Disney w formie? [recenzja filmu John Carter]

Prosta historia opowiedziana w „Johnie Carterze” (2012 r.) kryje w sobie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Samotny, żądny bogactw weteran wojny secesyjnej przemierza Dziki Zachód, aż rozpoczyna walkę zarówno ze swoimi dawnymi kompanami, jak i z Indianami w pobliżu pewnej jaskini pełnej złota. Wyjściem z nieciekawej sytuacji okazuje się... teleport na Marsa.

Na miejscu Carter odkrywa, że ma w sobie od teraz znacznie więcej siły niż na Ziemi. Zostaje też wciągnięty w nie swoją wojnę... Historia łączy w sobie wątek podróży wojownika oraz miłości, konfrontacji dwóch światów i jako taka stanowi świetną rozrywkę, okraszoną muzyką sławnego kompozytora Michaela Giacchino.

Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, fabuła wydała mi się śmieszna. Z jakiej racji bohater ma nagle więcej siły na innej planecie? Okazuje się jednak, że można to uzasadnić – grawitacja jest tam znacznie mniejsza, dzięki czemu kowboj w niezłej kondycji fizycznej teoretycznie mógłby przenosić góry na Marsie. I tak scena walki Johna Cartera na arenie z dwoma potworami bardzo spodobała mi się z uwagi na jej symbolikę, którą można rozumieć jako zmagania zwykłego, szarego człowieka z olbrzymami w rzeczywistości, w której nagle nasze lęki przybierają postać potworów.

Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że film właśnie przez takie sceny jest nieco cukierkowy, a wrażenie to tylko potęguje jego pastelowa kolorystyka. Również przebieg akcji jest dość skomplikowany, a orientacji w niej nie ułatwia szkatułkowa budowa scenariusza. Niemniej opowieść trzyma w napięciu i zostaje zachowany element zaskoczenia, jeśli chodzi o jej finał.

Niestety mimo gwiazdorskiej obsady (m.in. Willem Dafoe, Taylor Kitsch, Lynn Collins, Samantha Morton, Mark Strong), produkcja poniosła w swoim czasie finansową klapę w box office'ach. Według udostępnionych danych „John Carter” nie tylko na siebie nie zarobiła, lecz także była o ok. 20 mln dol. na minusie. Różnie mogli ją także odebrać fani prozy Edgara Rice'a Burroughsa, na której oparł się reżyser. Film znacznie odbiega od oryginału, jednocześnie alternatywna wersja historii nie proponuje wystarczająco dużo w zamian. Jednak kto będzie uważnym widzem, dostrzeże to, co Walt Disney zapoczątkował bez mała 100 lat temu – magię, której nie przesłaniają niskobudżetowe efekty specjalne.

Dalibór Sulgostowski

 

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów