Inna radość życia [rozmowa z Wisławą Ćwiklińską]

źródło: https://zacisze.waw.pl/pl/dlaczego-kochamy-opere

Wisława Ćwiklińska – sopran koloraturowy powojennej opery w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu, solistka Polskiego Radia, wieloletnia pedagog. Dzisiaj nadal zaraża swoją muzyczną pasją. Udziela prywatnych lekcji śpiewu i improwizuje na pianinie w zaprzyjaźnionej kawiarence Bombonierka przy Rynku Nowego Miasta w Warszawie (teraz co prawda ma przerwę, ale z pewnością do tego powróci). Prywatnie mama, babcia i prababcia. Z artystką rozmawia Magdalena Burek

Magdalena Burek: Jest Pani niezwykle aktywną osobą. Jak Pani to robi?

Wisława Ćwiklińska: Kochanie, dopóki możesz dysponować sama sobą, po prostu musisz sobie radzić. Wychodzę z założenia, że każdy człowiek ma własne słabości, ale nie powinien ich wykorzystywać do tego, by domagać się pomocy od innych. Próbuję raczej chować swoje słabości i pomagać sobie samej na ile to możliwe. Na przykład kiedy próbuję nawiązać dialog z widownią podczas prowadzenia koncertu moich uczennic i kiedy ktoś siedzący daleko chce coś powiedzieć, pytam przekornie: „A przepraszam, ile pani ma lat?”. Odpowiedzi oczywiście nie dosłyszę, więc komentuję: „Ooo… To ja muszę podejść bliżej, żeby panią usłyszeć!”. Ludzie się śmieją, a uczennice mają czas na przygotowanie się do występu. Obracam w żart swoją słabość i tak leci kabarecik.

Dlaczego uczy Pani śpiewać?

W ten sposób nie czuję się stara. Bo starość to jest, proszę ciebie, powolność, to myślenie: „oj, może jeszcze pośpię… chociaż powinnam wstać”, to ułatwianie sobie – czy trzeba, czy nie trzeba – życia. Po prostu fizycznie bardzo się nie chce. I jeżeli psychika nie jest mocna i mądra, jeśli ci nie pogrozi palcem i nie powie: „No, kochana! Jeżeli będziesz sobie tak folgować, to skrócisz sobie życie”… Nie w sensie fizycznym, po prostu stopniowo przestajesz myśleć. Tak nie można. Trzeba sobie zadać pytanie: „Co mnie czeka? Nie kiedyś, ale co mnie czeka teraz? Niby nic się nie dzieje i przypuszczalnie nic się nie wydarzy, więc muszę coś sobie wymyślić. A może będę robiła to czy tamto?”. Nie chce się – tak, to prawda, ale nie można się poddawać. Twierdzę, że całe życie byłam Zosią-samosią i taką chcę pozostać, żeby możliwie jak najdłużej się nie poddawać i żeby w granicach rozsądku mieć własną wolę, chęć do działania. Dokąd mogę. Żeby głowa pracowała, fizycznie nie możesz się poddawać. To jest warunek. Po prostu dopóki można, nie obarczaj drugiego człowieka. Czy wszyscy stosują taką receptę? Czy na wszystkich ona działa? Nie wiem.

Młodym też czasami… się nie chce…

Kochanie, młodzież ma za dobrze. Moje pokolenie i następne, że tak powiem, miało bardzo źle i dlatego podawaliśmy im – właściwie wam – wszystko jak na tacy. Wszystko, czego myśmy nie mieli. Teraz zapomina się, że to wy powinniście nam podawać.

Uczyła się Pani śpiewu w czasach międzywojennych. Jak wyglądała Pani edukacja?

Zrobiłam tzw. małą i dużą maturę na kompletach. Niemcy skasowali wszystkie szkoły oprócz szkół handlowych – chyba wyszli z założenia, że w tej działce ludzie będą potrzebni, nie wiem. Od małego pobierałam prywatne lekcje fortepianu, bo mama chciała zrobić ze mnie pianistkę. Śpiewu również uczyłam się prywatnie u prof. Magdaleny Halfterowej, córki Witolda Maliszewskiego. Była pianistką, ale uczyła śpiewu. Nigdy nie zapłaciłam za lekcje ani grosza, a kiedy zachorowałam na gruźlicę, pomagała mi, przysyłając paczki z żywnością.

A po wojnie?

Dzięki grze na fortepianie znałam teorię, potrafiłam sobie akompaniować i samodzielnie uczyłam się partii. To mi bardzo pomogło. Przy Marszałkowskiej 8 była scena operowo-muzyczna, gdzie debiutowałam w 1946 r. partią Rozyny z „Cyrulika sewilskiego”. Znalazłam się tam dzięki Pani Halfterowej i tak to się zaczęło. Dostałam nawet muzyczne świadectwo bez zdawania dyplomu, bo byłam już solistką pełną gębą. Śpiewałam w radiu w audycjach na żywo. Bardzo chciałam podejść do egzaminu, ale w szkole rozłożyli ręce, mówiąc: „A co my mamy z panią zrobić?”. Po prostu dostałam dyplom na podstawie osiągnięć artystycznych. Oprócz tego mam świadectwa z Wyższej Szkoły Handlowej. Właściwie to nie mam, bo mi ukradli. (śmiech) Śpiewałam też w wojsku, ale to inna historia.

Co z operą?

Kilka lat śpiewałam w operze w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu. Długo by opowiadać. Potem zaszłam w ciążę. Kontynuowanie pracy stało się niemożliwe z przyczyn formalnych i moich osobistych – że tak to ujmę. Straciłam głos.

Jak to?

Po prostu. To były trudne czasy.

Ale przecież śpiewała Pani później w filharmonii?

Pomogła mi koleżanka. Włączam kiedyś radio i słyszę piękny głos. „Kto to jest?” – myślę. Na ogół przecież wiem, kto jakim głosem śpiewa. Aż tu nagle nie mogę rozpoznać. Był to typowy mezzosopran z prawdziwym mięsem. Na koniec słyszę komentarz: „Śpiewała Bożena Brun-Barańska”. Zdębiałam. Do dziś pamiętam, że aż usiadłam z wrażenia. Przyjaźniłyśmy się za czasów okupacji, ale śpiewała wtedy zupełnie inaczej. Postanowiłam ją odszukać. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Bożena, coś ty zrobiła? Przecież ty miałaś inny głos!

– Ha! Nauczył mnie tancerz.

– Jak to tancerz???

– A tak! Przyjaciel tancerz. Uświadomił mi, że to jest sprawa oddechu.

I zaczęło się pokazywanie, o co tu chodzi. Nie będę ci tłumaczyć, bo się nie uczysz śpiewu. Dosyć na tym, że ja ten oddech poprawiłam. Nie wróciłam do dawnej formy, ale mogłam śpiewać.

Odczarowało to „trudne czasy”?

Niezupełnie. Wszystko było ze sobą powiązane. Jedna pensja na nas troje nie wystarczała. Mąż, Witold Ferfet – wówczas świeżo upieczony adwokat – albo miał sprawę, albo nie, więc nie mogłam zająć się domem w zupełności. Musiałam zarabiać. Zaangażowałam się do filharmonii i Artosu (Państwowa Organizacja Imprez Artystycznych), więc praca była, ale nie mieliśmy mieszkania. Przyjęła nas moja kochana ciotka, której mąż był skazany na więzienie za polityczne grzechy. Mogliśmy u niej mieszkać, dopóki nie wrócił. Potem moje dziecko zostało, jak to się mówi, na wychowaniu u ciotki, a myśmy się znowu szwendali. Aż zawiązała się spółdzielnia adwokacka i kupiliśmy mieszkanie. Mój syn miał wtedy siedem lat… Tyle lat tułaczki. Zatem widzisz, życie nie składa się z samych radości, raczej z niespodzianek. Wydaje mi się, że na różne sposoby kształtuje się człowieka, a ten albo się rozpada, albo bierze się w garść i leci do przodu. Wydaje mi się, że to sprawa charakteru i wyboru.

Wybrała Pani rodzinę.

I dzięki temu miałam wspaniałego syna, ale to nie był łatwy wybór. Trudne czasy. Podejmowanie decyzji zawsze jest trudne. Czasami płaci się dużą cenę za to, że wybiera się – nazwijmy to – inną radość życia, jakieś inne losy. I albo dostaniemy rekompensatę za to, że nie zajęliśmy się własną karierą, albo i nie. Nie wiadomo. To jest właściwie samo życie. Nic nie wiesz na ten temat, co?

Możesz tylko myśleć, że ten wybór jest trafny, ale czy jest rzeczywiście? Nie wiesz. Może to jest dobrze, że tak się dzieje. Ciągle czegoś oczekujesz, do czegoś zmierzasz, a jest to w zasadzie taka gra w niespodziankę. Mój mąż zmarł już jakieś trzydzieści lat temu. Trzeba było przywyknąć do nowego życia. Przeszło rok temu umarł mój syn i też muszę przywyknąć… Pomimo wszystko życie jest bardzo krótkie i mówię to, chociaż, widzisz, długo żyję. Ciesz się radością życia! Szukaj radości! Doceniaj to, że jesteś zdrowa, że bliscy są zdrowi. Budź się i mów: „O! Jakie piękne słońce!”. Ja się codziennie witam z moją dziewczyną, bo ten modrzew, który stoi za oknem, to nie jest pan modrzew, to pani. I patrzę na nią codziennie i pytam: „A jaka ty dzisiaj jesteś? Ruchliwa?”, bo jak jest wiatr, to ona tańczy! A jakże! Czasami patrzę i myślę: „A jaką bym chmurkę wybrała? Gdzie bym pofrunęła?”. Popatrz z wysoka na to wszystko! A potem… wracaj na ziemię. Jak ja. Myję się, ubieram, słucham TOK FM, co tam się w Polsce dzieje naszej ukochanej. I tak leci kabarecik. Czasem obserwuję siebie i mówię ze zgrozą: „Moja ty kochana, na koniec tak utyjesz…”, bo jak nic innego lubię czekoladę i to tak barrrdzo, że nie mogę się powstrzymać. Woli już nie mam! A w ogóle jak można mieć silną wolę? Dlaczego mam nie zjeść kawałka czekolady?! O co tutaj chodzi?

Mam podobnie…

Kochanie, zapewne masz niedobór magnezu, a twój organizm to sygnalizuje. Nie walcz z nim! To dobry doradca.

Jak sobie Pani radzi w czasach… kwarantanny?

Diabli mnie biorą! Nie lubię bezczynności. Nie chcę nawet końcówki życia takiej… bezrobotnej. Życie mi się kurczy – no bo przecież nie wydłuża – a mnie nie wolno wychylić nosa z domu, bo jeszcze coś mi na niego usiądzie. To, że ja jem, chodzę, to jest dla mnie wiecznie za mało.

Daniel Auber Aria "Śmiech", wyk. Wisława Ćwiklińska

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)