Miłość w przestrzeni abstrakcji: „Romeo i Julia” Gounoda w La Monnaie

12.10.2026

Historia Romea i Julii należy do tych opowieści, których zakończenie znamy, zanim jeszcze podniesie się kurtyna. Nie chodzi więc o to, czym zakończy się spotkanie dwojga młodych ludzi, lecz o to, czy teatr potrafi sprawić, że raz jeszcze uwierzymy w gwałtowność ich uczucia i nieuchronność katastrofy.

 

W nowej inscenizacji opery Charles’a Gounoda w brukselskim La Monnaie reżyserka Julia Burbach opowiada tę historię jasno, konsekwentnie i bez nadmiernego komplikowania jej dodatkowymi koncepcjami. Powstaje przedstawienie estetycznie dopracowane i narracyjnie czytelne, lecz nie zawsze wystarczająco poruszające.

 

Opera Charles’a Gounoda, wystawiona po raz pierwszy w paryskim Théâtre Lyrique w 1867 roku, koncentruje się przede wszystkim na miłości tytułowych bohaterów. Kolejne etapy ich relacji wyznaczają cztery rozbudowane duety, wokół których kompozytor buduje emocjonalną architekturę dzieła. W przeciwieństwie do dramatu Williama Shakespeare’a, z jego bogatym światem społecznym i politycznym, opera stopniowo odsuwa konflikt rodów na dalszy plan, zwężając perspektywę do intymnego spotkania dwojga ludzi. Taki sposób odczytania utworu wyraźnie interesuje również Julię Burbach.

 

 

 

 

Przedstawienie rozgrywa się poza konkretną epoką i rozpoznawalnym miejscem. To nie historyczna Werona, lecz abstrakcyjna przestrzeń, przypominająca momentami instalację w galerii sztuki współczesnej. Scenografia Cécile Trémolières, złożona z metalowych struktur, krat, kolumn i fragmentów architektury, nie tworzy realistycznego otoczenia. Wyznacza raczej granice świata, w którym znaleźli się bohaterowie. Elementy te mogą kojarzyć się z klatkami, a zarazem z konstrukcjami, które tylko częściowo dzielą i zamykają przestrzeń.

 

Na początku Julia znajduje się w jednej z takich klatek. Obraz ten można odczytać jako znak ograniczeń narzuconych jej przez rodzinę i środowisko. Jest młodą kobietą już umieszczoną w określonej roli, podporządkowaną cudzym oczekiwaniom i przygotowywaną do małżeństwa, o którym sama nie zdecydowała. Wraz z pojawieniem się Romea przestrzeń stopniowo się otwiera. Jakby rodzące się między bohaterami uczucie pozwalało im przekraczać istniejące wcześniej granice i tworzyć własny świat, choćby tylko na krótką chwilę.

 

 

 

 

To jeden z najbardziej interesujących pomysłów inscenizacji. Miłość nie zostaje przedstawiona jedynie jako relacja pomiędzy dwojgiem ludzi, lecz niemal jako siła zmieniająca otaczającą ich przestrzeń. Im bardziej Romeo i Julia oddalają się od rzeczywistości rodzinnego konfliktu, tym mniej konkretny staje się świat wokół nich. Znikają stabilne punkty odniesienia, a scena nabiera cech poetyckiego, zawieszonego poza czasem krajobrazu. W późniejszych aktach początkowe czerwienie i ciemne barwy ustępują bielom oraz szarościom.

 

Dzięki kostiumom mieszającym elementy różnych okresów Julia Burbach unika przypisania historii do jednej epoki. Pojawiają się nawiązania do renesansu, teatru elżbietańskiego, baśni i balu maskowego, ale żadne z nich nie dominuje. Intencja jest czytelna: tragedia Romea i Julii nie należy wyłącznie do dawnej Werony. Może wydarzyć się w dowolnym czasie i miejscu, wszędzie tam, gdzie społeczne podziały, rodzinne zobowiązania i odziedziczona nienawiść okazują się silniejsze od jednostkowych pragnień.

 

Reżyserka prowadzi linearną narrację sprawnie, dbając o jej przejrzystość. Nie próbuje za wszelką cenę dekonstruować dobrze znanej historii ani przekształcać jej w rozbudowany traktat o współczesności. W pierwszej części pojawiają się również elementy komiczne, które nadają relacjom między postaciami lekkość i przypominają, że tragedia wyrasta tu z początkowo żywego, młodzieńczego świata. Dzięki temu spektakl nie staje się od początku ponurym oczekiwaniem na katastrofę.

 

 

 

 

Jednocześnie właśnie abstrakcyjność inscenizacji okazuje się jej ograniczeniem. Sceniczne symbole pozostają subtelne i czytelne, ale nie zawsze przekładają się na emocjonalne napięcie. Konstrukcja spektaklu pozwala zrozumieć zamysł reżyserki, nie sprawia jednak, że dramat bohaterów odczuwamy z pełną intensywnością. Między obserwowaniem przemian scenicznej przestrzeni a przeżywaniem historii dwojga młodych ludzi pozostaje pewien dystans. To przedstawienie, które częściej skłania do analizowania obrazów niż pozwala bez reszty poddać się emocjom.

 

Najsilniejszy punkt wieczoru stanowiła Jeanine De Bique w roli Julii. Był to prawdziwy wokalny tour de force, ukazujący nie tylko techniczną swobodę artystki, lecz także skalę przemiany bohaterki. Jej Julia nie pozostawała niewinną dziewczyną z pierwszego aktu. Z czasem nabierała zdecydowania i dramatycznego ciężaru, jakby uczucie do Romea pozwalało jej odkryć własny głos i przeciwstawić się światu, który wcześniej wyznaczył dla niej miejsce. Sopran Jeanine De Bique imponował bogactwem barw, ciepłem brzmienia i swobodą w górnym rejestrze. W słynnym walcu „Je veux vivre” artystka zachowała lekkość i blask, nie redukując jednak arii do efektownego popisu koloraturowego. Później jej śpiew nabierał coraz większej intensywności. Szczególnie przekonujące były momenty, w których liryzm Gounoda styka się z poczuciem zbliżającej się katastrofy.

 

Partnerujący jej jako Romeo Ismael Jordi zaprezentował śpiew kompetentny, stylowy i technicznie pewny. Jego tenor dobrze odpowiada elegancji francuskiego repertuaru, a frazowanie pozostawało staranne. W interpretacji brakowało jednak nieco charyzmy i spontaniczności, które pozwoliłyby w pełni uwierzyć w młodzieńczą gwałtowność bohatera. W rezultacie sceniczna relacja tytułowej pary pozostawała poprawna i chwilami przekonująca, ale nie zawsze osiągała temperaturę, jakiej wymaga historia miłości prowadzącej oboje bohaterów do całkowitego odrzucenia świata.

 

 

 

 

Pozostałe role tworzyły wyrównane i wyraziste tło dla dramatu głównych bohaterów. Szczególnie dobrze zaprezentowała się Florence Losseau jako Stefano, nadając „Chanson de la tourterelle” lekkość, precyzję i przewrotną energię. Rehanna Thelwell stworzyła ciepłą, troskliwą Gertrudę, której obszerny mezzosopran wnosił na scenę potrzebne poczucie bliskości. Michael Arivony jako Merkucjo imponował ruchliwością, muzyczną swobodą i ironicznym zacięciem, szczególnie w balladzie o królowej Mab, natomiast Travon D. Walker wyposażył Tybalta w bezpośredniość i sceniczną energię. Autorytetem wyróżniali się również Werner Van Mechelen jako hrabia Capulet oraz Maxim Kuzmin-Karavaev w roli ojca Laurentego. Wspólnie soliści drugiego planu budowali przekonujący obraz społeczności, której sztywne reguły i odziedziczone konflikty coraz mocniej zaciskają się wokół tytułowej pary.

 

Bardzo dobre wrażenie pozostawiła natomiast Valentina Peleggi prowadząca orkiestrę La Monnaie. Jej interpretacja była precyzyjna i wyraźnie przemyślana, a zarazem niepozbawiona emocjonalnego pulsu. Dyrygentka nie ulegała pokusie nadmiernego eksponowania romantycznego patosu. Pozwalała muzyce oddychać, starannie budowała dramaturgiczne przejścia i zachowywała równowagę między sceną a orkiestrą.

 

Pod jej batutą partytura Gounoda brzmiała elegancko, przejrzyście i bez przerysowania. Liryczne fragmenty rozwijały się naturalnie, zaś sceny zbiorowe otrzymywały odpowiednią energię, lecz brzmienie nigdy nie stawało się celem samym w sobie i pozostawało podporządkowane dramaturgii dzieła. Szczególnie wartościowe było poczucie proporcji. Valentina Peleggi potrafiła wydobyć z muzyki zarówno delikatność miłosnych duetów, jak i mroczniejsze napięcie kryjące się pod powierzchnią melodii. W rozmowie poprzedzającej premierę podkreślała, że piękno melodii Gounoda musi zostać podporządkowane większemu rytmowi dramaturgicznemu. W brukselskim wykonaniu ta koncepcja znajdowała wyraźne odzwierciedlenie.

 

 

 

 

„Romeo i Julia” w La Monnaie jest przedstawieniem wizualnie dopracowanym i konsekwentnym. Julia Burbach potrafi opowiedzieć historię bez dramaturgicznych niejasności, wprowadzając do niej delikatny humor oraz subtelną symbolikę przestrzeni. Najciekawszy pozostaje obraz miłości, która początkowo otwiera świat bohaterów i pozwala im wyjść z narzuconych ról, by ostatecznie pozostawić ich bez ochrony wobec przemocy otoczenia. Nie jest to jednak inscenizacja, która z pełną siłą angażuje emocjonalnie. Jej abstrakcyjność, choć uzasadniona i estetycznie atrakcyjna, osłabia bezpośredniość tragedii. Podziwiamy konstrukcję scenicznych obrazów, lecz rzadziej naprawdę cierpimy razem z bohaterami. Wieczór należał więc przede wszystkim do Jeanine De Bique, tworzącej imponującą wokalnie i coraz bardziej dramatyczną Julię, oraz do Valentiny Peleggi, która w partyturze Gounoda odnalazła emocje bez egzaltacji, precyzję bez chłodu i romantyczny rozmach bez nadmiaru. To właśnie muzyka ostatecznie wypełniła przestrzeń uczuciem, którego nie zawsze wystarczało na scenie.

 

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

 

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.