Sentymentalna podróż z rockiem

14.02.2019
Fot. Dagmara Szymańska

MICHAŁ BIGORAJ: Miniony rok był szczególny dla fanów muzyki rockowej w naszym kraju. Do Polski ze swoim koncertami przyjechali choćby (kolejność chronologiczna) Deep Purple, The Rolling Stones, Guns N’ Roses, Scorpions czy Roger Waters. Tak efektowny rok nie mógł doczekać się więc lepszego zwieńczenia niż koncert być może najpopularniejszego żyjącego artysty – eks-beatlesa, sir Paula McCartneya, który 3 grudnia dał spektakularny show w krakowskiej Tauron Arenie.

Dla niektórych czytelników „Presto” relacja z tego koncertu może być zaskoczeniem. Nie ma jednak powodów do zdziwienia. Nie tylko dlatego, że McCartney to fenomen wykraczający poza obszary muzyczne. The Beatles – jeden z bezsprzecznie największych zespołów w historii – mogą być bowiem śmiało uważani za jednych z prekursorów popularyzacji połączenia muzyki poważnej z rozrywkową. Wydany przez nich w 1967 r. album „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” udowodnił innym muzykom, że warto wyjść poza rock’n’rollowe schematy, nie bać się eksperymentów i niebanalnych muzycznych rozwiązań. Wyszukane orkiestracje, wykorzystanie instrumentów kojarzonych do tej pory głównie z muzyką klasyczną, brzmieniowe niuanse i specyficzne teksty sprawiły, iż rock wzniósł się na wyższy poziom artyzmu. Przez wielu album ten uważany jest też za jeden z najważniejszych w dziejach rocka psychodelicznego i innych odmian rocka – także progresywnego – albumów koncepcyjnych (czyli tworzących całość pod względem muzycznym lub tekstowym). Nie była to wprawdzie stricte płyta z kategorii rocka progresywnego, ale to czwórka z Liverpoolu uchodzi za jednych z prekursorów jego symfonicznej odmiany. Po wydaniu krążka niektóre grupy – z Procol Harum i The Moody Blues na czele – zaczęły na „poważnie” traktować muzykę rockową. Kolejnym przełomowym momentem dla mariażu muzyki poważnej z rockową był koncertowy album „Concerto for Group and Orchestra”, który zespół Deep Purple zarejestrował w 1969 r. w londyńskiej Royal Albert Hall wspólnie z Royal Philharmonic Orchestra pod batutą sir Malcolma Arnolda. To monumentalne dzieło na grupę rockową i orkiestrę symfoniczną autorstwa klawiszowca Purpli Jona Lorda uważa się za symboliczne wprowadzenie muzyki rockowej do filharmonii. To jednak temat na inny artykuł. Podobnie jak twórczość Paula McCartneya jako kompozytora… muzyki poważnej. Tak, tak! Paul w swoim imponującym artystycznym dorobku ma bowiem także choćby oratoria, chorały i kompozycje orkiestrowe.

Przede wszystkim ma jednak wiele udanych solowych płyt z muzyką rockową. Ostatnia z nich, wydana we wrześniu 2018 r. „The Egypt Station”, była pretekstem do wyruszania w trasę koncertową zatytułowaną Freshen Up, w ramach której muzyk (wraz z towarzyszącym mu zespołem) wystąpił w Krakowie. Artysta zagrał trzy utwory z najnowszego albumu: „Who Cares”, „Come On to Me” i „Fuh You”. Każdy z nich zapowiadał uroczą polszczyzno-angielszczyzną jako „another nowa piosenka”. Artysta po polsku mówił dość często. W dodatku całkiem poprawnie. Po drugim kawałku z opisanego wyżej zestawu (mającym wszelkie „papiery” na to, by dołączyć do kanonu największych solowych hitów McCartneya) Paul zdjął brązową kurtkę, co spotkało się z nadspodziewanie żywiołową reakcją ponad 20-tysięcznej publiczności zgromadzonej w Tauron Arenie. To potwierdziło tylko, że każdy gest tej muzycznej ikony był dokładnie obserwowany. Tak bardzo był to wyczekiwany koncert.


Fot. Dagmara Szymańska

McCartney zaprezentował swoje przeboje pochodzące z kariery solowej, z czasów występów z zespołem Wings (który współtworzył m.in. wraz z pierwszą, zmarłą w 1998 r., żoną Lindą), ale przede wszystkim te najbardziej oczekiwane, czyli pochodzące z czasów, gdy współtworzył najpopularniejszy zespół w historii, The Beatles. Było to magiczne spotkanie z muzyczną legendą i wspaniała podróż sentymentalna z jednymi z największych hitów ostatnich blisko 70 lat. Pierwszy wielki przebój supergrupy „Love Me Do”, którego w Krakowie oczywiście nie zabrakło, pochodzi z 1962 r. Podczas koncertu usłyszeliśmy też kawałek „In Spite of All the Danger” z repertuaru grupy The Quarrymen, którą w „przedbeatlesowskich” czasach McCartney tworzył wraz z innymi członkami przyszłej Fab Four: Johnem Lennonem i George’em Harrisonem. Takich pozytywnych zaskoczeń było znacznie więcej, np. przy okazji utworu „Letting Go” grupy Wings (podczas koncertu z jej repertuaru wykonano jeszcze m.in. energiczne „Band on the Run”). Na początku tej kompozycji usłyszeliśmy dźwięki instrumentów dętych, których jednak nie widzieliśmy na scenie! Okazało się, że grający na nich muzycy znajdowali się na… trybunach, pomiędzy publicznością i do McCartneya na scenie dołączyli już po odegraniu pierwszych dźwięków.

Skoro o ciekawostkach mowa, wypada wspomnieć o wyjątkowym fanie z Japonii, który według słów Paula, podąża za nim na każdy koncert na tej trasie i niezmiennie stoi pod sceną z napisem „saiko”. To słowo po polsku oznacza „psychol, wariat”, chyba że interpretujemy to jako „saikou”, co by należało przetłumaczyć jako „fantastyczny”. Paul McCartney odwołał się do tej drugiej wersji, humorystycznie witając swojego wielbiciela w Krakowie. W niezwykły sposób została także uhonorowana polska fanka, Ada z Suwałk, która zawsze marzyła o tym, by uściskać muzyka. McCartney zaprosił ją na scenę i dał jej taką możliwość. Swoją chwilę szczęścia miała też para ze Słowacji. Martin oświadczył się swojej wybrance Michelle na scenie, został przyjęty, a sir Paul udzielił im „błogosławieństwa” (w trakcie koncertu nie zapomniał też o swojej obecnej żonie Nancy, której zadedykował w języku polskim utwór „My Valnetine”). Nie tylko żyjący zostali przez McCartneya uhonorowani. Ten wybitny artysta nie mógł bowiem nie wspomnieć o swoich dwóch (przypominam, że Ringo Starr żyje i ma się dobrze) zmarłych kolegach z legendarnego zespołu. I tak Johnowi Lennonowi zadedykował utwór „Here Today”, który, jak wyjaśnił, napisał po jego śmierci w formie rozmowy, której nie zdążyli odbyć (w Krakowie usłyszeliśmy także stworzoną głównie przez Lennona kompozycję „Being for the Benefit of Mr. Kite”). George Harrison został oczywiście wspomniany przy okazji jego przepięknej kompozycji „Something”, którą McCartney zagrał częściowo na ukulele. Inna sprawa, że McCartney to prawdziwa jednoosobowa orkiestra! Podczas koncertu poza swoim instrumentem „wyjściowym”, którym jest gitara basowa, raczył on nas swoją grą także na gitarze akustycznej i elektrycznej, mandolinie, fortepianie i elektronicznych instrumentach klawiszowych! Wróćmy jednak na chwilę do innych zmarłych, o których wspomniano podczas koncertu. Zdjęcia pierwszej żony McCartneya Lindy pojawiały się na ekranie przy okazji utworu „Maybe I’m Amazed”, a wspomniany wcześniej „Love Me Do” był dedykowany słynnemu producentowi Beatlesów Georgowi Martinowi, który zmarł w 2016 r. I to właśnie utwory Beatlesów spotykały się z największym entuzjazmem widowni. W trakcie koncertu usłyszeliśmy m.in.: żywiołowy „A Hard Day’s Night”, który rozpoczął cały show; ilustrowany montażem zdjęć i ujęć filmowych The Beatles rozbujany „Can’t Buy My Love”; rock’n’rollowy „From Me to You”; energetyczny „Back in the U.S.S.R.” (w trakcie którego fani podnieśli w górę kartki z napisem „Back in Poland Station”); poprzedzony kontekstem powstania (jakim była walka o prawa człowieka w USA w latach 60.) „Blackbird”; radosny "Ob-La-Di, Ob-La-Da"; monumentalną, zagraną z symfonicznym zacięciem „Eleonor Rigby” czy jedną z ballad wszech czasów, którą bez wątpienia jest cudowne „Let It Be” (co ciekawe zabrakło najczęściej coverowanego utworu w historii, czyli „Yesterday”). Był to ostatni singiel Beatlesów przed oficjalnym rozpadem zespołu, z ostatniego z wydanych (choć nie ostatniego, nad którym rozpoczęli pracę) studyjnych albumów („Let It Be” z 1970 r.). Formalnie oczywiście autorstwa duetu Lennon/McCartney, choć napisana tak naprawdę przez tego drugiego. Gdy on zagrał i zaśpiewał tę balladę w Krakowie, to płakałem jak dziecko. Z pewnością nie tylko ja. Fani w Polsce pokazali, że muzyka tworzona przez jednego z Beatlesów ciągle jest nieśmiertelna. Tauron Arena była wypełniona po brzegi i choć dominowali fani w, powiedzmy, dojrzałym wieku, to serce rosło, gdy się widziało także liczną młodzież, zwłaszcza pod sceną.


Fot. Dagmara Szymańska

Wkład McCartneya w historię muzyki jest oczywisty i niepodważalny. O fenomenie Paula może świadczyć fakt, iż jest on wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako muzyk i kompozytor, który otrzymał najwięcej złotych płyt i sprzedał najwięcej albumów w historii. A ta legenda, mimo 76 lat na karku, ciągle imponuje formą, nie tylko artystyczną, ale także fizyczną! McCartney w Krakowie tryskał energią. Bez zadyszki i z werwą śpiewał, grał na różnych wspomnianych instrumentach, mówił dużo i często (po polsku i angielsku), żartował, w przeróżny sposób nawiązywał interakcję z publicznością, która jadła mu z ręki. Co jednak najważniejsze, cały czas był na scenie! Owszem, towarzyszyli mu świetni muzycy – gitarzyści Rusty Anderson i Brian Ray, perkusista Abraham „Abe” Laboriel Junior (cała trójka miała miejsce na swoje solowe popisy oraz wspomagała McCartneya wokalnie) oraz klawiszowiec (ale także czasem gitarzysta) Paul Wickens – ale to on skupiał na sobie główną uwagę. Także w momentach zespołowej improwizacji, która miała miejsca np. przy okazji „Let Me Roll It”, po którym muzycy pokazali efektowny jam oparty na „Foxy Lady” Jimiego Hendrixa.

Całości artystyczno-sentymentalnej otoczki na najwyższym poziomie dopełniała stonowana, acz efektowna oprawa scenograficzna. Telebimy (także te ustawione z boku sceny) świetnie uzupełniały muzykę, prezentując zdjęcia, filmy i przeróżne wizualizacje. Najbardziej efektownie było podczas, zagranej przez wszystkich muzyków z niezwykłą werwą, bondowskiego (utwór wykorzystany w zatytułowanym tak samo filmie „Żyj i pozwól umrzeć” z 1973 r. – pierwszym „Jamesie Bondzie” z Rogerem Moore’em) „Live or Let Die”. Za każdym bowiem razem, gdy padało ostatnie słowo tytułu, towarzyszyły temu efektowne wybuchy ognia ze specjalnych miejsc na przodzie sceny. To był przedostatni utwór zasadniczej części koncertu. Po nim usłyszeliśmy zaś wyczekiwane Beatlesowskie „Hey Jude”, w którym Paul skutecznie zachęcił do odrębnego śpiewu panie i panów. Bisy (przed którymi na scenie pojawiły się wzniesione przez muzyków flagi polska, brytyjska oraz tęczowa, co jednoznacznie można odebrać jako poparcie dla otwartości i tolerancji) zaś to przede wszystkim spodziewana klasyka w postaci tytułowego, psychodelicznego utworu ze wspomnianego na początku „Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band (Reprise)”, pierwowzoru kawałka heavymetalowego w postaci „Helter Skelter”, a przede wszystkim kończący cały występ tryptyk z płyty „Abbey Road” w postaci: „Golden Slumbers”’, cudownej „Carry That Weight” i jakże wymownej kompozycji „The End”.

Miejmy jednak nadzieję, że koniec kariery Paula McCartneya jeszcze daleko przed nami. Cieszmy się, że żyjemy w czasach, w których możemy się delektować jego geniuszem. Oby trwały one jak najdłużej.

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78