Czy potrzebna nam jest operetka? [„Wiedeńska krew” w Operze Krakowskiej]

09.06.2026

Czy potrzebna nam jest operetka? To pytanie usłyszałam po premierze „Wiedeńskiej krwi” w Operze Krakowskiej. Nie odpowiedziałam od razu, bo temat jest złożony. I tak naprawdę nie znam dobrej odpowiedzi.

 

Pytanie wraca zresztą regularnie i zwykle wtedy, gdy ktoś z pobłażliwym uśmiechem mówi o lekkiej muzyce, walcach, pomyłkach miłosnych i świecie, którego już przecież nie ma (czy rzeczywiście? Intrygi, romanse i bzdurne reality show, w których pary mają się w sobie zakochać pod czujnym okiem widzów istnieją i dobrze się mają w telewizjach i serwisach VOD). A jednak wystarczy wejść do teatru podczas dowolnej operetki, usłyszeć pierwsze takty muzyki Straussa, Kálmána czy Offenbacha i zobaczyć publiczność, która po kilku minutach zaczyna oddychać tym samym rytmem, by zrozumieć, że operetka wcale nie jest muzealnym eksponatem. Jest potrzebą doświadczania: wdzięku, humoru, melodyjności i teatralnej elegancji, których współczesna kultura często się wstydzi lub myli z powierzchownością.

 

Kraków doskonale zna tę tradycję. Przez dziesięciolecia operetka miała tu wierną publiczność i własne gwiazdy. Wystarczy wspomnieć Iwonę Borowicką, artystkę, która potrafiła łączyć wokalną klasę z aktorskim temperamentem i scenicznym urokiem. To właśnie takie osobowości budowały renomę gatunku i instytucji, przypominając, że operetka nigdy nie była „łatwiejszą operą”. Przeciwnie, bywa dla wykonawców bezlitosna.

 

Bo operetka wymaga wszystkiego naraz. Trzeba śpiewać z operową swobodą, mówić z naturalnością aktora dramatycznego, tańczyć, poruszać się lekko i jeszcze zachować poczucie stylu, którego nie da się osiągnąć wyłącznie techniką. W operze można czasem ukryć się za monumentalnością muzyki; w operetce scena natychmiast obnaża sztuczność. Tu nie wystarczy dobry głos. Potrzebna jest osobowość, rytm, komediowy refleks i umiejętność prowadzenia dialogu tak, by publiczność uwierzyła, że wszystko dzieje się naprawdę. A wykonanie musi wyglądać lekko, choć wymaga ogromnej dyscypliny.

 

 

 

Z tego powodu najnowsza, majowa premiera „Wiedeńskiej krwi” w Operze Krakowskiej okazała się czymś więcej, niż nostalgicznym powrotem do dawnego repertuaru. Przypomniała, że operetka, kiedy trafia w ręce artystów świadomych jej stylu, potrafi być sztuką niezwykle wymagającą. Jednocześnie dającą widzom rzadką dziś przyjemność: ponad trzy godziny czystej teatralnej radości bez cynizmu i wstydu wobec piękna.

 

Zadbali o to wszyscy realizatorzy. W szczególności Maarja Meeru, scenografka i kostiumografka, której fioletowa, kwiecista aranżacja całej sceny zbudowała wizualną narrację wydarzenia. Wpasował się w ten obraz Giorgio Madia, reżyser i choreograf, który sprawił, że w tej słodkiej, bajecznej scenerii wykonawcy wypadli wiarygodnie i ciekawie; akcja wolna była od dłużyzn, a każdy ruch, gest, miał znaczenie i na równi ze słowem i muzyką opowiada fabułę. Partyturę Straussa świetnie odczytał Jacek Boniecki, dając wybrzmieć walcom i pozwalając śpiewakom czuć się pewnie i swobodnie. Brawa należą się także Andrzejowi Korzeniowskiemu i Joannie Wójtowicz za przygotowanie chóru. 

 

Całość bardzo sprawnie poprowadzili podczas spektakli inspicjenci Mateusz Makselon na zmianę z Justyną Jarocką- Lejzak.

 

 

 

 

Artyści również spisali się zgodnie z oczekiwaniami. W różnych dniach zobaczyć można a to Adama Sobierajskiego w roli Hrabii, a to Karin Wiktor-Kałucką jako Gabrielle, Zuzannę Caban w roli Franzi czy Paulę Maciołek jako Pepi. W operetkowych rolach odnajdują się także młodzi – artyści-rezydenci Opery Krakowskiej, jak Jakub Luboiński czy Kateryna Rychkova. Świetnie przygotowani – chór, balet i oczywiście orkiestra – uzupełniają muzyczny obraz „Wiedeńskiej krwi”, który może podobać się nawet najbardziej wiernym fanom gatunku. 

 

Czy więc potrzebna nam operetka? Może nie odpowiem radykalnie: TAK. Bo to oznaczałoby konieczność stworzenia kolejnego teatru muzycznego w Krakowie, w którym ten gatunek rozwijałby się w trybie ciągłym, z kilkunastoma spektaklami w miesiącu. Odpowiem inaczej: operetka jest nam potrzebna od czasu do czasu. Jak dobra komedia w kinie, jak spektakl teatralny, z którego wychodzimy ubawieni po pachy. Operetka potrzebna nam jest jak wietrzenie pokoju, w którym powietrze stało się ciężkie i stęchłe. Daje nam operetka oddech, dystans. A jednocześnie – dzięki swojej pozornej lekkości – pozwala na refleksje znacznie głębsze i poważniejsze, zaczynające się od zdania: „Ech, ja bym nie mógł, jak ten Hrabia, tak żyć”. I może po to potrzebna nam operetka – żeby doświadczyć piękna, lekkości, wspólnie, razem, aby potem móc o tym porozmawiać.

 

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

 

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.