Artur Koza: Chór musi być wszechstronny
Pretekstem do rozmowy jest nominowana do klasycznych Fryderyków płyta „Jidzie burzo”, na której Chór Filharmonii Łódzkiej (i nie tylko) mierzy się ze współczesnymi kompozycjami bazującymi na muzyce ludowej. Ale rozmawiamy także o marzeniach, patriotyzmie lokalnym, szczęśliwych przypadkach i potrzebie umuzykalniania społeczeństwa.
rozmawia Kinga Wojciechowska
Całe życie śpiewałem w chórach – powiedział Pan kiedyś na łamach Presto. Co to znaczy?
Artur Koza, chórmistrz Filharmonii Łódzkiej: Rzeczywiście, zacząłem śpiewać w chórze już w szkole muzyczne I stopnia. O ile się nie mylę, to była czwarta klasa. Przygodę ze śpiewem kontynuowałem w szkole muzycznej II stopnia, a następnie na studiach. Wtedy też rozpocząłem swoją przygodę z Polskim Narodowym Chórem Młodzieżowym. Przez wiele lat nieprzerwanie byłem związany z różnymi chórami. Śpiew zespołowy był jednym z filarów mojej muzycznej edukacji.
Dobre określenie – filar, bo Pana wykształcenie muzyczne jest szerokie. Co zadecydowało więc, że wybrał Pan drogę chórmistrza? Co Pana wciągnęło w ten zawód? Przecież marzył Pan o graniu w orkiestrze.
To był trochę szczęśliwy przypadek. O graniu w orkiestrze symfonicznej mogłem jedynie marzyć, ponieważ nigdy nie grałem na instrumencie orkiestrowym (ale na gitarze klasycznej – przyp. red.). Natomiast na studiach oprócz instrumentu kończyłem też dyrygenturę symfoniczną i wiedziałem, że to coś, co kocham. Byłem pewien, że spróbuję pójść w stronę dyrygentury symfonicznej. To przypadek chciał, że będąc śpiewakiem PNChM-u zostałem też asystentem tego projektu. Przez to, że nie grałem nigdy w orkiestrach, dużo mniej wiedziałem o materii orkiestrowej, za to śpiewając regularnie w chórach całkiem dobrze znałem materię chóralną, wokalną. Moje asystowanie przy Polskim Narodowym Chórze Młodzieżowym to był bardzo dobry i rozwojowy czas: uczestniczyłem w świetnych projektach, spotykałem wspaniałych chórmistrzów, dyrygentów. Później dostałem propozycję asystowania chórowi Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. A potem przyszedł czas na Łódź. Tak właśnie przebyłem drogę od śpiewaka do chórmistrza.
A czuje się Pan lokalnym patriotą?
(śmiech) Myślę, że tak. Pochodzę z Łodzi i mimo że studiowałem i przez dłuższy czas pracowałem we Wrocławiu, to jednak czuję się związany z tym miastem. Powrót do Łodzi był dla mnie bardzo miły i zaskakujący – w naszym mieście dużo się zmienia. Cieszę się, że mogę naszej łódzkiej publiczności przybliżać nowe brzmienia, nowe pomysły, nowe projekty. To jest dla mnie wspaniałe doświadczenie.
Co Pan ma na myśli?
Mam wrażenie, że w dalszym ciągu chór filharmoniczny jest bardzo silnie kojarzony z chórem oratoryjnym. I oczywiście nie jest to tylko kwestia Łodzi. Tak samo jest w innych miastach. Natomiast ja wychowywałem się w projektach chóralnych, gdzie chór był wszechstronnym zespołem, mógł równie dobrze współpracować z orkiestrą, ale wykonywał też projekty od zespołu instrumentalnego niezależne. I na tym bardzo mi zależy – żeby chór Filharmonii Łódzkiej, oprócz tego, że regularnie wykonuje koncerty oratoryjne, podejmował też inne wyzwania. Stąd koncerty a capella, koncerty kameralne z małym składem instrumentalnym, różnego rodzaju dodatkowe projekty w stylu „Pasja” Arvo Parta, którą wykonaliśmy bodajże dwa sezony temu. Oczywiście projekty oratoryjne to podstawa działalności takiego zespołu, natomiast żeby zespół mógł się rozwijać, podnosić swój poziom, brzmienie, warsztat, musi śpiewać jak najwięcej różnorodnych projektów. Na tym mi zależy i właśnie to chciałbym prezentować w Łodzi.
No i mamy efekt takiego podejścia: płytę „Jidzie burzo”, którą nagrał Pan już jako chórmistrz z chórem Filharmonii Łódzkiej, a która uzyskała nominację do Fryderyków w kategorii „𝗔𝗹𝗯𝘂𝗺 𝗿𝗼𝗸𝘂 – 𝗺𝘂𝘇𝘆𝗸𝗮 chóralna”. Są na niej utwory nowe, ale bazujące na ludowej muzyce ziemi łódzkiej. Jakie było źródło tego pomysłu?
Filharmonia Łódzka dostała propozycję zrobienia projektu niekonwencjonalnego. W sensie: nieklasycznego. Podstawę miał stanowić chór. Szukaliśmy różnych pomysłów. W pewnym momencie wpadłem na to, żeby wykorzystać muzykę ludową, którą bardzo lubię i którą wykonywałem w chórach. Stwierdziliśmy, że skoro mamy iść tą drogą, to dobrze by było, żeby powstało coś nowego. Zamówiliśmy więc nowe kompozycje.
Pozostało znaleźć temat przewodni. Pierwszą myślą była muzyka ludowa Ziemi Łódzkiej. To region bardzo różnorodny i duży, łączący wiele folkowych tradycji. Okazało się, że mamy bardzo dużo materiału źródłowego. Liczne książki i zbiory ze spisanymi melodiami. Mamy też nagrania płytowe. Muzykolodzy jeździli od wsi do wsi i nagrywali śpiewaczki ludowe w oryginalnych wykonaniach. Materiał ten okazał się bardzo inspirujący. Postanowiliśmy więc pójść tą drogą i zobaczyć, gdzie nas zaprowadzi.
A wybór kompozytorów? Zuzanna Falkowska, Marcin Wawruk i Jacek Sykulski to kompozytorzy wszechstronni i związani z chóralistyką jako twórcy lub wykonawcy.
Zwróciłem się do kompozytorów z trzech różnych muzycznych światów.
Każdy z nich operuje swoim własnym, wyjątkowym na swój sposób językiem muzycznym.
Utwory Jacka Sykulskiego wyróżnia duże wewnętrzne napięcie i bogata emocjonalność, Marcin Wawruk wspaniale łączy świat muzyki klasycznej i popularnej, a także potrafi oddać prawdziwie ludowy charakter. Zuza Falkowska potrafi przełożyć język muzyki ludowej na współczesny, bogaty harmonicznie, jazzujący styl. Utwory każdego z nich miałem przyjemność wykonywać w przeszłości.
Naszym celem było zamówienie utworów ambitnych muzycznie, ale jednocześnie przystępnych dla każdego słuchacza. Chcieliśmy połączyć dwa światy: wyrafinowanego, „klasycznego” materiału muzycznego i przystępnego, odrobinę rozrywkowego charakteru.
Projekt jest złożony także wykonawczo. Oprócz Chóru Filharmonii Łódzkiej występuje wasza solistka Paulina Glinka, śpiewają Kasia Pakosa i Michał Rudaś – dwoje wszechstronnych wokalistów czujących się dobrze zarówno w muzyce popularnej, jak i tradycyjnej. W warstwie muzycznej słyszymy Etnosomnię – żeński kwartet smyczkowy, który łączy w swojej twórczości ludowe melodie z wpływami jazzu i muzyki improwizowanej. No i pojawia się Karol Kot, wszechstronny perkusista specjalizujący się w wykonawstwie muzyki źródeł. Jak wyglądał proces realizacji płyty?
Jednym z początkowych założeń projektu było, by dotknął on świata muzyki rozrywkowej. A skoro miał też być związany z chórem, postanowiliśmy zaprosić śpiewaków wykonujących na co dzień muzykę rozrywkową. Zamawiając kompozycje wiedzieliśmy, że muszą one połączyć brzmienie klasycznego chóru z głosem nieklasycznym. Zaprosiliśmy do projektu Kasię Pakosę i Michała Rudasia, którzy, oprócz tego, że są fantastycznymi śpiewakami rozrywkowymi, to jeszcze bardzo dobrze czują się w muzyce folkowej. Kasia jako specjalistka od muzyki ludowej, która od lat zgłębia jej tajniki, wniosła autentyczne brzmienie do tej płyty.
Jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, to stopniowo się rozrastała i zmieniała. Ustalaliśmy z kompozytorami jakich instrumentów potrzebujemy, aby uzyskać folkowe brzmienie i jak możemy je wykorzystać.
Członkinie kwartetu smyczkowego Etnosomnia doskonale odnajdują się w stylistyce ludowej, jedna z nich jest głęboko zakorzeniona w tradycjach ludowych. Dzięki temu utwory napisane przez Marcina Wawruka mogły wiernie oddać brzmienie kapeli ludowej. Zdecydował się on na odtworzenie kapeli ludowej poprzez wykorzystanie w swoich kompozycjach bębna obręczowego, skrzypiec i basu (wiolonczela). Na te wszystkie pomysły patrzyłem z dużym entuzjazmem. Bardzo lubię tego typu wyzwania i eksperymenty.
Czyli trafił Pan na dobry grunt, bo Filharmonia Łódzka jest instytucją od lat otwartą na nowe, oryginalne projekty, realizowane zarówno pod dachem budynku na Narutowicza, jak i podczas corocznego festiwalu Kolory Polski, w miastach, miasteczkach regionu łódzkiego.
O tak, filharmonia jest bardzo otwarta na takie działania, ale to również wynik zmieniających się potrzeb słuchaczy. Oczywiście trzonem naszej działalności musi być muzyka klasyczna, poważna, akademicka. Profilem naszej działalności na pewno jest muzyka symfoniczna i oratoryjna. Chcemy też dostarczać naszej publiczności nowych doświadczeń, a nawet muzycznych eksperymentów i w Filharmonii Łódzkiej się na nie otwieramy.
Idee te mogą być w pierwszym momencie zaskakujące – także dla naszych artystów. Ostatecznie okazują się bardzo atrakcyjne – zarówno dla wykonawców jak i odbiorców. Dla zespołu to ważne i rozwijające doświadczenia. Jak wspominałem – aby zespół mógł się rozwijać i być coraz lepszy, powinien wykonywać różnorodny repertuar. Zdobywanie nowych doświadczeń przekłada się na wykonania muzyki klasycznej, ponieważ poszerza nasze horyzonty, buduje nową wizję muzyki.
Czy projekt usłyszymy na żywo? Jeśli tak, to kiedy, gdzie?
Przyznam szczerze, że jest to jedno z moich marzeń. Materiał z płyty prezentowaliśmy już wielokrotnie, zarówno przed, jak i po zarejestrowaniu albumu.
Z przykrością muszę stwierdzić, że na chwilę obecną nie mamy planów koncertowych, związanych z tym projektem. Mamy jednak ogromną nadzieję, że ten album będzie żył nie tylko w głośnikach naszych słuchaczy, ale zabrzmi jeszcze na żywo i z niecierpliwością czekam na ten moment.
No właśnie. Chór Filharmonii Łódzkiej to jedyny w polskich instytucjach kultury zespół profesjonalny a zatrudniony na pół etatu. Chciałby Pan to zmienić?
To bardzo złożony temat. Jesteśmy zespołem działającym na pół etatu i niesie to ze sobą duże konsekwencje, przede wszystkim związane z możliwościami czasowymi naszej pracy i ograniczeniem wykonywanych koncertów. Ich liczba jest dopasowana do połowy etatu. Wszelkiego rodzaju wyjazdy, czy dodatkowe projekty, które moglibyśmy wykonywać, często są niemożliwe przez formalne ograniczenia. Jednym z moich marzeń jest to, żeby Filharmonia Łódzka posiadała chór etatowy (na pełny etat – przyp. red.). Większość z naszych artystów wykonuje inne prace od rana a po południu spotykamy się w Filharmonii na próbach.
Powołanie takiego zespołu nie będzie rzeczą łatwą i z pewnością wymaga gruntownego przygotowania i zaplanowania. Mam nadzieję jednak, że przyjdzie taki moment, w którym będziemy mogli zacząć działać w formie etatowego zespołu. A wynikiem tego będą liczne i różnorodne projekty.
Ale śpiewacie. Więc kiedy usłyszymy chór w najbliższym czasie i jakie to będą wydarzenia?
Nasz najbliższy koncert odbędzie się następnego dnia po Gali Fryderyków klasycznych, czyli 25 kwietnia, w sobotę o godzinie 19:00. Jest to wydarzenie, na które bardzo czekam, ponieważ będzie to jedyny w tym roku artystycznym koncert a capella. Wykonamy utwory napisane do tekstów Williama Szekspira. Na scenie towarzyszyć będzie nam aktor Szymon Nygard, który będzie recytował teksty prezentowane potem przez nas w utworach. Kolejny koncert z naszym udziałem to przepiękna VIII symfonia Krzysztofa Pendereckiego „Pieśni przemijania” na finał sezonu. Jest to bardzo późna twórczość kompozytora, w której odchodził od skrajnej awangardy a wracał do bardziej konwencjonalnych, tradycyjnych rozwiązań. To dzieło monumentalne i myślę, że finał sezonu 2025/2026 będzie wartościowym punktem na mapie koncertowej.
Mówimy o koncertach, o słuchaniu muzyki chóralnej w ciszy własnego głosu. Ma Pan jednak za sobą doświadczenie współpracy z Agnieszką Franków-Żelazny, m.in. propagatorki śpiewu zawodowego i amatorskiego. Śpiewamy jako Polacy i Polki dużo? Czy za mało?
Bardzo dobre pytanie. Mam poczucie, że śpiewamy coraz więcej. W FŁ działa Chór dla Nieopornych prowadzony przez Mariusza Lewego. Tam chętnych nie brakuje, są to ludzie bardzo zaangażowani, z wielką pasją, którzy przychodzą, żeby wspólnie śpiewać i jest to cudowne. Cieszę się, że takich inicjatyw w Polsce jest coraz więcej, ale z pewnością to jest temat, o który warto dbać, aby przekazywać wartość muzyki i sztuki w naszym społeczeństwie. W dzisiejszych czasach łatwo od tej sztuki odejść na rzecz technologii a myślę, że żadna technologia nie jest w stanie dostarczyć nam takich emocji jak ta prawdziwa sztuka.