Ogień, bunt i muzyczna potęga. [„Prometeusz” w Filharmonii Łódzkiej]
Mit Prometeusza należy do tych opowieści, które nie tracą swojej siły. Jest w nim bunt przeciwko zastanemu porządkowi, odwaga przekraczania granic i wiara, że wiedza oraz sztuka są największym darem dla człowieka.
Przez kolejne stulecia do mitu o Prometeuszu powracali artyści różnych dziedzin. Muzyka również znalazła w nim bohatera wyjątkowego. Koncert zatytułowany „Prometeusz”, który 15 maja 2026 r. odbył się w Filharmonii Łódzkiej, pokazał trzy zupełnie odmienne muzyczne spojrzenia na tę samą postać: od klasycznego humanizmu Beethovena, przez romantyczny dramat Liszta, po mistyczną wizję Skriabina. Program poprowadził Andrzej Zieliński z Polskiego Radia. Jego komentarze świetnie porządkowały kontekst historyczny i filozoficzny, pozwalając słuchaczom spojrzeć na koncert jako na spójną opowieść złożoną z trzech niezależnych kompozycji.
Na początek zabrzmiał wybór z baletu „Twory Prometeusza” Ludwiga van Beethovena. To dzieło powstało na samym początku XIX wieku, kiedy Prometeusz był przede wszystkim symbolem oświeceniowej wiary w rozwój człowieka. Beethoven nie skupia się na cierpieniu bohatera, lecz na jego twórczej misji. Muzyka zachowuje klasyczną przejrzystość, ale nie brakuje w niej energii i dramatycznych kontrastów.
Oliver von Dohnányi poprowadził Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Łódzkiej z charakterystycznym spokojem i pewnością. Nie szukał efektów za wszelką cenę. Budował narrację konsekwentnie, dbając o proporcje między poszczególnymi grupami instrumentów i klarowność faktury. Dzięki temu Beethoven zabrzmiał świeżo, lekko i naturalnie.
Jeszcze ciekawsze okazało się przejście do poematu symfonicznego „Prometeusz” Franza Liszta. Tutaj mit nabiera zupełnie innego ciężaru. Bohater nie jest już wyłącznie dobroczyńcą ludzkości. Staje się symbolem cierpienia, samotności i walki z losem. Liszt maluje orkiestrą świat pełen napięć i gwałtownych emocji, a muzyka nieustannie balansuje między mrokiem a triumfem.
Orkiestra Filharmonii Łódzkiej odnalazła się w tej estetyce znakomicie. Szczególnie imponowała umiejętność budowania napięcia. Von Dohnányi nie rozbijał utworu na efektowne epizody, lecz prowadził go szerokim oddechem, dzięki czemu finał wybrzmiał z pełną siłą. Już w pierwszej części koncertu można było odnieść wrażenie, że wszystkie interpretacje łączy niezwykła energia.
Po przerwie zabrzmiał „Prometeusz. Poemat ognia” Aleksandra Skriabina. To dzieło wyjątkowe w historii muzyki. Trudno znaleźć kompozycję, która równie odważnie przekracza granice późnego romantyzmu. Skriabin widzi Prometeusza jako siłę stwarzającą świat, symbol duchowej przemiany i kosmicznej energii. Ogień staje się metaforą świadomości, twórczości i nieustannego rozwoju.
Ta muzyka wymaga od wykonawców absolutnego zaufania i precyzji. Ogromny aparat orkiestralny, chór i niezwykle wymagająca partia fortepianu muszą funkcjonować jak jeden organizm. W przeciwnym razie łatwo zagubić misterną konstrukcję dzieła.
Centralną postacią tej części koncertu był Krzysztof Książek. Obserwuję jego artystyczną drogę od 2014 roku i z każdym kolejnym sezonem coraz wyraźniej widać, jak konsekwentnie dojrzewa jako artysta. Nadal należy do młodszego pokolenia polskich pianistów, ale jego sposób grania cechuje niezwykła świadomość. Nie imponuje wyłącznie techniką – choć tej oczywiście nie sposób mu odmówić – lecz umiejętnością podporządkowania wszystkich środków muzycznej idei.
Partia fortepianu u Skriabina należy do najtrudniejszych w całej literaturze pianistycznej. To nie jest koncert fortepianowy, w którym solista wysuwa się na pierwszy plan. Pianista przez niemal cały czas pozostaje częścią wielkiego organizmu orkiestry, raz inicjując wydarzenia, innym razem wtapiając się w gęstą tkankę brzmienia.
Książek panował nad tą piekielnie trudną partyturą z imponującym spokojem. Ani przez chwilę nie sprawiał wrażenia muzyka walczącego z instrumentem czy z zapisem nutowym. Wszystko wydawało się naturalne i logiczne. Najbardziej imponowała właśnie ta swoboda, osiągnięta dzięki ogromnej pracy i doskonałemu przygotowaniu. Wirtuozeria nigdy nie stawała się celem samym w sobie. Liczyła się opowieść.
Oliver von Dohnányi znakomicie współpracował z pianistą, pozostawiając mu przestrzeń tam, gdzie było to konieczne, i jednocześnie pilnując monumentalnej architektury całego utworu. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Łódzkiej zachwycała bogactwem barw, a Chór, przygotowany przez Artura Kozę, dopełnił to brzmienie z dużą kulturą i wyczuciem. Szczególnie w kulminacjach słychać było, jak precyzyjnie została zbudowana cała koncepcja wykonawcza.
To był koncert, podczas którego słowo „ogień” nie było wyłącznie tytułową metaforą. Ogień rzeczywiście dało się usłyszeć: w sposobie prowadzenia narracji, w odwadze interpretacyjnej, w sile orkiestralnego brzmienia i w niezwykłym skupieniu wszystkich wykonawców. Trzy kompozycje powstałe w różnych epokach stworzyły zaskakująco spójną opowieść o człowieku, który odważył się przekroczyć granice.
Filharmonia Łódzka zaproponowała program ambitny, wymagający i pozbawiony repertuarowych kompromisów. Tym bardziej cieszy, że został wykonany z takim przekonaniem. W pamięci pozostanie przede wszystkim Skriabin – monumentalny, niepokojący i hipnotyzujący – oraz znakomita kreacja Krzysztofa Książka, który po raz kolejny potwierdził, że należy dziś do grona najbardziej interesujących polskich pianistów swojego pokolenia. I co najważniejsze – artystów, którzy mają już własny, rozpoznawalny głos.