Lanie wody? Z umiarem (relacja)

13.05.2012

Latające śpiewaczki, futurystyczne scenografie. Perfekcyjne reżyserowanie świateł, które zmusza statystów do wielogodzinnych prób. I tancerze w kaloszach, brodzący w wodzie, którą zalana jest scena.

Efekty specjalne w operze to pomysł stary jak historia tego gatunku. Struktura barokowych oper francuskich zakładała wręcz w środku każdego aktu kulminację efektów. Nazwało się to divertissement i przedstawiało, w zależności od treści opery - bitwę na morzu, w wodą i statkami na scenie, wizualizację snu głównego bohatera z mgłami, duchami i latającymi boginiami lub zwykły bal w pałacu, gdzie na scenę wkraczały liczne chóry i baletowi tancerze.

W tym kontekście współczesne efekty specjalne na deskach teatrów operowych nie powinny dziwić. Dobrze by więc było, gdyby nie przesłaniały treści opery. Widowisk ze światłem i dźwiękiem mamy aż nadto w telewizji i kinie…

… tak mniej więcej wyglądały nasze redakcyjne rozważania przed wyjazdem do poznańskiego Teatru Wielkiego na premierę Eugeniusza Oniegina w reżyserii Michała Znanieckiego. Teraz, gdy głośno zapowiadany spektakl jest już za nami, pozwalamy sobie na refleksję.

Cała inscenizacja osnuta została wokół motywu lodu, skutego na początku i topniejącego  z biegiem akcji. W ten prosty i uniwersalny sposób reżyser pokazał przemianę serca Oniegina. Pomysł ciekawy i zmuszający do myślenia. I dobrze się stało, że reżyser powiedział o tym wcześniej, bo dzięki temu aluzja była bardzo czytelna. Mieliśmy więc mgły i kry lodu na jeziorze podczas pojedynku głównego bohatera z Leńskim. Symbolika nie tylko złamanego serca, ale i zniszczonej przyjaźni, a w końcu – śmierci Leńskiego. Kolejnym efektem jest wielka kostka lodu przedstawiona za pomocą zasłony z połyskliwego, białego materiału, oddzielającej Oniegina na pierwszym planie, tuż przed widownią, od tańczących w wodzie postaci wyglądających jak z baśni o Królowej Śniegu. Na koniec lód się rozpuszcza, Oniegin dojrzewa emocjonalnie, ale dostaje nauczkę. Szczególne znaczenie ma jedna scena – w której wybranka jego serca zakłada na siebie mokrą suknię, podejmując jednocześnie nieodwołalną decyzję.

Efekty specjalne czasem zaburzają percepcję treści opery. Starałyśmy się jednak oglądać wnikliwie. Nie wszystkie postaci były wyraziste. Matka Tatiany i Olgi, Łarina jest tego najlepszym przykładem – w przestrzeni jednego aktu łączy tak wiele sprzecznych zachowań, że sprawia wrażenie nie do końca zrównoważonej psychicznie. Nie do końca klarowne są postaci Leńskiego i Olgi – zupełnie tak, jakby wybór tego, kim będą, wciąż stał przed nimi. Z drugiej strony świetna postać księcia Gremina, a także – Tatiany i Oniegina. Zachowania obojga co prawda ewoluują w czasie trwania przedstawienia ale bez przemiany tych bohaterów nie byłoby dramatu i pointy.

Jak to zwykle w operze bywa, treść niesie muzyka. Czajkowski stworzył piękne dzieło, a poznańska orkiestra starała się sprostać partyturze i oczekiwaniom dyrygenta, Łukasza Borowicza. Co prawda, w I akcie muzycy wyraźnie nie czuli się dobrze w klimacie opery, co też niekorzystnie wpływało na intonację, i precyzję. W dalszej części jednak udowodnili, że potrafią poddać się wizji dyrygenta. Stąd też uznanie dla Łukasza Borowicza, który mimo początkowego oporu materii, porwał i orkiestrę, i solistów w muzyczny świat swojego Oniegina. Nie zabrakło typowej dla Czajkowskiego szerokiej, lirycznej frazy oraz licznych kontrastów wyrazowych. Warto zwrócić uwagę na odgrywające w operze istotną rolę chóry. Zaśpiewane z pełną mocą, oddawały nastrój nie tylko treści libretta, ale także ducha społeczeństwa rosyjskiego XIX stulecia.

Niewątpliwą perełką zespołu solistów był Aleksander Teliga w roli księcia Gremina, niezwykle gorąco przyjęty przez publiczność. Trzeba przyznać, że była to kreacja pod każdym względem znakomita. Śpiewak nie tylko wspaniale sprostał wymaganiom wokalnym i stylistycznym muzyki Czajkowskiego, ale i fantastycznie wszedł w rolę. Uwagę zwracała również wcielająca się w postać Tatiany, Magdalena Nowacka. W pełni oddała wewnętrzną przemianę swojej bohaterki – od płochej, zagubionej młodziutkiej dziewczyny, po pewną siebie i dojrzałą kobietę. Nie można odmówić jej kunsztu wokalnego i pięknej barwy głosu, czego wyraz dała w scenie pisania listu z I aktu. Nie sposób pominąć Marcina Bronikowskiego, tytułowego bohatera, dla którego spektakl ten był o tyle wyjątkowy, gdyż zbiegł się z 20-stą rocznicą jego działalności artystycznej. Piękny, ciepły i jednocześnie bardzo nośny głos podarował Bronikowski swojemu Onieginowi. Stworzył on rolę zaśpiewaną bardzo przejrzyście i oddającą ducha muzyki Czajkowskiego. Uroku śpiewakowi dodawała pewna nieporadność w zmaganiach tanecznych – zamierzona czy też nie, czyniła Oniegina bardziej ludzkim.

Dobrze więc, że reżyser nie uległ hegemonii efektów specjalnych, ale używał ich oszczędnie, po to, aby wyrazić obrazem to, co nieuchwytne. Można by co prawda zostawić wszystko muzyce, która – szczególnie w wydaniu Czajkowskiego – potrafi poruszyć najczulsze struny w sercach widzów. Ale czasem jednak jest zbyt abstrakcyjna, by zrozumieć ją wprost, szczególnie za pierwszym razem. Wtedy obraz bardzo pomaga, ale jednocześnie nie spycha ani aktorów, ani dźwięków na drugi plan. W inscenizacji Znanieckiego była piękna równowaga, która pozwoliła cieszyć się operą do ostatniego taktu.

(spektakl oglądały Ewa Chamczyk i Kinga Wojciechowska)

Eugeniusz Oniegin w Teatrze Wielkim w Poznaniu

Ciekawe? Powiedz o tym znajomym:

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz