Kobieta/y na miarę czasów [„Hrabina” Stanisława Moniuszki w reż. Karoliny Sofulak w Teatrze Wielkim w Poznaniu]

30.11.2025
Hrabina Moniuszko Sofulak

Róż, czerwień, pomarańcz. Wyrazista kreska kobiecej twarzy, która wpisana jest w poruszone skrzydło.
Wizerunek promujący poznańską inscenizację „Hrabiny” w reżyserii Karoliny Sofulak doskonale wyznacza przestrzeń napięć między emocją a znakiem, między Polką i Polską, kobietą i symbolem
. W roli głównej jest Moc.
Tylko, gdzie ci mężczyźni…
 

Jest rok 1860. Warszawska publiczność otrzymuje od Stanisława Moniuszki muzyczny podarek – wyraz wdzięczności za „uprzejme przyjęcie” jego „Halki”. W sali poruszenie, znów sukces.
Na pierwszy ogień w komentarzach, zarówno prasy, jak i publiczności, idzie dramaturgiczny „pik” nowej opery mistrza: zamieszanie wokół rozdartej sukni. Jednak po chwili wszyscy orientują się, że ten utwór, którego akcja osadzona jest w XVIII wieku, choć opakowany w formę komiczną i podbity elementami śpiewogry, puszcza do widza oko satyry. I robi się już mniej zabawnie.
To kolejna uwierająca odsłona spolaryzowanego społeczeństwa polskiego: warszawska elita zainfekowana konformizmem i modą francuską spod znaku „Pałacu pod Blachą” kontra grupa patriotycznej szlachty, spadkobierców idei Sejmu Czteroletniego, Kołłątaja i Jasińskiego. Publiczność doskonale odczytuje aluzje narodowe zaszyte w muzyce. Już w uwerturze Moniuszko miękczy serca rzewnymi nutami dumki, serwuje piosenki wiwatowe i pieśni myśliwskie, budzi słuchaczy dźwiękami surm wojennych i marszowych rytmów, w których nietrudno rozpoznać tradycyjny sygnał wzywający do prezentowania broni przed sztandarem.
Dalej kompozytor używa inteligentnego zabiegu: z lekkim przekąsem przypomina degrengoladzie moralnej socjety o obowiązkach narodowych. W arii polonezowej, skrojonej na modłę mozartowskiej arii katalogowej, umieszcza motyw fircykowych zalotów, „podszywając” go narodowym tańcem. Nie stroni też od satyry w pompatycznym menuecie, przywodzącym na myśl wersalskie festyny i dworskie uroczystości. Sama postać Hrabiny, zarówno w warstwie literackiej, jak i muzycznej, nosi wszystkie karykaturalne rysy arystokratki z salonu.

 

Jest rok 2025. Publiczność poznańska w ramach Festiwalu Moniuszki 03 od Karoliny Sofulak otrzymuje „Hrabinę”. To wyraz twórczego dialogu reżyserki z dziełem narodowego wieszcza. Autorka nadaje operze podtytuł „Sen niepodległej Pol(s)ki”.
Minęło sto sześćdziesiąt pięć lat, a „Hrabina” znów budzi emocje, tym razem w zupełnie innej tonacji. Jest sukces!
Stojąc w kolejce do szatni po spektaklu, słyszę dwa różne komentarze: „Sztos! Wreszcie ta zramociała opera ożyła” i „Moniuszko w grobie się przewraca”. Uśmiecham się. Potrzebuję chwili, żeby znaleźć dla siebie miejsce między takimi dicta. Tymczasem w głowie kołacze mi się odwieczne pytanie o rodzaj zażyłości między oryginalnym dziełem a jego współczesnymi odsłonami.

 

W inscenizacji „Hrabiny” Karolina Sofulak zmienia wektory idei wpisanych w libretto Moniuszki. To, co u kompozytora porządkowało rzeczywistość, czyli tradycja, rola mężczyzny, idea honoru, tutaj zostaje zakwestionowane lub zdezawuowane. W zamian reżyserka proponuje świat rozchwiany, pulsujący ironią. Przeprowadza widza-słuchacza przez trzy epoki: I Rzeczpospolitą, Dwudziestolecie Międzywojenne oraz przełom lat 80. i 90. XX wieku wraz ze współczesnością tu i teraz.

 

Uwertura w inscenizacji Karoliny Sofulak nie otwiera już salonu, lecz uruchamia obrazy. Ekran wraz z piętrową sceną obrotową tworzą wspólną przestrzeń, jakby sen przenikał się z jawą. Podoba mi się ten pomysł na uwerturę! To błyskotliwy muzyczno-wizualny „trailer” przygotowany w konwencji „starego kina”. Sofulak bawi się pastiszem z niemal „memicznym” poczuciem humoru, a wraz z nią i widz. Groteskowy ruch postaci w projekcjach video autorstwa Karoliny Fender-Noińskiej doskonale otwiera spektakl w tonie lekkiej ironii podszytej kampem.


Na ruchomej platformie już coś się toczy: wspomnienia, projekcje, zwiastuny oraz teraźniejszość. Przestrzeń kręci się powoli jak mechanizm pamięci i teraźniejszości. Tu historia i sen mieszają niczym w gęstej emulsji nostalgii, ale też nadziei. Zamiast klasycznego preludium mamy migotliwy kolaż dźwięków i obrazów: trochę kabaret, trochę wideoklip, trochę sen o Polsce (?), która przegląda się w swoich epokach jak w lustrze.


I oto są pierwsze migawki akcji – a raczej ich zapowiedzi – choć to, co dzieje się na scenie, wciąż pozostaje zasnute przezroczystą, ekranową kurtyną. Sofulak dyskretnie rozrysowuje układ relacji, sił, ale też emocji między bohaterami. Hrabina dumnie przechadza się po przestrzeniach domu. Obserwuje pracę modystki Lazarowej, spogląda z lekkim dystansem i pobłażliwością na grającego na wiolonczeli Chorążego, wchodzi w subtelny, choć ostrożny flirt z wewnętrznie zablokowanym Kazimierzem, po czym niespodziewanie natyka się na Dzidziego i Podczaszyca. Bronię traktuje jak powietrze, ona z kolei wpatrzona jest w krewną jak w obrazek. Po chwili zgromadzeni koncentrują się na rozpakowywaniu wielkiego posągu Nike. Skrzynia, w której figura się znajduje, opatrzona jest napisem „FRAGILE ATTENTION”. Na razie Nike pozostaje spętana sznurami. Nadejdzie czas, kiedy Hrabina ją uwolni. To ważny moment nie tylko pod względem dramaturgicznym, ale i scenicznym. Od tej chwili to ona, Nike, prowadzi opowieść i staje się wszechobecna.


A co z Dianą? Suknia szykowana dla Hrabiny ma być w stylu Łowczyni. Sofulak rozpisuje postać Hrabiny na dwa głosy: Dianę oraz „posąg w greckim stylu”. Obie figury są niezależne i dumne, jednak to posąg Nike będzie cały czas towarzyszył akcji, przypominając, że choć dotknięta stratą, pozostaje niezłomna.
Niezłomności w artykulacji postaci Hrabiny stworzonej przez Moniuszkę i Wolskiego nie znajduję, lecz przy założeniu, że Karolina Sofulak nie zamierza być wierna pierwotnemu dziełu, przyjmuję tę koncepcję. Dla reżyserki Hrabina to nie tylko Polka, ale także Polska. Mamy tu więc podwójną metonimię. „Hrabina” zrzuca kostium „dramatu” o salonowej próżności, a staje się opowieścią o kobiecie jako zwierciadle narodu. W tym sensie można ją odczytywać nie jako jednostkę, lecz jako personifikację polskości – z całą jej neurotycznością, tęsknotą, rozdarciem.


A jak śni Pol(s)ka? Przyznam, że „śnienia” w inscenizacji Karoliny Sofulak nie czytam wyraźnie. Reżyserka nie czerpie z „narzędziowni” onirycznej, nie rozluźnia czasu, nie zaciera granic między jawą a marzeniem. To bardziej ironiczny sen świadomości zbiorowej niż poetycki sen jednostki. Śnimy tu z otwartymi oczami, w rytmie groteski i satyry. Może Sofulak zaprasza widza do śnienia rozumu, który z cierpkością przygląda się samej idei niepodległości. Wtedy każdy akt opery byłby kolejną fazą snu Niepodległej Pol(s)ki – snu o wolności, o dojrzewaniu, wreszcie o samopoznaniu. A jeśli to też sen o potędze?… Zastanawiam się nad jeszcze jednym tropem. Być może „Hrabinę” potraktować należy jako sen proroczy albo myśl otwartą dotyczącą współczesności.

 

Pod lupę biorę cały akt drugi, który jest wielką rewią we wszystkich jej odsłonach naraz! Mamy tu: widowiskowe scenki, piosenki, tańce, pokazy, parady, przemarsze, wszak to teatr w teatrze. U Moniuszki i Wolskiego rewia „Pod Blachą” odsłaniała pustkę i sztuczność towarzyskiej elity, salonową modę importowaną z Paryża. Zapewne miała być metaforą społeczeństwa, które żyje w spektaklu własnych póz. U Sofulak scena próby do balu nabiera charakteru symboliczno-erotycznego. To wyzwolony performance, afirmacja kobiecej mocy, rodzaj „karnawału” emancypacji. Poprzez śmiech i grę Polska-Polka odzyskuje swoją podmiotowość. Motyw muszli-waginy to wprost akt intronizacji kobiecego sacrum. Wenus to, obok Nike i Diany, kolejne imię Hrabiny.
Hrabina i jej świta klakierów, klakierek, biskupów i przyjaciół LGBT+ świetnie się bawią. Brakuje jeszcze gromkich okrzyków „kto nie skacze ten maruda”! Nie, nie wszyscy jednak dobrze się bawią. Marudy, czyli Chorąży, Bronia i Kazimierz, „ciągną nosa”. I jeszcze ta nieszczęsna gafa
– spódnica, która w inscenizacji Karoliny Sofulak zamieniona jest na gaśnicę. Tak! Hrabina zostaje spektakularnie obryzgana pianą przeciwpożarową. No i po miłości – na chwilę. Wraca w trzecim akcie oczywiście. Bardziej dojrzała, przemyślana, albo i nie. Miłość Hrabiny do Kazimierza to jej jedyna „słabość”. Nieszczęsna romantyczna miłość… Co lub kogo widzi w Kazimierzu? Sama nie wie. Mówi, że jest dobry i szlachetny. Jej wybranek cechuje się uczciwością i prostolinijnością oraz introwertyczną osobowością, których jak na lekarstwo szukać w socjecie. Czy patriotyzmem żołnierza Hrabina jest zainteresowana? Raczej nie. Ceni natomiast jego („egzotyczne”) umiłowanie ładu moralnego. Nie wiadomo, czy Kazimierz jest inteligentny i ambitny, czyli czy posiada cechy psychiczne, które są wskaźnikami potencjalnego sukcesu mężczyzny. Hrabina kocha i kropka. To zasłona dymna kryjąca (ewentualne) wady obiektu. Wiemy, że Obiekt da kosza w trzecim akcie zakochanej wdowie, wiemy też, że ona się pozbiera.
W poznańskiej inscenizacji wszystkie „związkowe” sprawy toczą się przy okrągłym stole – trochę na gorąco, trochę taktycznie. Hrabina przez chwilę gotowa jest ujawnić swoje wdzięki Kazimierzowi. Ostatecznie daje sobie spokój. Walkę o rękę Kazimierza wygrywa miłośnie „bluszczowa” Bronia, bierna, ale wierna. Cóż, Hrabina poradzi sobie z tą porażką znakomicie, jak przystało z resztą na kobietę-Nike. Zagra nawet niektórym na nosie. Jak się kończy opowieść
wiemy. U Sofulak trochę jak u Mrożka. Wypijmy za Polskę, za jej błędy…


 

A teraz (mój jako widza) sen proroczy. Kazimierz z Bronią będą sobie sielsko gruchać, żyć na wsi spokojnej i wesołej z gromadką niewykształconych dzieci. Chorąży umrze gdzieś tam po cichu ze zgryzoty za dawną Polską, Hrabina nie znajdzie męża, bo nie ma w kim wybierać, młoda wdowa zostanie więc singielką i wraz ze swoją przyjaciółką panną Ewą będą regularnie chodziły do najdroższego SPA w stolicy. Dzidzi nigdy nie zostanie Zdzisławem. Znajdzie sobie za to bogatą pannę i będzie ją woził bmw za pieniądze swojego wuja. Podczaszyc może załapie się na jakąś kobietkę „new money” z matrymonialnego rynku wtórnego albo zapije się dobrymi trunkami w drogim klubie. Syreny zbiją fortunę na perłach hodowanych w muszlach w kształcie waginy.
Kurtyna.

 

W „Hrabinie” Karoliny Sofulak wszystko iskrzy. To przedstawienie zrealizowane z rozmachem, precyzją i wyczuciem detalu. Gromkie brawa kieruję w stronę scenografki Doroty Karolczak. Jej pomysły dekoracyjne są przemyślane i pełne znaczących szczegółów. W mojej uśmiechniętej pamięci zostaje parawan z malowidłem „Narodzin Wenus” Botticellego, za którym przebiera się Hrabina – gest prosty, a jakże symboliczny.


Za ruch sceniczny odpowiadała Monika Myśliwiec. Niezliczona liczba układów choreograficznych robi wrażenie – trzeba je było „czytać” błyskawicznie, bo opalizowały sensami.
Kostiumy, które przygotowała Ilona Binarsch, to kolejna mocna strona spektaklu. Stroje Hrabiny – perfekcyjnie skrojone, przemyślane w każdym detalu – układają się w znaczącą opowieść o przemianie. Kreacje były aż cztery: Hrabina w stroju szermierczym, w garniturze, w kostiumie Diany, wreszcie współczesna:w kobiecej szmizjerce i czerwonej, skórzanej kurtce. Kostiumy wymyślone dla tancerzy i chóru ujawniły nieskrępowaną, barwną wyobraźnię Binarsch. O projekcjach wideo autorstwa
Karoliny fender Noińskiej już wspominałam i podtrzymuję: rewelacja! Całości dopełnia światło, którym doskonale „grał” Giuseppe di Iorio.

 

Wśród solowych ról najbardziej świeciła Hrabina, czyli Aleksandra Orłowska. Mam wrażenie, że tytułowa postać najbardziej precyzyjnie została nakreślona przez reżyserkę.
Aleksandra Orłowska doskonale sprostała zadaniu. Była krwiście ekspresyjna i charakterna. Muzycznie ujmowała liryzmem, pięknie prowadziła kantylenowo-koloraturowe frazy, we fragmentach wodewilowych była idealnie lekka, no i cieszyła ucho nienaganną techniką. Warto podkreślić, że Moniuszko skomponował dla tej postaci niezwykle bogate i trudne partie, wymagające ogromnych umiejętności wokalnych. Podobnie skroił też arię dla Panny Ewy –w tej roli Małgorzata Olejniczak-Worobiej. Pasaże, tryle, biegniki koloraturowe – z tymi wokalnymi „ekscesami” artystka poradziła sobie wystarczająco.
Wiarygodnie wypadł też Kazimierz. Sofulak wymyśliła go jako bohatera „łajzę”, bohatera, który nie ma budzić sympatii i poważania.
Z całego skarbca moniuszkowskich cech tej postaci reżyserka zostawiła tylko „szczerego prostaka”. Łukasz Załęski nie miał więc łatwego zadania. Świetnie się z niego wywiązał, przekonał mnie, że Kazimierz jest ofermą.
Magdaleny Pluty w roli Broni też nie polubiłam. To dobrze. Bronia przekonująco zagrała dziewczę gąskę wpatrzoną w Kazimierza, w drugim akcie świetnie poprowadziła rolę jako kobieta „popychadło”, na koniec w stylu bluszczowym „wychodziła” sobie Kazimierza. Pluta posiada duże możliwości głosowe, dobrze brzmi w wyższych partiach, jednak nie przekonał mnie jej sposób prowadzenia fraz.
Kolejny bohater z „obozu patriotycznego”, czyli Chorąży, to też rola w inscenizacji Karoliny Sofulak mało wdzięczna. Wojskowa, zasłużona
przeszłość szlachcica oraz miłość do ojczyzny nie tylko nie budzą szacunku. Chorąży w kreacji Rafała Korpika już w pierwszych scenach snuje się w żółtym żupanie przypominającym szlafrok i wywołuje politowanie.
Podczaszyc to rola o charakterystyce basso buffo z licznymi partami melodeklamacyjnymi. W libretcie Wolskiego komentuje wydarzenia, jest bacznym obserwatorem. Wojtek Gierlach umknął mi wokalnie. Zapamiętałam go za to jako przekonująco „śliskiego” jegomościa.


Drugą postacią komiczną jest Dzidzi. Rafał Żurek był zabawny. Jego (mały) Zdzisław to elegancki gamoń, który budzi ironiczny, jednak ostatecznie pobłażliwy uśmiech. Dobrze i lekko słuchało mi się rossiniowskich fraz Żurka o precyzyjnej, perlistej artykulacji.
Chór Teatru Wielkiego to już marka. Wszak Poznań chórami stoi. Mariusz Otto świetnie przygotował swój zespół. Jednorodność barwy, balans dynamiczny, zwarte brzmienie oraz swada sceniczna
– te cechy bardzo cenię w poznańskim chórze.
Dyrygentka Katarzyna Tomala-Jedynak poprowadziła całość przedstawienia sprawnie. Jej koncepcja muzycznej narracji skrojona była blisko Moniuszki, choć czasem brakowało mi wartkości nie tyle w artykulacji (ona była nienaganna, w sekcji perkusyjnej wręcz doskonała), lecz w tempach. Tu zdarzały się też nierówności między orkiestrą a chórem, jednak przymykam oko.

Poznańska inscenizacja „Hrabiny” to dzieło niezwykle interesujące współcześnie, lecz bardzo rozszczelnione względem źródła. Jeśli operze Moniuszki Karolina Sofulak dała „nowe życie”, uczyniła to na prawach licentia poetica pisanej złotymi literami w dynamice forte. I nie chodzi tu tylko o dodanie podtytułu i wycięcie partii mówionych. Jej inscenizację w ramach 03. Festiwalu Moniuszki wpisałabym w nurt kontrlektury. Podobnie jak w wielu współczesnych adaptacjach klasyki (chociażby Ilaria Lanzino i jej „Straszny Dwór”), i tu tradycja staje się obiektem drwiny. To nie jest mój zarzut, raczej obserwacja ideowa. Reżyserka spogląda na tradycję przez pryzmat jej ukrytej opresyjności – ciężaru dawnych norm i zwyczajów. Staje się ona obiektem ironii, czasem kpiny. Podobnie czyni z pamięcią i tożsamością narodu. I tu znów myślę sobie, jak się w nich dziś przeglądać, skoro serwowane są w kawałkach rozbitych luster. To tak, jak by zgubić punkt odniesienia. Bo pamięć narodowa to kulturowa dusza, czyli to, co nas wyróżnia.
Sofulak odczytuje ponadto świat Moniuszki przez filtr współczesnej emancypacji. Moniuszko – choć dziecko swojej epoki – pisał o relacjach, nie o wojnie płci. Sofulak przesunęła ten balans. Tylko zastanawiam się, czy nie ginie przy tym równowaga wartości, ten zdrowy balans. Jeśli prostym ruchem zastąpimy dawny „patriarchat” karykaturą męskości, to dla mnie za mało. Chciałabym słyszeć w artystycznych dyskursach bardziej pogłębioną refleksję, gdzie zamiast przesuwanych biegunów jest otwarty dialog.
Cieszę się, że świat współczesnych kobiet jest mocny, ale do tanga trzeba dwojga…

 

Hrabina. Sen niepodległej Pol(s)ki, reż. Karolina Sofulak
Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu w ramach 03. Festiwalu Moniuszkowskiego

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji:

Teresa Wysocka , teresa.wysocka [at] prestoportal.pl +48 579 667 678

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.