwalu Stéphane Lissner poinformował międzynarodową ekipę artystów, wykonawców i techników o odwołaniu całego wydarzenia. Pamiętam ten moment bardzo dobrze. Dla młodego człowieka był szokiem, ale również pierwszą lekcją społecznego solidaryzmu i nowego języka opisu pracy artystycznej.
Lissner nie był działaczem związkowym ani reprezentantem protestujących. Był jednym z najwybitniejszych menedżerów kultury w Europie, późniejszym dyrektorem La Scali i Opery Paryskiej. Mimo ogromnych strat finansowych zdecydował się poprzeć protest, argumentując, że system intermittents nie chroni interesów określonej grupy zawodowej, lecz warunki umożliwiające funkcjonowanie całego sektora widowiskowego. Bez techników, muzyków, śpiewaków, producentów i pracowników projektowych nie da się utrzymać wysokiego poziomu produkcji artystycznej. W tym sensie kultura była dla niego nie wyjątkiem od gospodarki, lecz częścią jej infrastruktury.
Podobnym językiem mówili wówczas Bernard Faivre d’Arcier z Avignonu czy Stanislas Nordey. Nie bronili przywilejów. Nie opowiadali o wyjątkowości artystów. Mówili o możliwości funkcjonowania całego systemu kultury. Twierdzili, że nie da się organizować festiwali i produkować spektakli, jeśli ludzie tworzący ten system kwestionują warunki własnego zawodowego przetrwania. To właśnie wtedy pojawiła się narracja, która ostatecznie wygrała francuską debatę. Nie chodziło o to, czy artyści są wyjątkowi. Chodziło o to, czy państwo potrafi dostrzec specyfikę pracy projektowej.
Wracam do tamtych dokumentów, ponieważ są niezwykle interesującą lekcją dla tego, co dzieje się dziś w Polsce wokół ustawy o zabezpieczeniu społecznym twórców. Szczególnie interesujące są stanowiska Coordination des Intermittents et Précaires, których autorzy twierdzili, że problem nie dotyczy wyłącznie artystów. Dotyczy wszystkich pracujących projektowo. Jest zapowiedzią szerszej prekaryzacji rynku pracy. Kultura jest jedynie pierwszym sektorem, w którym problem ten stał się widoczny. 23 lata temu takie diagnozy brzmiały niemal proroczo. Dziś są codziennością.
Przeglądając archiwalne wypowiedzi z tamtego czasu, można dostrzec trzy tezy, które ostatecznie zdobyły społeczne poparcie. Po pierwsze, praca artystyczna jest pracą. Nie jest hobby, luksusem ani przywilejem. Po drugie, nieregularność zatrudnienia nie oznacza braku aktywności zawodowej. Po trzecie, społeczeństwo korzysta z efektów tej pracy, a więc ma interes w stabilności systemu, który umożliwia jej wykonywanie.
Odwołanie francuskich festiwali nie było wyłącznie konfliktem pracowniczym. Stało się symbolem. Francuzi nagle zobaczyli, że bez techników, muzyków, aktorów, scenografów, producentów i organizatorów nie działa nie tylko kultura, ale również część gospodarki. Ucierpiały lokalne przedsiębiorstwa, hotelarstwo, gastronomia, turystyka i wizerunek kraju. Właśnie wtedy zmienił się język debaty. Przestano mówić o koszcie systemu, a zaczęto mówić o koszcie jego braku.
I być może jest to najważniejsza lekcja dla Polski. Nie powinniśmy dziś rozmawiać przede wszystkim o kulturze. Powinniśmy rozmawiać o rynku pracy. O tym, jak państwo ma reagować na rosnącą liczbę osób wykonujących pracę poza tradycyjnym modelem zatrudnienia. O tym, czy system zabezpieczenia społecznego zaprojektowany dla świata stabilnych etatów jest zdolny objąć ludzi pracujących projektowo, sezonowo, kontraktowo i nieregularnie.
Nie jest to zresztą kwestia intuicji. Od ponad dwóch dekad badania prof. Doroty Ilczuk pokazują konsekwentnie ten sam obraz: niestabilność dochodów, wieloźródłowość przychodów, okresowość zatrudnienia i podwyższone ryzyko wykluczenia z systemu zabezpieczeń społecznych. Nie jest to problem pojedynczych historii. To problem strukturalny. Potwierdzają go również dane GUS, pokazujące kulturę jako sektor tworzący wartość ekonomiczną, miejsca pracy oraz efekty mnożnikowe dla turystyki, gastronomii, edukacji, transportu i przemysłów kreatywnych.
Ekonomia społeczna podpowiada przy tym rzecz fundamentalną. Koszt zaniechania bywa wyższy niż koszt działania. Pozostawienie całych grup zawodowych poza adekwatnym systemem zabezpieczenia nie eliminuje problemu. Jedynie przesuwa go w czasie. Ryzyko ubóstwa, wykluczenia emerytalnego, problemów zdrowotnych czy konieczności korzystania z pomocy społecznej nie znika dlatego, że państwo postanowiło go nie dostrzegać. Ostatecznie i tak wraca do wspólnoty.
Dlatego największym błędem polskiej debaty jest przedstawianie proponowanych rozwiązań jako formy wsparcia dla określonej grupy zawodowej. Nie chodzi bowiem o wsparcie. System ubezpieczeń społecznych nie jest instrumentem nagradzania zasłużonych grup społecznych. Jest mechanizmem podziału ryzyka pomiędzy jednostką a wspólnotą. Pytanie nie brzmi więc: „czy artyści zasługują?”, lecz: „czy państwo dostrzega ryzyko społeczne wynikające z określonego sposobu wykonywania pracy?”.
Nie ma świętych krów. Nie ma grup zawodowych, którym coś należy się z samego faktu wykonywania określonego zawodu. Istnieje jednak coś takiego jak społeczna sprawiedliwość. Istnieje odpowiedzialność państwa za tworzenie reguł odpowiadających rzeczywistości. Istnieje obowiązek dostrzegania ludzi, którzy pracują, choć ich praca nie mieści się w formularzach zaprojektowanych pół wieku temu.
Właśnie dlatego z rosnącym zdziwieniem obserwuję, jak debata o rynku pracy zamienia się w Polsce w celebrycką wojnę zastępczą. Jedni przedstawiają twórców jako beneficjentów szczególnych przywilejów. Drudzy próbują dowodzić ich wyjątkowej misji społecznej. Obie narracje prowadzą donikąd. Nowoczesne państwo nie powinno budować polityki społecznej ani na zazdrości, ani na romantycznych wyobrażeniach o roli sztuki. Powinno opierać ją na danych, analizie rynku pracy i odpowiedzialności za przyszłość.
Francja odbyła tę rozmowę ponad dwadzieścia lat temu. Polska dopiero ją zaczyna. I byłoby dobrze, gdybyśmy tym razem rozmawiali nie o artystach, lecz o tym, czy państwo potrafi nadążyć za rzeczywistością społeczną i gospodarczą XXI wieku.
Od redakcji: Tekst został pierwotnie udostępniony przez Roberta Piaskowskiego na platformie Facebook. Publikujemy w całości i bez zmian, za zgodą autora. Tytuł, inspirowany tekstem, pochodzi od redakcji.