W Polsce, pod Wiszącą Skałą [spektakl Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym]

02.06.2021

Zaczęło się świetnie. Mistyczny pierwszy akt, śmiało nawiązujący do aborygeńskich rytuałów i wierzeń, zarazem subtelnie odnoszący się do kinowego hitu z lat 70., ale i nieodżegnujący się od książkowego oryginału. A potem drugi akt – chaotyczny, oderwany od pierwszego, z nieznośnym moralitetem na koniec, pozostawiającym widza z uczuciem mocnego przesytu.

Mimo to warto się na „Piknik pod Wiszącą Skałą” do Teatru Narodowego wybrać, choćby po to, aby skonfrontować ze sobą różne interpretacje tej samej historii, o której jej autorka, wywodząca się z prominentnej dynastii artystycznej Joan Lindsay, pisała w 1967 r.: „Moi czytelnicy muszą sami zdecydować, czy »Piknik pod Wiszącą Skałą«to fikcja, czy dzieło oparte na faktach. W związku z tym, że feralny piknik miał miejsce w roku 1900, a wszystkie postaci dawno umarły, nie wydaje się to wcale ważne”.

To, co szczególnie zwraca uwagę, to fantastyczna, pomysłowa i oryginalna choreografia (Marta Ziółek) oraz udana scenografia i kostiumy (Katarzyna Borkowska, jednocześnie odpowiedzialna za światła). Wszystko to stwarza niezapomniany nastrój, co przecież musiało stanowić dla współczesnego teatru spore wyzwanie, skoro już blisko pięćdziesiąt lat temu Peter Weir osiągnął w tym zakresie mistrzostwo, posługując się językiem filmu. I tak bohaterki sztuki, dziewczęta z pensji pani Appleyard (w tej roli świetna Ewa Wiśniewska), oczarowują kontrastami – z jednej strony łabędzią gracją ruchu (nasuwającą skojarzenia z filmową wersją „Pikniku…”), a z drugiej erotyzmem i witalnością, które ledwie skrywają pod śnieżnobiałymi sukienkami i które pragną zamanifestować i uwolnić z ram sztywnych konwenansów.

Przede wszystkim autorce adaptacji scenicznej i dramaturgii Małgorzacie Annie Maciejewskiej oraz młodej reżyserce, absolwentce krakowskiej PWST Lenie Frankiewicz, udało się nawiązać w swoim spektaklu do współczesnej sytuacji kobiet w Polsce, uwikłanej w polityczno-religijne struktury – nie jest to może w tych czasach szczególnie odkrywcze porównanie, niemniej frapujące, jeśli mamy z tyłu głowy świadomość, że akcja „Pikniku…” dzieje się w 1900 r., a my żyjemy w roku 2021. Skłania to jednak do daleko głębszej niż zwykle analizy całej historii. Oto panny uwięzione w narzuconych im rolach społecznych uwalniają swoją podświadomość dzięki zanurzeniu się w świat snu (Epoka Snu zgodna z aborygeńskimi wierzeniami) i konfrontacji z tym, co dzikie i pierwotne – z tym, co próbują stłumić w rdzennych mieszkańcach Australii butni i miałcy kolonizatorzy. Trzeba bowiem pamiętać, że asymilacja Aborygenów w tamtych czasach przebiegała wyjątkowo brutalnie i właściwie dopiero w latach 70. nastąpiło pojednanie (notabene także dzięki uczestniczącej w Igrzyskach Olimpijskich w Sydney w 2000 r. australijskiej lekkoatletce pochodzenia aborygeńskiego Cathy Freeman). Symboliczna w tym kontekście jest warstwa muzyczna autorstwa Cezarego Duchnowskiego, świetne efekty elektroniczne, wyraźnie budujące napięcie, oraz etniczny śpiew jednej z bohaterek, Sary (znakomita głosowo Ifi Ude, wymieniająca się w tej roli z Bonnie Sucharską).

I właściwie pierwszy akt, bardzo płynny dzięki rozplanowaniu akcji (wraz z jej retrospekcjami, wydarzeniami dziejącymi się równolegle, wizjami) w dwóch różnych miejscach, okazał się tak dobry, że aż szkoda, że… przyszedł po nim drugi. Bo, jak już wspomniałam na początku tej recenzji, drugi akt wyraźnie nie utrzymał poziomu dramaturgicznego i realizacyjnego części pierwszej przedstawienia; nagle narracja wytraciła tempo, pewne wątki rozwiązały się za szybko lub nie rozwiązały wcale, nawiązania do współczesności stały się już mniej wysmakowane, wręcz łopatologiczne i oczywiste, odzierając całą opowieść z (wcześniej starannie nabudowanego) mistycyzmu… i to wszystko można by nawet twórcom wybaczyć, gdyby nie fatalna puenta, czyli ostatnia, zbiorowa scena, w której zostały wypowiedziane chyba wszystkie slogany, jakie tylko powstały w ciągu ostatnich dekad na rzecz ratowania naszej planety. Są niewątpliwie słuszne, ale nikt nie lubi, gdy wbija się mu je łopatą do głowy, i to w parę minut.

Na szczęście po wyjściu z teatru ma się w pamięci przede wszystkim te sceny, które uwiodły widzów aurą tajemnicy – i tu zaplątała się nawet jedna scena z drugiego aktu, gdy to perfekcyjnie odgrywająca rolę Mademoiselle Małgorzata Kożuchowska śpiewnie zawodziła w głębi sceny po śmierci Sary, dziewczynki o korzeniach aborygeńskich, której obecność na pensji rzekomo rzutowała na jej prestiż.

(MB, BLB)

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz