Nie taki diabeł straszny, gdy śpiewa basem [Ildar Abdrazakov na festiwalu Sopot Classic]

13.08.2021

Jak twierdził Stanisław Jerzy Lec: „W piekle diabeł jest postacią pozytywną”. Jest nią także, wbrew zamierzeniom librecistów i kompozytorów, w teatrze operowym. Z prostej przyczyny, że partie czarnych charakterów – często diabłów – obsadza się śpiewakami o najniższym głosie, jakim jest bas. Basso profondo, głos męski, atrakcyjny, o ciemnej barwie, oddziałujący na zmysły. Sprawiający, że nagle, w sposób iście magiczny, widz operowy zaczyna sympatyzować z władającym tymże głosem czarnym charakterem.

Na sympatyczne spotkanie z diabłem – bo tak też nazwał swój koncert gość 11. festiwalu Sopot Classic, „Kings and Devils” („Królowie i diabły”) – przybyła licznie zgromadzona publiczność, nie tylko z Trójmiasta, lecz także z całej Polski. Oto nadszedł moment, który można uznać za wręcz historyczny. Na polskiej letniej festiwalowej scenie operowej na jeden wieczór w niepamięć odszedł kult tenora. Wszyscy melomani, u których daje się zaobserwować przesyt wysokimi głosami męskimi, mogli odetchnąć z ulgą, gdyż dyrektor festiwalu, maestro Wojciech Rajski, na solowy recital w Operze Leśnej zaprosił basa. I to nie byle jakiego basa. Gwiazdą Gali Operowej okazał się sam Ildar Abdrazakov.

 

Pochodzący z Rosji solista ma na swoim koncie czołowe partie basowe w najsłynniejszych operach świata. Święcił triumfy za oceanem na scenie nowojorskiej Metropolitan Opera jako szlachetny kniaź Igor z opery Borodina czy pełen temperamentu Henryk VIII w „Annie Bolenie” Donizettiego. Abdrazakov specjalizuje się w muzyce słowiańskiej, konkretnie rosyjskiej, a jednocześnie dba o wszechstronność, wcielając się w bohaterów oper włoskich (Verdi, Boito, Rossini) czy francuskich (Gounod, Offenbach). Obecnie jest uważany za najpopularniejszego współcześnie żyjącego basa. Zatem nic dziwnego, że oczekiwania przed jego pierwszym w Polsce solowym recitalem były bardzo wysokie.

Wbrew założeniom programu, artysta rozpoczął swój występ arią króla Rene z opery Piotra Czajkowskiego „Jolanta”. I już od pierwszych fraz wzbudził nie lada kontrowersję. Głos Abdrazakova zabrzmiał zaskakująco nieczysto. Z jakiej przyczyny? Stres przed nowym miejscem, zmęczenie próbami, niesprzyjający nadmorski klimat? Trudno zgadnąć. Choć oczywiście należy pamiętać, że śpiewak operowy nie jest maszyną do wydawania dźwięków i nie zawsze jego głos brzmi perfekcyjnie we wszystkich rejestrach.

 

Pomimo tego drobnego rozczarowania, później było już tylko lepiej. Zarówno w przepełnionym bólem niespełnienia monologu Filipa II „Ella giammai m'amo” z opery „Don Carlo” Verdiego, jak i w arii kniazia Igora z I aktu arcydzieła Aleksandra Borodina. Najkorzystniej natomiast głos artysty brzmiał w zamykającej pierwszą część koncertu arii kolejnego verdiowskiego bohatera, Atylli, co wyraźnie wskazywało na to, że poczuł się w niej najswobodniej i czerpał prawdziwą przyjemność z wykonania. Mimo że na niekorzyść solisty z pewnością zadziałało sztuczne nagłośnienie. W pierwszej części niedostatecznie nagłośniony, choć przecież potężny bas miał trudności z przebiciem się przez orkiestrę. Operowi królowie nie przejęli władzy nad Operą Leśną.

 

Na szczęście wszelkie drobne braki techniczne Abdrazakov nadrabiał niebanalnym, charakterystycznym wizerunkiem. Sroga, emanująca wschodnią dzikością aparycja, ekspresyjna mimika twarzy, a także niewspółczesna uroda to wprost idealne warunki zewnętrzne dla śpiewaka do wcielania się w bohaterów historycznych, takich jak wyżej wspomniany kniaź Igor czy Borys Godunow. Ich dopełnieniem, czy wręcz zwieńczeniem, powinien być głos.

 

Druga część koncertu była wokalnym popisem diabelskich sztuczek – gdyż to właśnie diabły, demony, wysłannicy piekieł zdominowali starannie ułożony program. Dapertutto z „Opowieści Hoffmanna” Offenbacha i Mefistofeles z „Fausta” Gounoda wybrzmieli staranną, pięknie frazowaną francuszczyzną. Pojawiła się także tzw. aria z gwizdem „Son lo spirito” z opery „Mefistofeles” Arriga Boito, w której przed laty nie miał sobie równych Cesare Siepi. Abdrazakov wykorzystał ten moment, by zaangażować publiczność, wygłaszając krótką, acz treściwą komendę: „gwizdać!”, co też widzowie chętnie uczynili. Po takiej rozgrzewce po prostu musiały pojawić się bisy.

I choć program koncertu oscylował wokół najbardziej rozpoznawalnych arii basowych, pozostawił po sobie pewien niedosyt. Nie chodzi już nawet o operowe szlagiery, jak aria Don Basilia „La calunnia” z „Cyrulika sewilskiego”. Na mojej liście życzeń jako widza figurowały aria księcia Griemina z „Oniegina” Piotra Czajkowskiego, czy Borys Godunow, z wykonywania którego Abdrazaov słynie na całym świecie.

 

Jednakże, zamiast wyżej wspomnianych, operowych perełek, na bis zaserwowano publiczności całkowicie odmienne klimaty muzyczne. O ile pojawienie się pieśni „Oczi czornyje” można jeszcze zrozumieć, jako swoiste podkreślenie rosyjskich korzeni śpiewaka, tak całkowitym zaskoczeniem okazała się zamykająca koncert pieśń neapolitańska „Funiculi, funiculà”. Ten utwór muzyki popularnej, napisany na cześć otwarcia kolejki linowej na Wezuwiusza, jest doskonale znany melomanom w wykonaniu… tenorów. Bo najczęściej to właśnie tenorzy bawią się konwencją, wprowadzając do programów swoich koncertów w domach kultury coś lżejszego i bardziej rozrywkowego. A przecież sopocka publiczność nie zgromadziła się na widowni domu kultury, lecz Opery Leśnej. I nie przyszła na występ tenora, ale basa. Można zatem postawić w tym miejscu pytanie, czy ten, a nie inny dobór utworów na bis nie zachwiał nieco klimatem całego koncertu, który bądź co bądź został w całości wypełniony przez twardy, operowy repertuar.

 

Nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednym, pozamuzycznym aspekcie koncertu, mianowicie aspekcie wizualnym. Na górujących nad sceną telebimach wyświetlano fragmenty dzieł malarskich, mających z założenia współgrać z tematyką każdego z wykonywanych utworów. I choć pomysł na zilustrowanie koncertu malarstwem zamiast serią fotografii przypadkowych pejzaży (co miało miejsce kilka lat temu podczas koncertu Piotra Beczały) to dobry trop, gdyż na ekranach można było podziwiać obrazy i grafiki takich mistrzów, jak Albrecht Dürer, Pieter Bruegel Starszy czy Francisco Goya, nie zawsze były one tematycznie powiązane ze śpiewanymi przez Abdrazakova ariami z oper. Ponadto rozdzielczość wyświetlanych plików graficznych pozostawiała wiele do życzenia, co podczas prezentacji obrazów w tak dużej skali powinno mieć kluczowe znaczenie dla przejrzystości odbioru.

 

Orkiestra pod batutą Wojciecha Rajskiego starała się, całkiem słusznie, nie kraść show bohaterowi wieczoru. Ildar Abdrazakov dał się poznać polskiej publiczności jako wrażliwy interpretator, pełen temperamentu śpiewak i charyzmatyczna osobowość sceniczna. A tacy artyści zawsze przyciągają tłumy i wzbudzają silne emocje. Wieczór w towarzystwie jego królewsko-diabelskich wcieleń można niewątpliwie uznać za udany, pomimo kilku, nie zawsze pozytywnych, niespodzianek.

 

Beata Fischer

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prestoportal.pl | +48 579 66 76 78

Dodaj komentarz