Klinicyzacja uczuć, czyli ciemniejsza strona mody na psychoterapię

26.03.2023

Czy każde zaburzenie nastroju wymaga leczenia? Nieumiejętność domknięcia relacji nazywano kiedyś złamanym sercem, stany obniżonego nastroju po utracie bliskich określano mianem żałoby, a na osoby z deficytami społecznymi mówiono „nieśmiałe”.

Pozornie niewielka różnica w nazewnictwie w rzeczywistości oznacza wielką zmianę w sposobie myślenia o naszych emocjach. W myśl maksymy Ludwiga Wittgensteina – „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – sposób, w jaki o czymś mówimy, określa stosunek, jaki mamy do tego w naszej świadomości. I tak powszechna obecnie maniera polegająca na stosowaniu psychologizujących lub medycznych określeń odnoszących się do uczuciowej sfery człowieka, którą można określić mianem „klinicyzowania emocji”, wydaje się zjawiskiem znacznie wykraczającym poza nieszkodliwy trend. Nazywając coś, zarazem owo „coś” oswajamy, bo to, co posiada nazwę, przestaje być obce i nieuchwytne.

 

Używanie terminologii medycznej w odniesieniu do sfery emocji pomaga w uzyskaniu niewątpliwie uspokajającego, lecz złudnego poczucia, że podlega ona kontroli. Wiara, iż przykre, trudne uczucia pojawiające się w życiu każdego człowieka można poddać terapii, wręcz „wyterapeutyzować” i definitywnie się ich pozbyć, często stanowi tylko zasłonę dymną skrywającą strach przed przyznaniem, że stanowią one nieodłączną część naszej egzystencji. Nie oznacza to bynajmniej, że terapie jako takie są czymś złym. Wręcz przeciwnie – stanowią ogromną pomoc w zdobywaniu umiejętności rozumienia, co i w jakich sytuacjach czujemy, budowania zdrowych, opartych na wzajemnym szacunku relacji oraz w osiąganiu wyznaczonych celów w życiu zawodowym oraz osobistym. W depresji, nerwicach czy chorobie afektywnej dwubiegunowej są nieodzownym uzupełnieniem farmakoterapii, a w życiowych kryzysach pozwalają wyjść na prostą i pozostawić za sobą raniące przeżycia z przeszłości.

zmutek

Terapia czy też, zawężając to pojęcie, psychoterapia to niezwykle skuteczny oręż w walce o zachowanie zdrowia psychicznego i prowadzenie satysfakcjonującego, pełnego życia. Jednak, jak to z bronią bywa, stanowi miecz obosieczny. Traktowana jako panaceum na cierpienie lub plaster na wszystkie skaleczenia i siniaki, które zostawiają na nas koleje losu, może wyrządzić więcej szkody, niż przynieść pożytku. Bodaj jeszcze bardziej szkodliwe jest samodzielne diagnozowanie siebie lub innych przy użyciu chwytliwych, pseudopsychologicznych terminów. Pół biedy, jeśli klinicyzowanie stanowi wyraz mody, która pozwala pokazać otoczeniu, iż oto należy się do grona osób zaznajomionych z idiolektem nowoczesnej psychologii, traktuje się poważnie swoje zdrowie psychiczne i można sobie pozwolić, by korzystać z pomocy prywatnego terapeuty (dostęp do psychoterapii refundowanych przez NFZ zdaje się zakładać, iż do czasu przyjęcia przez terapeutę pacjent: a. samodzielnie rozwiąże swoje problemy, b. zdecyduje się zapłacić za wizytę prywatną, c. popełni samobójstwo). Gorzej, gdy – paradoksalnie – klinicyzowanie emocji jest czyimś mechanizmem obronnym służącym do tego, by zintelektualizować problem poprzez zdystansowanie się od sfery uczuć.

terapia

Podświadome przekonanie, że postawienie diagnozy jest równoznaczne z wyleczeniem, bywa mylące i przynosi tylko chwilową ulgę. Można je uznać za rodzaj myślenia magicznego, opierającego się na pragnieniu, by wypowiedzenie odpowiedniej formułki w cudowny sposób wpłynęło na rzeczywistość. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby istniały skuteczne czarodziejskie słowa „abrakadabra” lub „hokus pokus” umożliwiające szybkie i bezbolesne pozbycie się zbędnego balastu życiowego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by je wypowiedzieć, biorąc jednak pod uwagę, że podobnie jak wiele zwodniczo łatwych i niewymagających wysiłku rozwiązań po prostu nie działają. O wiele trudniejsze od klinicyzowania uczuć jest przyznanie się przed sobą do niechcianych, niewygodnych emocji: cierpienia, lęku lub bezradności. Stawienie czoła problemowi bez „klinicyzujących filtrów” jest z pewnością nieprzyjemne i wymaga dużej dozy samozaparcia, jednak stanowi pierwszy krok do jego rozwiązania – samodzielnego lub też przy pomocy wykwalifikowanego terapeuty.

Wszystkie treści na PrestoPortal.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.

Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.

Więcej informacji:

Teresa Wysocka , teresa.wysocka [at] prestoportal.pl +48 579 667 678

Może Cię zainteresować...

Drogi użytkowniku, zaloguj się aby móc komentować nasze treści.