Czy Mulan była Jedi?

fot. materiały prasowe

Najnowsza filmowa wersja kultowej „Mulan” budzi sporo kontrowersji. Z uwagi na pandemię COVID-19 premiera filmu została przełożona o kilka miesięcy. Fani cierpliwie czekali, tymczasem zaczęły się nawoływania do bojkotu seansów...

Pojawiły się głosy jakoby obsadzona w głównej roli Liu Yifei miała reżimowe koneksje, ponadto aktorka została skrytykowana za wpis popierający brutalność policji w stosunku do prodemokratycznych demonstrantów w Hongkongu. Do tego sinolodzy zaczęli spekulować, czy osadzenie akcji filmu w Xinjiang nie miało na celu odczarowania wizerunku regionu otoczonego złą sławą z powodu znajdujących się tam chińskich obozów koncentracyjnych... Jednak nawet jeśli spróbujemy oddzielić kwestie polityczne od artystycznych (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dyskusje są potrzebne, ale pod warunkiem, że są poparte głęboką analizą danego tematu) nie zmieni to faktu, że nowa „Mulan” raczej nie spełnia związanych z nią oczekiwań.

Mulan - dubbing

Disney w ostatnich latach co jakiś czas wypuszcza na rynek aktorskie wersje swoich najsłynniejszych animacji. Na ekranie zobaczyliśmy „Piękną i bestię” (2017), „Aladyna” (2019), „Króla lwa” (2019), nadszedł czas na „Mulan”. Przypomnijmy, że Hua Mulan to legendarna chińska bohaterka, która po raz pierwszy pojawia się w balladzie spisanej za czasów północnej dynastii Wei (386–535 n.e.). Poemat opowiada o dziewczynie, która zaciągnęła się do armii, aby ratować przed werbunkiem starego, schorowanego ojca. W animacji studia Walta Disneya z 1998 roku,  główna bohaterka w jednej z piosenek śpiewa o pragnieniu bycia sobą i zrozumieniu, jakie jest jej właściwe powołanie. W tej wersji historii na ekranie widzimy dowcipną, bystrą, a przy tym pomysłową i dość nowoczesną, jak na swoje czasy, młodą dziewczynę pragnącą przynieść chlubę rodzinie. Jednak roztrzepana i nieco ekscentryczna Mulan nie mieści się w kryteriach ówczesnego społeczeństwa, a ponadto w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zostaje wyrzucona z domu swatki, tracąc szansę na dobre zamążpójście. Ponad wszystko kocha swojego ojca i jest gotowa do wszelkich poświęceń, aby go chronić. W głębi serca pragnie też (do czego nie od razu sama przed sobą się przyznaje) udowodnić sobie i innym, że jest kimś wartościowym – właśnie taka, jaka jest. Jednak droga Mulan do społecznej akceptacji – a ostatecznie i sławy – nie jest łatwa. Przede wszystkim w ogóle nie o brawurę i zasługi wojenne tu chodzi, Mulan jest tu raczej ziarnkiem ryżu mogącym przechylić szalę zwycięstwa. Przede wszystkim najpierw chce w męskim przebraniu przetrwać wojnę i nie dać się zdemaskować w wojsku, do którego dołączyła, bo w konsekwencji zostałaby stracona i przyniosła hańbę całej rodzinie. Paradoksalnie więc wcale nie ujawnia, kim jest naprawdę. Musi także ukrywać swoje uczucia do szkolącego ją dowódcy i jednocześnie pilnować, aby nie okazać się wyraźnie słabsza od innych żołnierzy, bo mogłoby to wzbudzić podejrzenia lub doprowadzić do ośmieszenia własnego rodu. W świecie Mulan oddanie cesarstwu i pamięć o przodkach mają niebagatelne znaczenie, są to wartości, które przekazał córce ojciec, nim ta po kryjomu opuściła dom rodzinny. Mistyfikacja przez długi czas jej się udaje – wraz z towarzyszami broni zdobywa szereg nowych umiejętności, a choć nigdy nie będzie górować nad innymi siłą fizyczną, to świetnie opanowuje technikę walki, a powoli zaczyna także ujawniać swój nietuzinkowy zmysł taktyczny, kreatywność i spryt. I dopiero rany odniesione w boju i konieczność lekarskiej interwencji doprowadzają do odkrycia prawdziwej tożsamości Mulan. Mimo wcześniejszych zasług odtąd na nowo będzie musiała zdobyć zaufanie żołnierzy, ale już jako kobieta. Jest to zarazem moment próby dla otaczającej ją męskiej społeczności i całego społeczeństwa – czy będą potrafili otworzyć się na to, co autentyczne i co przynosi ze sobą potrzebne zmiany? Czy wysłuchają Mulan, gdy będzie chciała wraz z nimi ratować cesarza, na którego został zaplanowany zamach?

Tyle o animowanej Mulan. Bo ta, którą zobaczymy w najnowszej, fabularnej wersji z 2020 roku, jest już kimś zupełnie innym. Tutaj śledzimy losy z pozoru banalnej dziewczyny obdarzonej jednak rzadko spotykanym darem – umiejętnością korzystania z energii życiowej „chi”, która stanowi jeden z fundamentów filozofii chińskiej, w taki sposób, by w zasadzie bez żadnego przygotowania stać się wojowniczką nie mającą sobie równych. Oczywiście, pojawiają się tu istotne kwestie odkrywania w sobie wewnętrznej mocy i rozumienia, że moc jest dostępna osobom, których początkowo być może byśmy o to nie podejrzewali, na uwagę zasługuje też fakt odwołania się do filozofii chińskiej w zakresie szerszym, niż czyni to okraszona poetyckimi cytatami animacja. Dodatkowo dzięki wprowadzeniu antagonistki – wiedźmy, zostaje nam zasugerowane, w jaki sposób w dawnych czasach wybitnie uzdolniona kobieta mogła zejść na złą drogę i stać się czarownicami – w filmie jest to jedna z możliwości, która może otworzyć się też przed Mulan, jeśli nie będzie miała sposobności do pożytecznego wykorzystania swojego ogromnego potencjału, a jedynie będzie go tłumić, usiłując dopasować się do tradycyjnie dla niej przewidzianej roli społecznej. Lecz tak czy inaczej nowa „Mulan” to raczej opowieść o dbaniu o cudowne dzieci i nadprzyrodzone moce, niż o tym, że każdy z nas może stać się bohaterem dzięki sumiennej pracy, odwadze i oddaniu sprawie czy inteligencji. Kinowa Mulan zachowuje się jak Jedi i skojarzenie to wcale nie jest nie na miejscu – ostatecznie twórcy „Gwiezdnych Wojen”, a także innych futurystycznych filmów, jak np. kultowy „Matrix”, bardzo inspirowali się myślą Wschodu. Ale od Mulan oczekiwaliśmy czegoś więcej, a już na pewno nie wzorowania się na komercyjnym kinie akcji.

Mulan - dubbing

Mogłoby się wydawać, że nowe założenia historii pozwolą na znalezienie także nowej, imponującej wizualnie konwencji w stylu kina wuxia. Niestety, ponieważ laureat Oscara Ang Lee („Przyczajony tygrys, ukryty smok”, 2000) odmówił wyreżyserowania „Mulan”, trudno w tym filmie znaleźć cień estetyki „Hero” (2002) czy „Domu latających sztyletów” (2004) w reżyserii Zhanga Yimou. Nie ma tu elektryzującej oprawy muzycznej i olśniewających kolorystyką i kompozycją kadrów, w których mogłyby się rozgrywać, oparte na spektakularnej i niemal tanecznej choreografii sekwencje sztuk walki. Film jest niespójny stylistycznie, nie oddaje klimatu ówczesnych Chin, epatuje ekwilibrystyką, ale bez gracji i czarowności wspomnianego kina wuxia. Pojawiają się wprawdzie piękne plenery, lecz właściwie stanowią migawki w tle historii o nikim. Może Liu Yifei możemy na ekranie podziwiać, ale trudno się z nią utożsamić.

To zadziwiające, bo zdawałoby się, że historia Mulan sama w sobie jest tak dobra i kompletna, iż trudno ją zepsuć. Tymczasem reżyserce Niki Caro się to udało. Film, który oglądamy, nie jest ani do końca realistyczny, ani w pełni magiczny. W dużo krótszej animacji, w moim odczuciu, o wiele ciekawiej zostały zarysowane relacje i motywacje bohaterów, zarówno pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych, ponadto na kilku poziomach podniesiono frapujące kwestie społeczne i osobowościowe. Tymczasem w szybko prowadzonej fabule wątki są przedstawione komiksowo, a postaci papierowe, jak np. siostra Mulan, którą wprowadzono chyba wyłącznie w celu uzasadnienia kilku scen, bo niestety emocjonalny potencjał historii jej i głównej bohaterki został zmarnowany. Miłość, przyjaźń – to wszystko jest ledwie zarysowane. Sporo się mówi o prawdzie, lecz tak naprawdę nie rozumiemy, co takiego i co w bohaterach się przemienia, że owa prawda staje się dla nich kluczowa. Niby Mulan jest skora do poświęceń, ale gdy przyjdzie co do czego, jest też gotowa wszystkim zaryzykować, aby odnaleźć samą siebie i poczucie wewnętrznej mocy. Ostatecznie ujawnia przed oddziałem swoją tożsamość, aby pozostać w zgodzie ze sobą i móc korzystać z pełni swojego potencjału – to bardzo ważne, ale gdzieś na plan dalszy schodzą kwestie rodzinne, a to przecież one pierwotnie stanowiły zasadniczą motywację Mulan do wyruszenia na wojnę. Wprawdzie w paru miejscach padają suche deklaracje, jakoby Mulan była oddana rodzinie i że jest to wartość równie ważna, jak cnoty pielęgnowane w wojsku (odwaga, lojalność, prawda), ale już jej czyny nie do końca o tym świadczą. Jeśli bohaterka miała na naszych oczach dojrzeć do manifestowania siebie, to jej wewnętrzny konflikt z tym związany i bodźce płynące z zewnątrz nie wypadły w pełni przekonująco. Pierwotnie ukrywała swoją tożsamość dla dobra rodziny, płacąc za to wysoką cenę, tu odsłania ją, aby mieć nieskrępowany dostęp do swojej mocy („chi” jest większe, gdy żyjesz w prawdzie) i jest gotowa za to zginąć. Szczerze mówiąc, wolałabym, aby zdecydowała się na taki desperacki krok po prostu z pragnienia wolności i wewnętrznej uczciwości, może nawet taki był zamysł twórców, ale przez nieustanne odbijanie piętą itp. fruwających strzał przez  Liu Yifei, zupełnie zapominamy, o co tej dziewczynie właściwie kiedyś chodziło, poza tym że lubi się bić.

Mulan - dubbing

Brak tu dobrej reżyserii i scenariusza, słuchamy drętwych dialogów, oglądamy eklektyczny zlepek scen z różnych filmów, które chyba miały zdobyć serca szerokiej publiczności, a w rezultacie nikogo naprawdę nie poruszą, jakby niekoniecznie odpowiedziano sobie na czysto biznesowe pytanie, jaki jest „target” tego projektu i dla kogo on właściwie powstaje. Pewne koncepcje pozostają też niemal całkowicie niezrozumiałe, jak sposób przedstawienia ducha przodków, „feniksa”, który niczym latawiec utkany z tasiemek łowickich pojawia się w paru scenach jako pompatyczny symbol odrodzenia (jednak zupełnie niewiarygodny w obliczu wiedźmy, która przemienia się w ptaki, a nie w latawce). Zapewne feniks miał tu stanowić mile widzianą i osadzoną w kontekście chińskiej mitologii „szczyptę poezji”, ale w efekcie trąci tandetą i nie pełni żadnej dramaturgicznie istotnej roli (albo w sposób tak zawoalowany, że chyba już łatwiej rozszyfrować koncepcje Christophera Nolana w jego skomplikowanych i fascynujących filmach niż dramaturgię feniksa w płytkiej znaczeniowo „Mulan” nowozelandzkiej reżyserki). Żeby jednak pozostać obiektywnym, należy przyznać, że w „Mulan” jest parę motywów, które zasługują na docenienie – jak pomysł, aby dowódca chciał Mulan swatać po wojnie ze swoim synem (ukochanego Szanga, znanego fanom z animacji, w wersji aktorskiej zastąpił przemiły biseksualny nastolatek początkowo rywalizujący z Mulan podczas szkolenia). Ale to chyba za mało, aby ten film zapamiętać. Zdecydowanie lepiej wrócić do klasycznej animacji i cieszyć się z jej drobnych smaczków, które świadczą o tym, że mamy do czynienia z wielkim kinem – jak scena, gdy Mulan robi symboliczny grób zabitym w wiosce cywilom, kładąc przy mieczu znalezioną laleczkę, scena, kiedy zamieramy, obserwując atak zalewającej dolinę hordy Hunów czy scena powrotu Mulan do domu, gdy to pada w ramiona ojca, siedzącego pod ich ukochanym drzewem (w wersji aktorskiej zastąpiona tanią pokazówką na oczach wioski freaków, w której przyszło dorastać naszej biednej akrobatce, nawiasem mówiąc i bez powodu każdy by z niej uciekł). Zadziwiające, że w wersji animowanej tak wiele mówią same obrazy – w wersji fabularnej wszystko musi zostać wypowiedziane, a cała reszta to próba uczynienia z Mulan superbohaterki na miarę Avengersów. Obawiam się, że nowa Mulan walczy, bo nic innego nie umie robić.

Maja Baczyńska

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów