Znaleźć idiom, zgubić siebie? [Rozmowa z Konradem Skolarskim]

11.07.2021

Już tej jesieni wszyscy fani konkursu chopinowskiego w Warszawie mają szansę doczekać się upragnionego święta, którym jest spędzenie trzech tygodni na obserwowaniu spóźnionej o rok konkursowej rywalizacji. Na żywo, przed ekranami telewizorów i komputerów. Zanim jednak to nastąpi, przed nami również emocjonujący czas. Lipcowe eliminacje, które odbędą się w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Z tej okazji wracam do długiej rozmowy z pianistą Konradem Skolarskim. Sporo jej wątków pojawiło się już w wywiadzie „Nie jestem produktem”, który ukazał się w wiosennej odsłonie magazynu „Presto. Muzyka Film Sztuka”(Intymność). Dziś wracamy do tematu konkursów.
 

Anna Markiewicz: Nie wziąłeś udziału w konkursie chopinowskim. Dlaczego?

Konrad Skolarski: Muszę uczciwie przyznać, że nie byłem gotowy. Ani mentalnie, ani pianistycznie. W ogóle nie uczestniczyłem w konkursach z założenia. Nigdy nie umiałem pogodzić wartości, które wyznaję, z „używaniem” muzyki przyciętej na miarę wymagań.


 

Co masz na myśli?

Jeszcze 10–15 lat temu na wszystkich wielkich konkursach pianistycznych jury składało się z tych samych osób. Kilkoro jurorów pojawiało się wszędzie i, oczywiście „przez przypadek”, zwyciężali ich uczniowie. Można by dojść do wniosku, że siedmiomiliardowa populacja dorobiła się jedynie około dziesięciu pedagogów, którzy potrafią wspaniale uczyć. Dziś jest nieco inaczej, ponieważ natura jest nieubłagana – część z nich już nie żyje.


 

Omijałeś konkursy, skąd więc wiesz, jak to działa?

Wziąłem udział w konkursie w Leeds. Zrobiłem to, ponieważ chciałem pokazać ciężko choremu i umierającemu Ojcu, że próbowałem. Na miejscu okazało się, że wielu uczestników ma w jury nawet trzech swoich byłych pedagogów. W finale byli niemal wyłącznie uczniowie jurorów.


 

Parę lat temu w ramach konferencji naukowej organizowanej przez UMFC i NIFC, poświęconej konkursom pianistycznym, prezentowałeś swoje badania. Czego dotyczyły?

Badałem opinie wybitnych pianistów o konkursach. Wybrałem „weteranów” – laureatów konkursów w Leeds, Teksasie, Moskwie, Bolzano, Hammamatsu, Tel Awiwie, Warszawie – czyli uczestników najbardziej prestiżowych imprez. Warto podkreślić, że nie wszyscy chcieli wziąć udział w ankiecie, choć była anonimowa. Większość badanych podkreślała swój negatywny stosunek do powszechnego na konkursach uczestnictwa uczniów jurorów i deklarowała brak wiary w obiektywną ocenę jury (o ile w ogóle w sztuce można mówić o obiektywnej ocenie).

Co myślisz o konkursowych wykonaniach? Dlaczego wspomniałeś o przycinaniu ich do wymagań?

Wielu doświadczonych pianistów decyduje się „korygować” swoją grę na konkursie – w zależności od składu jury. Oto bowiem jeden z jurorów nie lubi rubato, ceni żelazny, metronomiczny puls. Drugiego razi skrajne piano. Trzeci nie godzi się, by grać Bacha „romantycznie”. W jaki sposób pianista się tego dowiaduje? Najczęściej przed konkursem bierze udział w lekcjach mistrzowskich u wybranych jurorów. Próbuje opracować coś w rodzaju „profilu muzycznego” każdego z nich. Na konkursie będzie grał tak, by nie tyle zadowolić wszystkich, ile im „nie podpaść”. Spróbujmy zmieszać dania kuchni francuskiej, syczuańskiej i polskiej. Czy ktoś to zje? W rezultacie otrzymujemy żałośnie skalkulowaną, zachowawczą, uśrednioną interpretację. Nie można co prawda generalizować, laureatami wielu konkursów zostali wybitni, cudowni muzycy. Nie jest tak, że prestiżowej imprezy nie może wygrać prawdziwy artysta! Mówię jednak o pewnej tendencji. Słyszy się opinie, że na konkursie największe szanse ma ktoś, kto ma w muzyce mało do powiedzenia. Graj równo, nie myl się, bądź niezawodny, unikaj przesady. Nie jest to opinia bezpodstawna. Uważni słuchacze ze zdumieniem odkrywają, że już na koncercie laureatów uczestnicy grają inaczej! Nie mówiąc o występach jakiś czas po konkursie.


 

Muszą tak kombinować? Przecież to rodzaj kłamstwa, może zdradzenia swoich ideałów.

A jeśli ideałem i priorytetem jest finał konkursu? Każda machina konkursowa uśrednia. Przy jednym jurorskim stole siedzą razem: charyzmatyczny artysta, który nie jest pedagogiem, i uznany nauczyciel, który nie jest czynnym pianistą, niekoniecznie wybitny muzyk. Zadowolić trzeba obu, by żaden nie odebrał punktów. To statystyka. Osobiste interpretacje często budzą sprzeciw konserwatystów.


 

Dlaczego więc kolejni pianiści decydują się na udział w konkursach?

Odpowiedź jest jedna. Potężny kryzys na rynku muzycznym. Wiele lat temu istnieli headhunterzy, łowcy głów. Sprawni menedżerowie, promotorzy, który szukali wspaniałych osobowości, by je wykreować. Czy Richter, Gilels, Horowitz, Rubinstein brali udział w wielkich konkursach? Nie. Czy to oni napisali historię pianistyki drugiej połowy XX w.? Tak. Jak to się stało? Wystarczy wymienić jedno z wielu nazwisk – Sol Hurok. Ten człowiek odkrywał talenty, zabiegał, kreował, sprzedawał. Miał tę moc, bo był KOMPETENTNY i umiał ocenić muzyka samodzielnie. Śp. Vladimir Krainev opowiadał mi, jak trafił do moskiewskiego konserwatorium. Jako dziecko uczył się w Charkowie. Przyjechało kilku panów ze stolicy, by przesłuchać dzieci w poszukiwaniu prawdziwych talentów. Mały Wowa tak zadziwił komisję, że natychmiast usłyszał – jedziesz do Moskwy. Państwo przydzieliło mu mieszkanie komunalne, wraz z matką przeprowadzili się i od tej pory mógł pracować pod okiem najwybitniejszych pedagogów. Pamiętajmy, że mówimy o stalinowskiej Rosji.


 

Dziś chyba nie ma już takich impresariów.

Talent trzeba jeszcze wykreować, stworzyć nazwisko. Jest może kilka prawdziwych agencji koncertowych, obecnych na rynku od kilkudziesięciu lat. I nawet tam pracują ludzie, którzy często nie mają pojęcia o muzyce – ukończyli zarządzanie, ekonomię etc. Na czym mają się oprzeć? Potrzebują konkursów. Nie zależy im, by odkrywać i promować młode talenty. Interesuje ich wyłącznie SPRZEDAŻ. Dlatego menedżerowie firm fonograficznych i impresariowie przyjeżdżają nierzadko dopiero na finały największych konkursów. Chcą dostać gotowy „produkt”. Nie są ciekawi, kto odpadł po półfinale.


 

Tymczasem tam również mogliby znaleźć prawdziwe „skarby”. Choćby Ivo Pogorelich nie doszedł do finału. Tak sobie myślę… Dobrze, że w ogóle jeszcze przyjeżdżają.

Tak. I powiedzmy to dobitnie – na wielu konkursach odkrywa się wspaniałych muzyków.


 

Czy konkursy to jedyna droga do międzynarodowej kariery?

Najpierw spytajmy – czy każdy musi zrobić karierę? Iść na studia? W przyrodzie jest tak, że nie każdy żołądź zostaje dębem. Na karierę mamy wyznaczony czas. Ktoś ustalił, że mija on po przekroczeniu 30. roku życia, to górna granica wieku na większości konkursów. A więc mamy szpital położniczy, który przyjmuje porody tylko do godziny 13. Absurd! Wyobraź sobie konkurs chopinowski, na którym grają 45-letni, dojrzali pianiści! Wspaniała sprawa! Po wtóre – nie jest tak, że o karierze decyduje wyłącznie wygrany konkurs. Jeśli ktoś myśli, że zwycięstwem zapewni sobie koncerty w największych salach, nagranie płyty oraz materialny spokój na wiele lat, może się rozczarować. Znam takich laureatów największych konkursów pianistycznych, którzy nie mają żadnych ofert, nie występują. Przeważnie uczą, grając od czasu do czasu koncerty. Jeden, dwa w ciągu roku.

Podczas Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina nie szuka się pianistów „uniwersalnych”. W założeniu ocenia się tam wierność stylowi chopinowskiemu. Co o tym myślisz?

Spróbujmy się zastanowić – czy Alfred Cortot, Raul Koczalski bądź Ignacy Friedman zostaliby dziś dopuszczeni do udziału w konkursie, czy przeszliby preselekcję? Ktoś powie, że to absurdalne pytanie. Niekoniecznie, jeśli ciągle słyszymy, że ocenia się wierność stylistyce chopinowskiej. Wydaje się, że bliżej źródła idiomu chopinowskiego byli pianiści, którzy mieli szczęście uczyć się u uczniów Chopina. Dlatego twierdzę, że jakkolwiek nie powinno się porównywać tak różnych stylów gry, osobowości, to Cortot, Friedman, Horszowski byli dużo bliżej prawdy niż Ekier, Blechacz czy Zimerman.


 

Idiom chopinowski – co masz na myśli?

Przede wszystkim swobodę, naturalność, potoczystą narrację, śpiewny dźwięk, unikanie mechanicznej, równej gry – a więc jeu inegal. To zrozumienie zasad bel canta, sugestywna retoryka, intymność, ale nade wszystko improwizacyjność wykonania. Te wszystkie cechy znajdziemy w grze dawnych mistrzów fortepianu. Improwizowanie interpretacji, władza momentu, spontaniczna gra. Dziś na konkursach premiuje się raczej jakości instrumentalne. Dlatego Cortot, Friedman nie mieliby szans.


 

Ale dlaczego?

Dzisiejsze wykonawstwo muzyczne to przede wszystkim jakości instrumentalne niepoparte wymiarem duchowym. Piano to piano. Ale jakie piano i dlaczego piano – to już nieistotne. Liczy się technologia gry, technika precyzyjnego wydobywania dźwięków we właściwym czasie, perfekcja, nieomylność, a więc czynniki wybitnie nieludzkie! To cechy maszyn. Tymczasem muzyka jest stanem duszy ludzkiej, jej aktualnej kondycji, nie zaś dobrostanem palców. Przeżycie, doświadczanie piękna jest dziś często na drugim planie. Pomagałem kiedyś pianiście-amatorowi, który cierpiał na rodzaj autyzmu. Okazało się, że to on mi pomógł. Nie mając żadnej wiedzy, dotykał absolutu. Nie myślał o stylu, o pedale, nie był skrępowany konwencją. Spowiadał się na fortepianie.


 

Dużo mówimy o konkursach z perspektywy uczestników. A ja jestem ciekawa, jakim jesteś jurorem? Co bierzesz pod uwagę?

Nie mam zbyt dużego doświadczenia, jurorem byłem kilka razy. To odpowiedzialne i trudne zadanie. Słuchając bardzo młodych muzyków, wiem, że ich gra może nie być dojrzała. Szukam wówczas wrażliwości na barwę dźwięku. U dojrzalszych artystów zwracam uwagę na charakter, wolę wykonawczą. Próbuję usłyszeć, czy ten człowiek kogoś kocha. Czy jest wrażliwym na piękno i różne stany emocjonalne człowiekiem. Czy cierpiał, czy PYTA, czy czeka na odpowiedź instrumentu. Emocje są zapisane w dźwięku, w mnogości odcieni, retoryce, czasie muzycznym. Paradoks polega na tym, że jeśli ktoś umie zaprosić nas w muzyczną i duchową podróż, podczas której zapominamy o fortepianie, oznacza to, że ma technikę wirtuozowską. Bo potrafi wydobyć to z kawałków metalu. Dziś natomiast wirtuozami zazwyczaj nazywa się ludzi, którzy grają bardzo szybko i bardzo głośno. Signum temporis.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz