Max Jota. Nigdy nie jest za późno na sukces

06.04.2017
<p>fot. maxjota.com</p>

„Pavarotti, co chcesz na lunch”? Tak żartowała sobie ze wspaniałego obecnie brazylijskiego tenora Maxa Joty jego sekretarka, gdy ten postanowił zmienić swoje życie i oddać się śpiewaniu. Naukę rozpoczął bardzo późno jak na śpiewaka. Dziś Max Jota zdobywa prestiżowe nagrody, śpiewa w znanych teatrach główne role. W weekend w Operze na Zamku w Szczecinie wcieli się w rolę króla Gustawa III. O błyskawicznej karierze rozmawiała z nim Magdalena Jagiełło-Kmieciak.

MJ-K: Kiedy pomyślał Pan o tym, by zostać śpiewakiem operowym? Dla chłopaka to chyba nie jest modna profesja?
Max Jota: Tak naprawdę to bardzo późno. W 2005 roku. Wtedy jeszcze byłem menadżerem w banku w Brazylii (śmiech) i zakochałem się w operze, oglądając koncerty na DVD, bo u nas nie ma tradycji operowych.

Dziesięć lat temu dopiero zaczął Pan śpiewać? Przecież to niemożliwe z takim dorobkiem! 

Ale to prawda. Dopiero dziesięć lat temu. Debiutowałem na scenie w 2007 roku jako student. Jako solista – w 2013 roku. Zwykle faktycznie śpiewacy zaczynają naukę wcześniej, uczą się muzyki, później – już samego śpiewania. W 2005 roku zacząłem śpiewać w chórze amatorskim, potem w profesjonalnym. I z tego chóru mnie wyrzucili. Mój nauczyciel powiedział, że mam za dobry głos, by śpiewać w grupie, że powinienem być solistą. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, o co mu chodzi.

Odkrył prawdziwy talent. Czy w takim razie był pan genialnym śpiewakiem-amatorem w dzieciństwie, śpiewał Pan z braćmi siostrami, rodzicami? Talent nie bierze się znikąd.
Nie, nigdy wcześniej nie śpiewałem. Wierzysz mi? (śmiech). W mojej rodzinie też się nie śpiewało i nigdy nie czułem żadnej presji ze strony rodziców. To było dla mnie po prostu nagłe odkrycie muzyki.

Czyli to był taki pstryk w głowie? Muzyka i tylko muzyka?
Tak, właśnie po tych koncertach z DVD. Byłem już dorosły i byłem w stanie pojąć, czym jest muzyka. Gdybym zaczął wcześniej, prawdopodobnie nie byłbym w stanie zrozumieć piękna dźwięków. Często mówię, że to nie ja wybrałem muzykę, to ona wybrała mnie. Ta decyzja, czyli rezygnacja z pracy, rodziny, wynikła z pasji. Z pasji dorosłego człowieka.

Czyli zaczął Pan śpiewać w banku?
Mniej więcej. Moja sekretarka żartowała: Pavarotti, co chcesz na lunch? (śmiech)

Pana kariera idzie do przodu bardzo szybko. Mógłby Pan podsumować ostatnie lata?
To były bardzo intensywne lata. Po pierwsze dlatego, że w 2009 roku przeniosłem się z Brazylii do Włoch na studia. Studiowałem i występowałem na scenie. Nie żałuję swojej decyzji. Czasem tylko chciałbym mieć więcej czasu, jak kiedyś. Bardzo lubiłem swoją pracę. Była pewna, solidna. Miałem w niej wielu przyjaciół. To nawet nie jest kwestia tego, co jest lepsze, co gorsze, czy zmiany życia. Dla mnie problem jest w odległości. W Brazylii jest moja rodzina. Teraz jestem we Włoszech i tęsknię za nią, tęsknię za swoim synem. To zupełnie inna praca, wymaga zupełnie innego stylu życia.

Dużo Pan ćwiczy?
Każdego dnia. Przez cały dzień.

A co z życiem prywatnym?
A co to jest? (śmiech)

Kiedy śpiewak zaczyna czuć się jak gwiazda?
Kiedy tak się dzieje, zaczyna robić się niebezpiecznie. Gwiazdę z artysty tworzy tylko publiczność, kiedy cię zna, ufa ci. Ale to publiczność wybiera. Tylko publiczność. Artysta musi czuć się wobec niej zobowiązany i odpowiedzialny.

To nie jest Pana pierwsza wizyta w Szczecinie. Śpiewał Pan na przykład króla Gustawa w balu maskowym na premierze w 2015 roku. Wraca Pan z powodu roli czy Szczecina?
Wcześniej wziąłem udział w Turnieju Tenorów. Nie wygrałem. Do tej pory jest mi z tego powodu przykro. Naprawdę chciałem wygrać. Ale wracając do tematu. Bardzo polubiłem Szczecin, ludzie są tu bardzo mili dla mnie. Nie tylko ci z Opery, także ci na ulicy.

Co Pan sądzi o szczecińskiej inscenizacji Balu maskowego?

Przede wszystkim cieszę się, że jest tu wystawiany, bo przecież to był jeden z pomysłów kompozytora i librecisty, by akcja tej opery działa się właśnie w tym zamku. A sama inscenizacja naprawdę imponująca, oszczędna scenografia, a do tego te wspaniałe kostiumy.

Jakie są Pana plany, marzenia?
Moje życie już jest spełnieniem marzenia.

 

Max Jota:
Ma 40 lat. Zadebiutował jako profesjonalny solista w 2013 roku. Od tej pory zagrał w Teatrze Goldoni w Livorno, Teatrz Giuseppe Verdi w Pizie, Teatrze Maria Caniglia w Sulmonnie, Teatrze del Giglio w Lucca, Opera Festival w Manaus (Brasil), Teatrze Kombëtar w Tiranie, Teatrze Coccia w Novara. Śpiewał także w Niemczech, Hiszpanii i Francji. Zdobył pierwszą nagrodę w International Operatic Voice Competition w Castrocaro International Festival, trzecią w Giovanni Martinelli / Aureliano Pertile International Competition w Montagnana; był zwycięzcą The Best Interpreter Prize w Riccardo Zandonai International Competition w Riva del Garda; zwycięzca The Best Interpreter Prize of Antonio Carlos Gomes w Maria Callas International Competition w São Paulo, Brazil; tzrecie miejsce w Honorable Mention Prize at the Maracanto Competition, São Luis w Brazylii; zwycięzca Audience Prize w International Competition of Salice d’Oro (Italy); pierwsza nagroda Young Soloists Competition Eleazar de Carvalho in Fortaleza, Brazil.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz