Kameralnie, lecz z rozmachem [Festiwal Muzyka na Szczytach]

fot. Tomasz Budzyński / Stowarzyszenie im. M. Karłowicza

Na tym festiwalu mogło nas nie być. Nie tylko dlatego, że liczne obowiązki ekipy redaktorów Presto nie pozwalają nam na bycie wszędzie, gdzie byśmy chcieli. I również nie dlatego, że Zakopane daleko, a słynna zakopianka zniechęca korkami. Tak naprawdę, jeszcze wiosną nie było wiadomo, czy kolejna, jedenasta edycja festiwalu będzie miała miejsce. Miasto przez wiele miesięcy żyło smutnymi wieściami, że ubiegłoroczny festiwal, jubileuszowy, był ostatnim. Z tym większą radością i ulgą wszyscy jego miłośnicy dowiedzieli się, że i w tym roku stolica Tatr na jeden wrześniowy tydzień stanie się też stolicą muzyki.

Jak co roku program festiwalu był ułożony tak, by pokazać jak najszersze ujęcie hasła „muzyka kameralna”. Pełna nazwa festiwalu zawiera bowiem w sobie to określenie. Na pierwszy rzut oka dziwić może więc obecność orkiestry barokowej, czy wręcz dużego składu orkiestry symfonicznej. A jednak, moim zdaniem, nie ma tu błędu. W wypadku zakopiańskiego festiwalu kameralny charakter tej muzyki przejawia się nie tylko w liczbie osób na scenie. Ważna jest interakcja z widzami, kameralna, bliska relacja z publicznością, przywodząca na myśl domowe muzykowanie. Publiczność w sporej części pojawia się w tym samym składzie. Są osoby, które po prostu spotka się tu na pewno. W ich gronie znajdują się zarówno stali mieszkańcy miasta, tworzący jego dzisiejszą elitę kulturalną, ludzie związani ze sztuką, literaturą, jak też dziennikarze muzyczni, muzykolodzy, którzy zawsze we wrześniu odwiedzają Zakopane.

Co jest podstawą tej bliskiej relacji? Po pierwsze zupełnie wyjątkowy „Klub Rozmów na Szczytach”. W każdy dzień koncertowy, w południe, artyści występujący wieczorem spotykają się z publicznością w jednej z pięknych zakopiańskich willi, by w rodzinnej wręcz atmosferze, wśród żartów, dowcipów i anegdot opowiedzieć o swojej pracy nad utworami, które zaprezentują, często także o relacjach łączących ich ze sobą czy z kompozytorem. Ja miałam szczęście trafić na dwa ostatnie dni festiwalu i na spotkania z naprawdę wspaniałą grupą wykonawców prowadzone przez – niedoścignionego w roli gospodarza – redaktora Adama Rozlacha, którego takt, uważność i poczucie humoru są klasą samą w sobie. Przy czym muszę zaznaczyć, że ogromnie szkoda mi każdego koncertu i spotkania, na których nie było mi dane się pojawić, z inauguracyjnym występem Apollon Musagète Quartett na czele.

Ostatnie dwa koncerty festiwalu, na które finalnie dotarłam (nie licząc epilogu kilka dni później), były zupełnie odmienne w swoim charakterze. Na repertuar pierwszego złożyły się arie i pieśni barokowe opatrzone zgrabnym hasłem „Opera minima”. Minima ze względu na niebywały skład instrumentalny, towarzyszący dwójce wokalistów, czyli harfę, wiolonczelę oraz wymiennie lutnię z teorbą. Małgorzata Zalewska i Błażej Goliński przyćmili niestety nieco akustycznie niezwykle muzykalną Klaudynę Żołnierek, która nie mając nagłośnienia, nie mogła się przebić z lutnią przez współczesne instrumenty, a także głosy śpiewaków. A te były nie byle jakie i należały do dwojga młodych i wybitnych solistów – mezzosopranistki Wandy Franek oraz Michała Sławeckiego, kontratenora. Obydwoje skradli show tego wieczoru kolegom, dzięki niezwykłej swobodzie, z jaką nie tylko wykonywali niełatwy repertuar, ale też prowadzili konferansjerkę w oczekiwaniu na nastrojenie instrumentu przez lutnistkę, a czynność tę musiała powtarzać wielokrotnie. Jeśli do czegoś można by się przyczepić, to, poza brakiem balansu wolumenu dźwięku, do strojów wykonawców. Nawet jeśli w tym roku koncerty nie odbywały się w kościele, jak to miało zawsze miejsce, ale w sali konferencyjnej hotelu Belvedere, to jednak skromne golfy i podkoszulki trochę raziły. Podobnie jak momenty „zagubienia w akcji” wiolonczelisty, który niemniej dysponuje pięknym dźwiękiem, ze współczesnego instrumentu potrafi wydobyć barokową barwę i zagrał piękne solówki. Śpiewacy żadnych wpadek nie mieli i pozostawili po sobie znakomite wrażenie, co zresztą miało miejsce już wcześniej, po porannych rozmowach, kiedy opowiadali o swoich pierwszych wspólnych występach i wspólnej pani profesor Jadwidze Rappé.


fot. Tomasz Budzyński / Stowarzyszenie im. M. Karłowicza

Ostatniego koncertu wszyscy wyczekiwali w napięciu, ponieważ zaplanowano zakopiańską premierę II Koncertu wiolonczelowego Pawła Mykietyna, skądinąd dyrektora artystycznego festiwalu. Nie jest to forma powszechnie wybierana przez współczesnych kompozytorów, co nie dziwi, gdyż jest to wyzwanie. Napisać partię solową tak, by była wykonalna, a jednocześnie by inspirowała, zachęcała do włączenia utworu do stałego repertuaru, czyli była ambitna… Do tego musi być piękna, pokazywać charakter instrumentu. I połączona z partią orkiestry, która złączy się w jedność z solistą, będzie na równi budowała napięcie w ciągłym dialogu, nie zostanie sprowadzona do roli „akompaniamentu”. Tego oczekują wiolonczeliści. Wiedział o tym Paweł Mykietyn, zapraszając do współpracy jednego z najlepszych polskich wiolonczelistów, czyli Marcina Zdunika. To on konsultował partię wiolonczeli, był pierwszym recenzentem pomysłów kompozytora i inspiratorem kolejnych. W rezultacie powstało dzieło, które ma szansę pozostać na estradach, poruszyło bowiem nie tylko znawców, mogących docenić kompozytorskie zamysły, ale też osoby, które nie codziennie słuchają muzyki klasycznej, a co dopiero współczesnej. Koncert ma wszystko, o czym napisałam wyżej. Niebanalne pomysły, napięcie, wirtuozowski rozmach, harmonię miejscami nieco przywodzącą na myśl muzykę Philipa Glassa do filmu „Koyaanisqyatsi”. Wymaga jednak idealnej techniki i kondycji, bo koncert jest pod tym względem bardzo wymagający – pauz mało, a nut dużo. Również dyrygenta czeka tu wyzwanie, bo stosowana przez Mykietyna autorska technika przyspieszenia liniowego, czyli nieustanna zabawa „szybciej-wolniej”, wymaga niemalże wspólnego bicia serca wszystkich muzyków na estradzie. Orkiestra Akademii Beethovenowskiej pod wodzą swojego pierwszego gościnnego dyrygenta, a tuż przed koncertem został nim oficjalnie ogłoszony Jean-Luc Tingaud, poradziła sobie z tym wyzwaniem. Nieco mniej sprawdziła się w drugiej części wieczoru, grając trzy części poematu muzycznego „Moja ojczyzna” Smetany – frazy brzmiały niekiedy dość kwadratowo i choć wszystko było czysto, równo i właściwie bez zarzutu, to „Wełtawa” w tym wykonaniu zdecydowanie była uregulowaną rzeką. Dyrygent po koncercie przyznał, że i jemu brakowało pewnej giętkości w modelowaniu frazy, życzmy więc sobie i jemu, by częstsza współpraca pozwoliła mu w całości przekazać znakomitej orkiestrze jego artystyczną wizję.

A festiwalowi życzmy, by trwał jak najdłużej. By nie tylko przyszłoroczna edycja, na którą zaprosiła obecnych jego szefowa, czyli Danuta Sztencel, ale i wiele kolejnych już bez żadnych wątpliwości się odbywało. Niech wierni sponsorzy wspierają, nowi sami się zgłaszają. Niech starczy sił i determinacji, tak pani Danucie, jak i jej wszystkim współpracownikom ze Stowarzyszenia im. Mieczysława Karłowicza, by realizować ten niezwykły prezent, jaki co roku przekazują Zakopanemu. Władze miasta formalnie są partnerem festiwalu, niestety nie potrafią same wymyślić i zorganizować imprezy równie wysokiej rangi, na światowym poziomie, prezentującej repertuar dawny, nowy, znany i nieznany, wykonawców uznanych na obu półkulach i debiutantów. Choć może tak ma być i discopolowy Sylwester z Dwójką ma być flagową miejską imprezą masową. A festiwal Muzyka na Szczytach – kameralną, dla koneserów. Taki jego urok, pasujący do wczesnej jesieni – nieco mniej przeludnionych uliczek, pierwszych podmuchów halnego i słonecznych poranków. Można się zastanawiać, jaką miałby publiczność, gdyby Zakopane doczekało się swojej sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia, podobne festiwale organizowane w Europie przyciągają gości z całego świata. Może kiedyś jeszcze to nastąpi, gdy ci, którzy odpowiadają za promocję stolicy Tatr, dostrzegą jej potencjał także w warstwie kultury wysokiej. Tymczasem szczerze polecam festiwal za rok – czy muzyka zabrzmi w kościele czy w hotelu, na pewno będzie warto przyjechać. Ja już czekam.

Anna Markiewicz

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów