Maciej Cuske: Niewiele znaczymy w świecie natury [rozmowa o filmie „Wieloryb z Lorino”]

fot. Piotr Bernaś

Wieloryb z Lorino” otrzymał kilka nagród na 60. Krakowskim Festiwalu Filmowym, w tym Srebrny Róg w Międzynarodowym Konkursie Filmów Dokumentalnych. O krańcu świata, na którym był realizowany film, opowiada nam reżyser Maciej Cuske.

rozmawia Maja Baczyńska

Skąd się wziął pomysł na film o takiej tematyce i w takim miejscu? Jak długo trwała realizacja, jakie stawiała przed Tobą trudności?

Maciej Cuske: Pomysł rodził się we mnie długo. Zobaczyłem kiedyś zdjęcia nędznej wioski, której mieszkańcy polują na wieloryby. Okazało się, że ta wioska (o wdzięcznej nazwie Lorino) leży na faktycznym końcu świata, przynajmniej gdy patrzymy z naszej europejskiej perspektywy. Skąd taka piękna melodyjna nazwa, co robią ludzie w tak mizernym, surowym świecie, dlaczego polują na wieloryby, jak potrafią przeżyć 10-miesięczną mroźną zimę w swoich drewnianych chatkach? Te pytania wracały do mnie bardzo często i rosło we mnie marzenie, żeby zobaczyć to miejsce na własne oczy.
Kiedy wreszcie ten temat we mnie dojrzał, namówiłem producenta Mikołaja Pokromskiego, żeby pomógł mi się tam dostać, a ja obiecałem mu piękny film. Zarówno jedno, jak i drugie było bardzo trudne do wykonania. Cała przygoda trwała sześć lat. Czukotka to graniczny rejon Rosji. Po drugiej stronie Cieśniny Beringa, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej, leży Alaska. Nawet Rosjanie, żeby tam się dostać, potrzebują zgody i osobnej wizy. Długo się o takie pozwolenie staraliśmy, ale w końcu – jako realizatorzy filmu o kulturze czukockiej – dotarliśmy na miejsce.
To oczywiście był początek nowych problemów. Służby FSB i wojska graniczne pilnie śledziły, dokąd zmierzamy i co filmujemy. Nie czuliśmy się pewnie. Miałem obawy, czy nie przyjdzie jakaś odgórna decyzja, mająca na celu przeszkodzenie nam w zdjęciach. Mieliśmy przygody, na przykład na samym początku podróży kilku myśliwych wyrzuciło nas samych w tundrę przy brzegu, bo chcieliśmy sfilmować pozostałości po prehistorycznej osadzie i pradawne kości wielorybów. I odpłynęli, mówiąc, że wrócą po nas później. Przyznam, że miałem czarne myśli, bo przecież zupełnie nie znaliśmy tych ludzi. Po godzinie w naszą stronę zaczął biec niedźwiedź. Za nami lodowate morze, przed nami zielona pusta równina, nie ma gdzie się schronić ani dokąd uciec. Byliśmy przerażeni, w pewnym momencie niedźwiedź stanął na dwóch łapach i zmienił kierunek, ale przez tych kilka chwil każdy z nas zdążył zobaczyć swój koniec. Okazało się, że to myśliwi niechcący wystraszyli misia, dopływając do brzegu z drugiej strony zatoki, i bardzo się o nas martwili. W ten sposób zrozumiałem, że ze strony tych ludzi nie grozi nam żadna krzywda, choć bariery urzędowe, administracyjne oraz międzyludzkie musieliśmy przełamywać jeszcze niejednokrotnie. To ja musiałem przekonać miejscowych, że mogą mi zaufać!


fot. Maciej Cuske

Czy podróż i ta realizacja coś w Tobie zmieniły? Kim są dla Ciebie Twoi bohaterowie, jak dziś na nich patrzysz?

To była z pewnością jedna z najważniejszych podróży w moim życiu. Doświadczyłem tak wielu różnych emocji, że trudno mi je zebrać do jednego koszyka. Przede wszystkim nie poddaliśmy się, chociaż gdy przyjechałem z ekipą dwa lata po dokumentacji, wiele rzeczy się zmieniło i wszyscy wybrani wcześniej bohaterowie odpadli z różnych przyczyn. Mieliśmy dwa miesiące, wiedziałem, że nie wrócę. Musieliśmy nauczyć się myśleć o tym filmie w nowy sposób. Na szczęście wcześniejsza dokumentacja pomogła mi o tyle, że wiedziałem, czego szukam. I to zapamiętałem najmocniej – walkę każdego dnia z przeciwnościami i trudne, ryzykowne decyzje, żeby dopiąć celu.
Każdego wieczora całą ekipą (operator Piotr Bernaś, dźwiękowiec Jarek Sadowski, asystentka Anastazja Kukalewa i ja) wspólnie przegadywaliśmy film. To wspaniałe uczucie, gdy masz tak bardzo oddanych, utalentowanych ludzi wokół siebie. W najtrudniejszym momencie pomógł nam Rosjanin Giennadij Zieleński. Jego pradziadek pochodził z Krakowa, a ojciec był pół-Rosjaninem, pół-Czukczą, i przez wiele lat sprawował administracyjną władzę na tym terenie. To było zrządzenie losu! Mieliśmy bardzo skromne środki i bez pomocy tego człowieka nigdy nie udałoby się nam wykonać zamierzonego planu.
Udało się nam wszystko głównie dzięki życzliwości ludzi, którzy sami niewiele posiadali. A to ktoś podarował nam rybę, innym razem ktoś inny zaoferował nocleg w swoim domu. Nie ma tam hoteli, a w sklepach ceny są wyższe niż w Szwecji. Jak więc nie wspominać tych ludzi z życzliwością? Wiele im zawdzięczam i mimo że było trudno, starałem się bardzo ciepło pokazać ich w filmie, nikogo o nic nie oskarżać.

Czy Twoja opowieść to bardziej obserwacja symbiozy człowieka i natury czy wręcz przeciwnie?

Trudno powiedzieć, to chyba raczej rodzaj zaburzonej symbiozy. Niby wszystko jest jak dawniej. Nie ma już kołchozów, ludzie polują na wieloryby, dostosowują rytm życia do surowej natury, ale jednocześnie wszystko dzieje się jak w jakimś okrutnie krzywym zwierciadle. Wyglądają i żyją nędznie, rzadko się uśmiechają, wielu z nich pije, mieszkają w marnych, często zniszczonych starych domach, dookoła walają się śmieci i pozostałości po niedawnej przeszłości, ruiny, złom, pomniki. Czy to jest symbioza z naturą? Z pewnością są bliżej niej niż my, Europejczycy, lecz coś tu się nie zgadza... Do tego ten nowy świat Czukczów po upadku ZSRR jest pozbawiony duchowości. Nie ma jej. Nikt jej nie pielęgnuje. Nie ma rytuałów, nie ma do czego i do kogo się odnieść w chwilach złych. Żyje się raczej z dnia na dzień. Pewnie to jedna z przyczyn pijaństwa i samobójstw. Myśliwi polujący na wieloryby, foki i morsy to według mnie najsilniejsi psychicznie ludzie w tym świecie. Ponieważ mają cel. To od nich zależy, czy reszta mieszkańców będzie miała co jeść przez całą zimę, czy wioska przeżyje do następnego (krótkiego) lata. Są odpowiedzialni za pozostałych. Polowanie to jeden z nielicznych rytuałów, które jeszcze praktykują.
W filmie starałem się raczej pokazać, jak nędznie może wyglądać próba przetrwania po apokalipsie. Jak niewiele znaczymy w świecie natury, która nas wcale nie potrzebuje i świetnie sobie bez nas poradzi. O ile przetrwa, bo mam poczucie, że nasze światy zderzają się ze sobą i stoją na krawędzi.


fot. Piotr Bernaś

To prawda, nieustannie się konfrontują. Zmieniając temat – jestem fanką muzyki Michała Jacaszka w Twoim filmie. Jak doszło do tej współpracy, jak przebiegała?

Odkryłem muzykę Michała Jacaszka dzięki Ziemowitowi Jaworskiemu, z którym zmontowałem pierwszy trailer filmu po dokumentacji i który nadał mu przepiękne kolory. Taki trailer robi się po to, żeby zachęcić partnerów do współpracy i zdobyć pieniądze na właściwe zdjęcia. Polubiłem wykorzystany w trailerze utwór Michała z obrazami Czukotki do tego stopnia, że nie potrafiłem już sobie wyobrazić innej muzyki do tego dokumentu. Michał wyraził chęć napisania nowych utworów, jak tylko film nabierze rumieńców. Do wstępnego montażu wysłał mi referencyjne utwory, które pomogły nam budować nastrój i rytmy. Przyzwyczaiłem się do tych fragmentów z roboczo podłożoną muzyką, lecz Michał nienachalnie wciąż proponował nowe, nawet gdy dokument był już bliski ukończenia. I prawie zawsze trafiał w dziesiątkę. Jest wyjątkowym twórcą, bardzo wrażliwym na obraz. Jest też jednak bardzo uważny i potrafi słuchać drugiej osoby. Kiedy czułem coś inaczej niż on, to zawsze starał się przygotować dla mnie wersję bliższą mojej. Wtedy albo wracaliśmy do poprzedniej propozycji, albo podążaliśmy za moją myślą.
Jednak najciekawsze doświadczenie miałem z utworem towarzyszącym scenie polowania. Trzy lata montowaliśmy z Kasią Orzechowską ten film i zawsze w tej scenie używaliśmy utworu z dawnego trailera, bo nie potrafiłem sobie wyobrazić doskonalszej symbiozy obrazu i dźwięku. Michał wyraził zgodę, żeby tak to zostawić, ale czułem, że tak naprawdę bardzo tego nie chciał i wciąż podsyłał mi alternatywne pomysły. W pewnym momencie „zaskoczyło”. Po drobnych korektach poczułem, że mistrz uchwycił coś nieosiągalnego. Nie wierzyłem, że może powstać utwór bardziej pasujący do tej sceny niż poprzedni. A jednak. I w dużej mierze muzyce Michała zawdzięczam to, że moi bohaterowie nie są tak łatwo oceniani przez widza. Gdy Marcin Lenarczyk, który wspaniale udźwiękowił film, puścił mi początek z dźwiękami i muzyką, pamiętam, że się popłakałem. Wzruszyłem się. Na własnym filmie...

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów