Wystawa w Królikarni: Kolorysta, kompozytor na płótnie – Xawery Dunikowski i jego demony

26.08.2021

Kobiety, czaszki, kaktusy i szyszak husarski. A także przejmujące wizje piekła na ziemi – obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Wizje, które w istocie były niedającymi twórcy spokoju wspomnieniami. Poprzez swoje obrazy Xawery Dunikowski (1875–1964) oswajał wojenną traumę, mimo że… powszechnie był znany przede wszystkim jako rzeźbiarz.

Obrazy Dunikowskiego wyróżniają się kompozycją i kolorystyką. „Gdybym nie umiał malować, nie umiałbym też rzeźbić” – zapewniał. Swoje pojedyncze obrazy wystawiał od 1904 r. Miał ponoć doskonałą pamięć wzrokową i potrafił obejść się bez fizycznej obecności portretowanej osoby, jak to było np. z wizerunkami (co ciekawe, wyłącznie malarskimi) jego córki Marii Xawery Dunikowskiej. Bo jego specjalnością był właśnie portret, stanowiący niejednokrotnie podziękowanie dla osób, które okazały artyście wsparcie czy życzliwość, jak np. Maria Flukowska (uczestniczka powstania warszawskiego, odznaczona pośmiertnie medalem Sprawiedliwa wśród Narodów Świata). Zwłaszcza w rzeźbie, której znamiona odnajdziemy także w sylwetkach postaci widniejących na portretach – psychologicznych, wnikliwych, zdradzających zainteresowanie antropologią. Aczkolwiek bywalcom warszawskiej Królikarni z pewnością może się spodobać i „Dusza odrywająca się od ciała” – pierwsza praca Dunikowskiego, która znalazła się w pobliskim Parku Rzeźby – choć jest to akurat przedstawienie metaforyczne, ekspresyjnie ukazujące śmierć przyjaciela artysty.

 

Numer 774

 

Dunikowski do każdego projektu starannie się przygotowywał, tworząc niezliczoną liczbę szkiców. Pewne tematy powtarzały się zarówno w jego twórczości malarskiej, jak i rzeźbiarskiej. Zdarzało się też, że to jego własne rzeźby stawały się tematem malowanych obrazów, czego przykładem mogą być np. „Rybacy” z 1948 r. Był osobą niezwykle twórczą i nawet podczas letniego odpoczynku w sanatorium nie wyobrażał sobie, aby któregokolwiek z dni nie poświęcić sztuce. Zresztą z tego samego powodu nie zdecydował się na emigrację do Rumunii po wybuchu II wojny światowej – nie chciał opuszczać pozostawionych w Krakowie prac. W ten sposób trafił do obozu, w którym przebywał w latach 1940–1945, otrzymując numer 774. Cudem przeżył, jednak doświadczenie było to dla niego tak bolesne, że po wojnie niechętnie do niego wracał. Dopiero z poczucia powinności postanowił swoimi obrazami złożyć hołd wszystkim współwięźniom, szczególnie tym, którym nie dane było doczekać czasów pokoju. Potraktował to jako swoją misję, która koniec końców okazała się być dla niego katharsis. W „Drodze do wolności” z 1955 r. widzimy więc martwe ciała samobójców wiszące na drutach niczym upiorna dekoracja na tle błękitnego nieba, a w pełnym dramatyzmu, pięć lat wcześniej namalowanym „Bożym Narodzeniu w Auschwitz w 1944 roku”, pięciu więźniów tuż przed wyzwoleniem obozu, powieszonych na tle choinki za próbę ucieczki. Obrazy te oddają ironię i bestialstwo oprawców, którzy śmierć traktowali nie tylko jako element codziennej rutyny, lecz także przedmiot rozrywki. Dlatego w cyklu „Auschwitz” Dunikowskiego pojawiają się zwierzęta symbolizujące zło (m.in. wąż) lub sprzeciw wobec niego (psy). Notabene, ognisty pies to motyw, który pojawia się na wielu płótnach artysty. „W obozach koncentracyjnych psy wykorzystywano do pilnowania więźniów. Bywało, że szczuło się nimi ludzi, co mogło się skończyć śmiercią ofiary”, jak czytamy w opisie do obrazu „Krzyk” malowanego w latach 1949–1950, na którym inspiracją dla postaci psa była akurat laska huculska z kolekcji artysty (dawniej takie laski służyły do ostrzegania przed pożarem, stukano nimi w okna i drzwi, aby ostrzec domowników). Z kolei ryba na wspomnianym wcześniej obrazie „Rybacy” odnosiła się do głodu, którego więźniowie doświadczali w obozie.

Za pan brat z czasem

 

Nie dziwią zatem też wątki egzystencjalne, ukryte pytania o sens wszystkiego, motywy przemijania i ostrzeżenia przed wojną, również nuklearną, które cechują obrazy późniejsze (chociaż niepewność losu ludzkiego zwiastuje i „Kobieta przy sztalugach” z 1940 r.!). Może dlatego nawet rośliny malowane przez Dunikowskiego (wśród nich zwłaszcza bardzo odporna sansewieria, która była inspiracją przy projektowaniu pomnika Bohaterów Warszawy) wydają się dziwnie kruche i wątłe, jednocześnie zawierające w sobie jakąś obietnicę odrodzenia, powrotu, a fascynacja kosmosem pełna pokory – człowiek jest tu maleńki w obliczu niezmierzonego. „Wojna jest zaprzeczeniem, pogwałceniem praw natury, zniszczeniem na długi okres harmonii życia. W przyrodzie istnieje walka, to prawda, walka o kształtowanie życia, ale nie istnieją wojny” – miał powiedzieć w latach 50. artysta. Z pewnością tajemnica istnienia silnie inspirowała wyobraźnię Dunikowskiego, który dochodził do siebie po wojennej traumie na łonie natury, co działało nań terapeutycznie. Bardzo istotny w jego życiorysie był pobyt urlopowy w Nieborowie, w którym wcześniej niejednokrotnie bywał na konferencjach. W przypałacowym parku zafascynowały go cztery figury z piaskowca – „Baby nieborowskie”. W obrazach im poświęconych Dunikowski usiłował uchwycić postrzeganie czasu poprzez rytmiczne zwielokrotnienie zarysu brył, w ten sposób chciał zobrazować, jak posągi na kurhanach mogli postrzegać Połowcy, koczowniczy lud przemierzający konno ukraińskie stepy w XII w. „Jestem wrażliwy na starą kulturę i czas przeszły przemawia do mnie, zupełnie jak czas teraźniejszy. (…) Umiem wczuć się w różne epoki, chociaż chcę pozostać zawsze sobą” – zapewniał artysta.

 

Roztańczona natura

 

Miłośników tańca i muzyki z pewnością zainteresuje też fakt, że Dunikowski również stąd czerpał pomysły, w tym z baletów Arama Chaczaturiana, o czym świadczą np. obraz „Miecze II” z 1958 r., na którym ulubiona sansewieria oddaje ruch taneczny, czy cała seria prac pod hasłem „Muzyka. »Gajane« Arama Chaczaturiana”. Artysta tłumaczył, że odczucia muzyczne wpływają na kolorystykę jego prac, że do koloru dochodzi poprzez dźwięk, nieobecne było mu zatem zjawisko synestezji.

 

Umiłowanie koloru i doskonałe wyczucie formy dostrzegalne jest natomiast szczególnie w kompozycjach abstrakcyjnych z końcówki lat 50. (np. świetna „Kompozycja z maską!”), wykonywanych różnymi technikami (m.in. olejem, węglem, temperą, kredką na brystolu), które są jednymi z tych prac, które są prezentowane na wystawie po raz pierwszy.

 

Co ciekawe, Dunikowski miał swoje atelier w Warszawie, Krakowie i w Paryżu, chętnie zapraszał przyjaciół do oglądania swoich prac rzeźbiarskich, trzymał w swoich pracowniach kolekcjonowane przez siebie przedmioty, w tym naczynia huculskie, które niejednokrotnie służyły jako ekwipunek malarski czy stawały się inspiracyjnymi elementami obrazów. Jedynie malując cykl poświęcony Auschwitz, potrzebował całkowitej izolacji. Ostatecznie sam kiedyś przyznał, że: „Sztuka, która jest manifestacją ludzkiego życia, jest identyczna jak ono – pełne powikłań, nieporozumień i gorączkowego szukania nowych dróg”. W takich poszukiwaniach należy zmierzyć się samemu ze sobą, bez względu na to, jak trudne mogą to być konfrontacje.

 

Podsumowując, ekspozycja „Xawery Dunikowski. Malarstwo” została bardzo rzetelnie zorganizowana pod opieką Joanny Torchały, do tego znakomicie zaaranżowana w przestrzeni dzięki Marii Ostaszewskiej-Cichockiej (gorąco polecamy ostatnią salę z obrazami zawieszonymi w kopule!). Wystawa potrwa w warszawskiej Królikarni do 14 listopada 2021 r., naprawdę warto się wybrać, wyjdzie się urzeczonym i będzie się chciało wracać.

 

(MB)

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz