Być jak Forrest [filmy, które wywarły na mnie największy wpływ]

Zapytałam samą siebie o film, który wywarł na mnie największy wpływ. Sądziłam, że tych tytułów będzie całe mnóstwo, że nie da się wybrać choćby dziesięciu, a co dopiero mówić o jednym. A jednak znalazłam ten jeden jedyny. Taki, który jest ze mną cały czas i który wciąż ma na mnie wielki wpływ.

Nie, nie jest to „Władca pierścieni”, choć ekranizacja prozy J.R.R. Tolkiena mnie rzeczywiście odmieniła. W tamtym czasie miałam depresję i potrzebowałam znalezienia nowego kierunku w życiu. Bardzo chrześcijańska w duchu opowieść o Śródziemiu przypomniała mi, jak ważne są wartości, takie jak: poświęcenie, przyjaźń, miłosierdzie, współczucie. Ponieważ byłam młodziutka, zbierałam wycinki z gazet na temat trylogii, pisałam teksty pieśni i rysowałam ilustracje inspirowane światem Tolkiena. W szkolnej fonotece przegrałam kasetę magnetofonową z muzyką z filmu na CD i zasypiałam przy jej dźwiękach. Potrafiłam godzinami wpatrywać się w plakat Drużyny Pierścienia, wciąż odnajdując na nim nowe, porywające wyobraźnię szczegóły, a wkrótce – za otrzymane wraz z wyróżnieniem w konkursie organowym pieniądze – kupiłam całą serię na DVD. Później zainwestowałam jeszcze w oryginalne wydanie powieści, podzielone na siedem ksiąg – to miała być moja motywacja do nauki języka angielskiego. Oczywiście miałam też wersję polską – grubą książkę zawierającą od razu trzy tomy. Tę ostatnio woziłam ze sobą na wszystkie dłuższe wyjazdy.

Jednak mimo tego wszystkiego, dzisiaj to nie do „Władcy pierścieni” wracam najczęściej. I nie do pozostałych gigantów oscarowych, jak „Ben Hur” czy „Przeminęło z wiatrem”. Choć nie ukrywam, że „Ben Hura” uważam za bodaj najpiękniejszą historię o Chrystusie, nawet jeśli z pozoru pozostaje on tu postacią drugoplanową. Nie musimy jednak widzieć twarzy Jezusa, aby mieć świadomość emanacji jego dobroci – każde pojawienie się Mesjasza na ekranie wprowadza nastrojowa muzyka Miklósa Rózsy. Z pewnością w tym momencie zwraca uwagę fakt, że już po raz drugi odnoszę się do motywów chrześcijańskich – nie jest to przypadek, aczkolwiek jestem przekonana, że każda z tych opowieści, pomimo rozrywkowej konwencji, jest przepojona współczuciem, które odnajdziemy i w buddyzmie. Albo nawet nie musimy nigdzie odnajdywać, bo przecież w sumieniu każdego zdrowego i pozostającego w harmonii człowieka znajdziemy umiłowanie dobra i ludzkich odruchów wobec innych; w tym celu nie trzeba wyznawać żadnej wiary ani jej nazywać, chyba że wyznawanie czy nazywanie jej nam w cierpliwości do życia pomoże. I chyba o tym są te filmy, bez względu na to, czy dzieją w dobrze znanej nam rzeczywistości czy w fantastycznym świecie – o pogodzeniu się z losem, gdy nie mamy nań wpływu i o odwadze do jego zmiany, jeśli tylko możemy sobie na to pozwolić. Wspomniane „Przeminęło z wiatrem” to historia, która jest pod tym względem niezwykle inspirująca. Scarlett O'Hara potrafiła o siebie zawalczyć, a chociaż jej egoistyczne postępowanie niejednokrotnie budziło kontrowersje, to hart ducha i niezłomna wola wielu ludziom dodawały sił. Motto kobiety „pomyślę o tym jutro...” w rzeczy samej odnosi się do pewnej specyficznej postawy życiowej, pozbawionej rezygnacji, nieustannie ciekawej tego, co nastąpi, bo póki żyjemy, dopóty wciąż coś możemy zdziałać, coś zmienić.

Jestem przekonana, że to nie przypadek, że to właśnie te filmy stały się tak sławne i dotarły do szerokich mas. Dorastałam na nich i one mnie ukształtowały. Co nie znaczy, że nie oglądałam „Obcego – ósmego pasażera Nostromo”, którego uważam za jeden z najlepiej wyreżyserowanych filmów, nie tylko w kategorii kina science fiction. Że nie mam sentymentu do „Gwiezdnych wojen” – rozpalały moją wyobraźnię tak samo, jak każdego innego dziecka. Że nie znam na pamięć Nolanowskiego „Mrocznego rycerza”. Że nie porównuję czasem dobrze znanej sobie rzeczywistości do tej z „Matrixa”. Że nie nucę od czasu do czasu kultowej melodii z „Ojca chrzestnego”. Że nie uśmiecham się na wspomnienie szkolnych lat, gdy to koleżanki siadały przy fortepianie w klasie i grały rzewną piosenkę z „Titanica” (swoją drogą, przez to doświadczenie doceniłam ten film dopiero po latach, gdy porównałam go z informacjami zamieszczonymi w ramach światowej wystawy o katastrofie). Przeżyłam też wielką fascynację filmami o wojnie w Wietnamie z „Plutonem” i „Ofiarami wojny” na czele. Za każdym razem porusza mnie „Imperium słońca”, które przypomina, że i w najtrudniejszym czasie najważniejsze jest, aby dojrzewając, nie zagubić dziecięcej wiary w dobro. A „Lot nad kukułczym gniazdem” wpłynął na mnie tak mocno, że poza przeczytaniem książki, pilnie śledziłam też jego adaptacje teatralne. Mam całą kolekcję komedii Woody'ego Allena, naukowo poświęciłam się muzycznym filmom dokumentalnym oraz muzyce w filmach eksperymentalnych, kosmicznych i przyrodniczych. Obejrzałam niezliczoną liczbę fabuł i dokumentów, które powszechnie uważa się za klasykę kina i które szczerze podziwiam, szczególnie za filmowy warsztat.

