Dyrektor teatru. Czyli temat stary jak świat

03.07.2026

I nagle okazuje się, że Wolfganga Amadeusz Mozart wespół z Gottliebem Stephanie, wyprzedzili nasze czasy o dwa wieki, albo i lepiej. Ich „Dyrektor teatru”, jednoaktowa opera, która właśnie otrzymała osobliwe i niezwykle atrakcyjne odczytanie w Warszawskiej Operze Kameralnej (XXXV Festiwal Mozartowski) mogłaby stanowić kanwę niejednego filmu. 

 

U Francisa Forda Coppoli (a de facto Mario Puzo) aby zdobyć wymarzoną rolę w filmie, jeden z aspirujących bohaterów (Johnny Fontana) rękoma cyngli Dona Corleone otrzymuje angaż od Jacka Woltza. Argument był prosty i krwawy: głowa ukochanego konia producenta – Khartouma, ląduje pod pościelą filmowego decydenta. Ot, propozycja nie do odrzucenia. Akcja „filmu w filmie” dotyczy też „Producentów” Mela Brooksa, nie inaczej jest w „Całym tym zgiełku” („All That Jazz”) Boba Fosse’a. Istnieje wręcz kategoria hollywoodzka film within a film, opisująca perypetie branży. Szacuje się na około 60 pozycji a to tylko wiodące tytuły. Do tej formuły można od 18 czerwca zaliczyć wystawioną przez warszawskich kameralistów mozartowską operę „Dyrektor teatru”. Dlaczego?

 

 „Der Schauspieldirktor” liczy sobie 240 lat. Premiera odbyła się 7 lutego 1786 roku (Oranżeria przy pałacu Schönbrunn w Wiedniu, w ramach „Frühlingfest an einem Wintertage“). Ponoć treść inspirował sam Cesarz, bo chciał pokazać zakulisowe gierki jego podwładnych odpowiadających na dworze za odcinek kultura. I co tu kryć, powstała uniwersalna historia odporna na upływ czasu, bo ludzkie ambicje, słabości i przywary są niezmienne. 

 

 

 

 

 

Reżyser, Jakub Przebindowski osadza fabułę w latach 50. XX wieku we włoskiej jaskini kina - Cinecita, a naszym oczom (i uszom) przedstawiony zostaje katalog ludzkich przywar. Ot, jest producent, jest reżyser, są aspirujący do głównych ról aktorzy (oczywiście tu to śpiewacy). Frank i Rinaldi, znakomici Wojciech Wysocki i Rafał Zawierucha, wydają się budować fundament, opowiadać historię, na kanwie której Buff (Władysław Grzywa), Alberta Toro (Dorota Kamińska), Gina Ferrari (Alicja Węgorzewska), Loretta Felli (Martyna Kliszewska) komentują życie w środowisku filmowym. Całość dopełniają wciągające projekcje filmowe Michała Jaskulskiego (szczególne brawa), oprawione choreografią Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej – zmysłowymi wycieczkami do świata gestu i ekspresji ruchu. Katarzyna Gabrat-Szymańska swoją scenografią delikatnie dopełnia spektakl, stroniąc od zbędnego przepychu.

 

 

Muzycznie dostajemy mieszaninę mozartowskich fraz, przetworzonych i skrojonych na miarę mozartowską przez Tomasza Pokrzywińskiego i Bastarda Mozart Ensemble. To wartość samoistna. A do tego cytaty z filmowych fraz włoskiego kina (muzyka: Nino Rota!) stworzyły zestaw artystycznie i stylistycznie wybuchowy. I to zadziałało! Publiczność owacją dała temu wyraz.

 

 

I wreszcie strona śpiewacza. Skupiamy się na tej z premiery, czyli Teresie Marut i Adrianie Ferfeckiej. Fabułowe konkurentki okazują swoje wdzięki wokalnego kunsztu i tworzą komplementarne, wyraziste postaci. Marut to ulotność, zmysłowość, figlarność, a Ferfecka to iście demoniczny heroizm. Dulcinea Lucini contra Signora Argentina. Nawet gdyby jakimś trafem do tych dwóch postaci ograniczyć całą fabułę, to i tak pozostałby ocean emocji i uczuć. REWELACJA! Obie artystki wypadają wspaniale. O wiele trudniejszą rolę ma kreujący Rosignouola, Ernest Tymczyszyn. To on wg. fabuły staje się rozjemcą. A wiadomo, ten, który gasi swary, wypada gorzej od podszytych emocjami i awersją postaci. Mimo to, wyszedł z tej librettowej opresji obronną ręką (czy raczej głosem). 

 

 

 

 

 

Publiczności oczywiście nie uszedł uwadze fakt, że jedną z najzabawniejszych postaci kreuje faktyczna dyrektorka teatru, Alicja Węgorzewska-Whiskerd (Gina Ferrari) – dyrektorka Warszawskiej Opery Kameralnej. Trzeba przyznać, że właśnie poprzez łamanie konwencji i prezentacje Mozarta w nowym odczytaniu, skutecznie otwiera ona okno i przewietrza WOK pod względem ujęcia mozartowskiej spuścizny. Mówimy o rzeczach ważnych i artystycznie ważkich językiem współczesności z pełnym poszanowaniem tradycji. W szczególności w odniesieniu do najwspanialszych owoców epoki klasycyzmu. Można wręcz powiedzieć: Mozart wiecznie żywy. Reasumując, premiera godna jubileuszowego 35. Festiwalu Mozartowskiego. 

 

 

Od redakcji: Relacja z wydarzenia powstała w ramach współpracy z Warszawską Operą Kameralną, która wspiera edukację kulturalną Presto. Dziękujemy!

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

 

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.