O co chodzi z tym „Dziadkiem”?
Ponoć kiedyś w Niemczech pewien mieszczanin znużony rozłupywaniem orzechów zapragnął znaleźć skuteczniejszy sposób na wydobycie pysznej zawartości skorupki. Postanowił poradzić się przyjaciół – stolarz zalecił mu rozpiłować orzechy piłą, a żołnierz, aby do nich strzelał. Niepocieszony smakosz podzielił się swoim problemem z producentem lalek, a ten wystrugał dla niego drewnianą figurkę żołnierza, która dzięki specjalnemu mechanizmowi rozgniatała orzechy szczęką.
Oczywiście narzędzie do rozłupywania orzechów wymyślono dużo wcześniej, ale jak to w legendach bywa, i w tej jest ziarnko prawdy, bo rzeczywiście dzięki niemieckim producentom lalek urządzenie przybrało formę dobosza. Legenda ta zainspirowała niemieckiego pisarza Ernedsta T.A. Hoffmana do napisania baśni, której akcja rozgrywa się w wigilijny wieczór, kiedy to sędzia Droselmajer obdarowuje swoich chrześniaków, Klarę i Freda, świątecznymi upominkami. Fabuły „Dziadka do orzechów” raczej nikomu nie trzeba przypominać. Rozsławił ją balet z muzyką Piotra Czajkowskiego, który idealnie wpisał się w klimat bożonarodzeniowy, i to do tego stopnia, że podobizna Cukrowej Wróżki zaczęła wypierać aniołki, a w sklepach na jednej półce można zobaczyć stajenkę i figurkę żołnierzyka z kanciastą szczęką.
Paradoks polega na tym, że choć zalewająca rynek chińszczyzna z produktami świątecznopodobnymi rozpleniła się po domach, tak sam Czajkowski podpadł za fakt rosyjskiego pochodzenia. Choć żył w latach 1840–1893, postanowiono ukarać go pośmiertnie za atak Rosji na Ukrainę w 2022 roku i zalecono zaprzestanie wykonywania jego dzieł. Na szczęście Polacy długo nie pielęgnują urazy i kompozytor został rozgrzeszony. Tym sposobem do repertuaru wrócił „Dziadek do orzechów”, a stęsknieni słuchacze ruszyli tłumnie po wejściówki.
Jeśli ktoś w Krakowie, tak jak ja, obudził się z potrzebą zakupu biletu w listopadzie, to się gorzko rozczarował – w Operze Krakowskiej wyprzedane były już wszystkie spektakle, a i w Filharmonii Krakowskiej, która zaoferowała słuchaczom koncertową wersję baletu, również miejsc już nie było. Jak wiadomo, w okolicach świąt cuda się zdarzają, i tym sposobem udało mi się być 19 grudnia na koncercie w Filharmonii.
W pierwszej części wieczoru wybrzmiała suita z baletu „Dziadek do orzechów” pod
batutą dyrektora artystycznego Michała Klauzy. Zanim usłyszeliśmy pierwsze dźwięki, maesto z błyskiem w oku zakomunikował, że tego wieczoru wyjątkowo można będzie klaskać między częściami. By nie gorszyć dostojnych krakowskich melomanów, uzasadnił, że balet rządzi się swoimi prawami, ale dało się wyczuć, że kroją się jakieś niespodzianki.
Kto bystrzejszy, ten zauważył, że mimo wersji koncertowej utworu, wśród wykonawców podano Tancerki z Zespołu Pieśni i Tańca Uniwersytetu Jagiellońskiego „Słowianki” i Zespół Tańca Artystycznego Miniatury z Centrum Kultury w Krynicy-Zdroju. Obserwując ruch sceniczny (również wśród muzyków), odkryłam niedocenianą funkcję orkiestrionu w operze. Kanał zdecydowanie sprzyja utrzymaniu koncentracji instrumentalistów. Obecny gmach Filharmonii takich udogodnień nie posiada, a tancerki nieograniczenie czarowały swoim młodzieńczym urokiem. Przecież nikt nie obiecywał, że praca w orkiestrze będzie lekka.
À propos uroku, na scenie zaprezentował się również Chór Dziewczęcy i Chłopięcy Filharmonii Krakowskiej, który bez względu na wykonanie po prostu rozczula samą swoją obecnością.
Atmosfera wśród publiczności była wspaniała. Chyba każdy poczuł się rozgrzeszony, że właśnie zaniedbuje świąteczne porządki w imię sztuki wyższej. Na tym można byłoby skończyć tę muzyczna ucztę, ale organizatorzy prawdziwe show zostawili na drugą połowę wieczoru.
Po przerwie ponownie zabrzmiała suita z „Dziadka do orzechów” – tym razem w jazzowej adaptacji Duke’a Ellingtona. Przyznam, że tak zadowolonych ze swojej pracy filharmoników krakowskich jeszcze nie widziałam. W jazzowej orkiestrze było miejsce na solowe popisy, które hucznie doceniali koledzy, bijąc brawo i wiwatując. Maestro, niczym król tej imprezy, swingował na podeście. Taka chemia w orkiestrze to piękny widok. Zachwyciło to słuchaczy, którzy poderwali się do aplauzu. Były jeszcze muzyczne życzenia, był bis i gdyby to zależało od publiczności, koncert pewnie jeszcze długo by się nie skończył. Jednak koncertmistrzyni serdecznym gestem podziękowała koledze z pulpitu i wszyscy uśmiechnięci ruszyli do wyjścia. I o to właśnie chodzi – żeby było pięknie!
Niech w święta będzie pięknie! Ze świątecznymi piosenkami w RMF Classic, z kolędami i z muzyką z „Dziadka do orzechów” – z baletnicami i bez. Niech pięknie będzie również w nowym roku. Niech każdy koncert cieszy słuchaczy i artystów.
Iwona Zarzycka