Ale to nie te filmy są dla mnie prawdziwie istotne. Do żadnego z nich nie powracam z równym wzruszeniem, jak do „Forresta Gumpa”. Wyróżnionego Złotym Globem dla najlepszego filmu dramatycznego (1994) oraz sześcioma Oscarami: za: najlepszy film, najlepszego aktora w roli głównej (Tom Hanks), najlepszą reżyserię (Robert Zemeckis), najlepszy montaż (Arthur Schmidt), najlepsze efekty specjalne (Ken Ralston, George Murphy, Stephen Rosenbaum, Allen Hall), najlepszy scenariusz adaptowany (Eric Roth). Nagród nie będę zbyt długo komentowała, bo wszystkie są w pełni zasłużone – Tom Hanks wirtuozowsko i w sposób zniuansowany zagrał bardzo trudną rolę człowieka ze znaczącymi ograniczeniami intelektualnymi, wielowątkowa opowieść jest poprowadzona spójnie oraz wiarygodnie i ogląda się ją lepiej, niż czyta książkę pod tym samym tytułem Winstona Grooma, jakby to dopiero kinowy ekran wydobył z niej to, co najważniejsze, a wszystko to przy zapadającej w pamięć muzyce Alana Silvestriego. Na czym polega magia tego filmu? Tytułowy Forrest Gump to człowiek, którego intelekt jest ograniczony, ale – może i częściowo dzięki temu – serce czyste, a relacje z ludźmi bezpretensjonalne. Forrest ogromnie kocha swoją matkę, kocha swoich przyjaciół, a najbardziej kocha Jenny – dziewczynkę, z którą przyjaźni się od dzieciństwa i która jako pierwsza dostrzegła w nim po prostu dobrego człowieka. To porady Jenny najmocniej go motywują w krytycznych momentach, to jej imieniem ochrzci kiedyś kuter, dzięki któremu zarobi fortunę. Zresztą nie tylko słowa przyjaciółki towarzyszą na co dzień Gumpowi – doskonale pamięta obietnice złożone w dżungli śmiertelnie postrzelonemu „Bubbie”, wspomina słowa matki, jak te, że „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz”. Może dlatego to z pudełkiem czekoladek Forrest Gump wybiera się najczęściej w gości, choć niekiedy kilka zje „po drodze”... To, co jednak jest istotne, to rola, jaką Forrest odgrywa w życiu napotykanych przez siebie ludzi. Nie wszystko może wprawdzie zmienić – nie wynagrodzi zagubionej Jenny dzieciństwa spędzonego u ojca-alkoholika i pedofila, nie zwróci porucznikowi Danowi amputowanych nóg, nie uleczy swojej matki. Ale to właśnie ta ostatnia zawsze w niego wierzyła i była gotowa zaprzedać samą siebie, byleby tylko jej syn miał takie same szanse, jak jego rówieśnicy, na edukację i normalne życie. Po latach okazuje się, że to ona miała rację – Forrest odnosi sukcesy sportowe, zostaje bohaterem wojennym, staje się filantropem, nieświadomie inspiruje wielu obcych ludzi. Gafy, które w międzyczasie niejednokrotnie popełnia, pozostają w obliczu tego wszystkiego drugorzędne. Nigdy nie zapomina o innych i ma wybitne predyspozycje do sportu. A przecież u progu jego życia nic na to nie wskazywało – aby chodzić, musiał używać specjalnych szyn i dopiero sytuacja prawdziwego zagrożenia oraz życzliwość Jenny sprawiły, że po raz pierwszy pobiegł. I choć potrzebował lat, aby nauczyć się biegać bez określonego celu, to jego przypadkowe pojawianie się na drodze innych ludzi zmieniało niemal wszystko. W ten sposób powstał cudowny życiorys splatający fikcyjne losy pojedynczego, przeciętnego nieprzeciętnego człowieka z historią Ameryki: zabójstwami kolejnych prezydentów, wojną wietnamską, subkulturami beatników i hippisów, aferą Watergate itd. Życiorys, który został opowiedziany w taki sposób – m.in. dzięki powracającym wątkom i trafnej puencie filmu – że po seansie widz nie tylko jest wzruszony, lecz także wierzy, że on też może wszystko, jeśli tylko zaufa życiu. Dlatego „Forrest Gump” to dla mnie film, do którego wracam jak po nadzieję i upomnienie, aby się nie poddawać i cieszyć wszystkim, czym codziennie jesteśmy obdarowywani. I by być cierpliwą.

Maja Baczyńska

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów